środa, 30 listopada 2016

10-lecie "Zmierzchu"

Informację, że Stephanie Meyer wydała nową wersję "Zmierzchu" przyjęłam stwierdzeniem - "Acha" i zapomniałam o sprawie. Nigdy nie byłam jakąś totalną fanką - przeczytałam, obejrzałam i już. "Życie i śmierć" po prostu wpadło mi w ręce, więc stwierdziłam, że nawet z ciekawości można by  zobaczyć jak wyszło.

Wyszło kiepsko.

Autorka napisała historię od nowa, tyle, że to dziewczyna była teraz wampirem, a chłopak człowiekiem. Innych większych zmian brak.

Głównym moim zarzutem jest to, że chłopak na miejscu Belli okazał się kompletną ciapą, a można z tego słowa zabrać literkę "a" i też by pasowało. No i skąd te "urocze ciamajdy", nigdy nie ćwiczące na W-F i zajadające się pizzą mają szczupłe sylwetki? To niesprawiedliwe!

Sama książka była po prostu nuda - zamiana żeńskich bohaterów na męskich i odwrotnie to za mało, żeby przeczytać jeszcze raz tę samą historię. Zwłaszcza, że ta zamiana spowodowała, że wiele sytuacji było dla mnie śmiesznych i nienaturalnych (jeszcze bardziej niż w oryginale).
No i najważniejsze - styl pisania pani Meyer w ogóle się nie zmienił. Nadal jest prosty, mało oryginalny i pełny jakiś przedziwnych tworów. Co to jest "głos jak surowy jedwab"?

Nie wiem czy mogę z czystym sumieniem polecić komuś tę książkę. Nawet ta notatka to pokazuje - tak biedna, parę zdań na krzyż, ale, wybaczcie, nie chce mi się rozpisywać.


Moja ocena: 3/10
Tytuł: Życie i śmierć
Autor: Stephanie Meyer
Dla kogo: Dla fanów

Fajna ALE...

harrypotteriprzekletedzieckoNaciski fanów?
Chęć zysku?
Chęć przypomnienia o sobie?

Co właściwie sprawiło, że J.K.Rowling zdecydowała się współtworzyć nową część Harrego Pottera?
Z wielką niecierpliwością i jeszcze większą obawą czekałam na "Harrego Pottera i przeklęte dziecko". Jak łatwo jest zniszczyć dobry cykl jedną złą książką przekonało się już wielu autorów. Książka, a raczej sztuka, jednak powstała i została oficjalną, ósmą częścią cyklu o małym czarodzieju.

Czarodziej już nie jest mały - jak wiadomo z ostatniego rozdziału "Insygni śmieri" dorósł, wziął ślub i teraz to on wysyłał dzieci do Hogwardu. W tym właśnie momencie rozpoczyna się sztuka. Mały Albus po raz pierwszy idzie do szkoły magii i czarodziejstwa i jest przerażony. Starszy brat go straszy rożnymi okropnościami, rodzice poganiają, a przed nim wiele niewiadomego. Dodatkowo wszyscy wokół porównują go do jego wspaniałego, sławnego ojca. Co czeka syna Harrego Pottera?

Książkę przeczytałam bardzo szybko. Jeden wieczór i puff - po wszystkim. Zostałam z zamkniętą książką i bardzo mieszanymi uczuciami...

Może zacznę od tego, że podobała mi się sama historia - Albus i jego kontrowersyjny przyjaciel, starcia na tle Harry - syn. Przygoda. Nie opisuję tu niczego dokładnie, żeby nic nie zdradzić.

Wszystko inne, poza historią, nie podobało mi się wcale...

Dlaczego nie zrobiono z tego normalnej książki? Wiadomo, że sztuka i książka są zupełnie inne - mają inne możliwości i inne ograniczenia. Aż mnie coś boli na myśl jak wspaniała mogła być to powieść. Dodać te wątki, których tak mi brakowało - jak z byciem "dzieckiem Harrego Pottera" radzili sobie Lily i James? Czy trójka bohaterów spotykała się ze sobą na kawie? Jak wyglądał dzień Harrego w pracy?

No kurczę! Nie chciało się Rowling pisać książki? To mogła kogoś wynająć, przekazać prawa, pozwolić żeby ktoś przekształcił ten scenariusz. Dla mnie, jako czytelnika, forma nowej części Harrego to komunikat- "coś tam zrobiliśmy, a wy macie i się cieszcie". Nie kupiłam własnego egzemplarza i nie kupię. "Harry Potter i przeklęte dziecko" nie zasługuje na miejsce na mojej półce obok swoich świetnych poprzedników. Sam pomysł jest naprawdę ciekawym zakończeniem wszystkich poprzednich książek - wykonanie to lekceważenie fanów, "ciemny lud i tak kupi". Szkoda, wielka szkoda.

Jestem tak rozczarowana, że nie piszę nawet więcej.

Moja ocena: 6/10 i to ze względu na ogromny sentyment
Tytuł: Harry Potter i przeklęte dziecko
Autor: J.K. Rowling, Jack Thorne i John Tiffany
Dla kogo: No, dla fanów

W umyśle przestępcy

"Powieść dla fanów Mentalisty, Milczenia owiec i Kryminalnych zagadek CSI"

Taką informacją kusi nas okładka "Naznaczonych" Udało jej się - skusiłam się.


Pierwszy tom powieści Jennifer Lynn Barnes opowiada historię Cassie - dziewczyny, która straciła matkę i żyje w otoczeniu licznej rodziny ojca. Dziewczyna nie czuje się jednak częścią ich świata. Któregoś dnia dostaje szansę na zmianę - jej umiejętności rozszyfrowywania ludzi zostają dostrzeżone przez FBI. Cassie zostaje przyłączona do tajnego programu, w którym młodzi ludzie o niezwykłych uzdolnieniach pomagają rozwiązywać niezamknięte sprawy z przeszłości.

naznaczenibiext43267537Kiedy po raz pierwszy trafiłam na tę książkę myślałam, że będzie to trochę połączenie kryminału z fantastyką. "Wyjątkowe uzdolnienia" skojarzyły mi się z X-menami i mutacją. Nic z tych rzeczy. Talenty, o których mowa to połączenie obserwacji, intuicji i nauki: odczytywanie emocji, rozpatrywanie wszystkiego poprzez statystykę, wykrywanie kłamstw.

Nie do końca rozumiem do kogo skierowana jest ta książka - z jednej strony mamy grupę nastolatków i ich hormony - ja chronię tego, lecę na tamtego, a tej podobają się obaj. Wątek romansu nie jest mimo to nachalny to raczej dopełnienie fabuły, którego nie dało się uniknąć. Widać, że autorka bardziej skupiła się na tematach kryminalnych - szkoleniu młodych oraz polowaniu na mordercę. Szkolenie jest dosyć ciekawe - nigdy nie wnikałam w takie tematy, a osobiście jestem tak spostrzegawcza jak ślepy chomik, dlatego cały ten wątek zaintrygował mnie (może sama się czegoś nauczę ;) ).

Najbardziej jednak podobały mi się fragmenty "napisane" przez mordercę. To one dają ten dreszczyk emocji tak potrzebny w kryminałach. Są jednak na tyle przerażające, że dziwnie się czuję z myślą o czytającym to nastolatku. Podobne uczucie mam kiedy przy obiedzie oglądam wspomniane "CSI" i w czasie jedzenia na ekranie pokazana jest realistyczna sekcja zwłok.

"Naznaczeni" są powieścią raczej udaną. Zapewne nie jest taka jak współczesne, mocne kryminały, ani te klasyczne z detektywem zbierającym podejrzanych w pokoju i wskazującego przestępce (to był lokaj!), ale ma w sobie potencjał. Wydaje mi się, że jest raczej wstępem do całej serii, niezłym początkiem, po którym kolejne części będą coraz lepsze. Ja na pewno sięgnę. I wam też polecam.

Moja ocena: 6,5/10
Tytuł: Naznaczeni
Autor: Jennifer Lynn Barnes
Dla kogo: Dla młodych dorosłych w zwyż.

Wiedziałam, że tak będzie

To nie będzie długa recenzja, bo właściwie nie ma takiej potrzeby. A raczej książka nie zasługuje na to, żeby się o niej rozpisywać.
wiedzialamzetakbedzie
Potrzebowałam czegoś najlżejszego. Za oknami była ponura jesień, dzieciaki smarkały, nikt obiadu za mnie zrobić nie chciał. Nie było czasu na czytanie, a jak się czas już znalazł to trudno się było skupić. Wniosek - babska książka, najlepiej taka z humorem, Panem Idealnym i długo-i-szczęśliwie.

"Wiedziałam, że tak będzie" wydawała się być idealna. I była. Historia dwóch przyjaciółek, które jadą do Włoch, żeby odebrać wielka wygraną. Zostawiają za sobą swoje całe dotychczasowe życie (bez żalu) i z głowami pełnymi marzeń wyruszają w lepsze nieznane.

Można powiedzieć zgodnie z tytułem - wiedziałam, że tak będzie. W książce roi się od niemożliwych zbiegów okoliczności, czarujących nieznajomych i losu, który sprzyja bohaterkom. Poziom cukru i nierealności przekroczył wszelkie przyjęte normy.

Jak ktoś lubi tego typu książki - zachęcam jak najbardziej do przeczytania. Umysł się nie przegrzeje, a raczej zrelaksuje, za to serce wypełni nadzieją - może mnie też coś takiego spotka.

Moja ocena: 5/10
Tytuł: Wiedziałam, że tak będzie
Autor: Kasia Pisarska
Dla kogo: Dla lubiących słodkie historie o tym, że w życiu zdarzają się cuda

Zachwyty, zachwyty, zachwyty

Jeśli nie lubisz recenzji, w których oceniający, aż pieje z zachwytu to nie czytaj tej notatki. Nie mogę jednak inaczej - jak często znajdujemy coś co nas totalnie zachwyca, wprawia w osłupienie i przepełnia smutkiem kiedy się skończy? No właśnie. Jakby co - ostrzegałam.

Nigdy jeszcze nie było mi dane dostać w moje ręce komiksu, który tak bardzo mnie oczarował. Absolutne 10/10 - oceniam od razu, nie ma co czekać do końca wpisu. Spróbuję jednak uspokoić nieco gorącą głowę i wytłumaczyć co w serii "Azymut" jest tak rewelacyjne.

Nie wiem jak opisać o czym on tak właściwie jest. Historia fantastyczna, która splata przygody kilkoro bohaterów: naukowca w lab-okręcie, który szuka sposobu pokonania czasu, ślicznotki, która chce zachować swą urodę za wszelką cenę. Jest też zakochany malarz, major kochający boginię. Są czaso-ptaki, dziwoczki, latające ryby... A to nie wszyscy! I ciągle się coś dzieje - niezwykła wyobraźnia autora sprawiła, że wiele razy miałam w myśli, tak popularne w internecie, WTF? Zaskakiwana byłam na każdym kroku, czasem samym pomysłem twórcy, czasem nagłym zwrotem akcji.

A rysunki? Słowo "rysunki" brzmi aż obraźliwie, gdy określa się nimi te barwne dzieła.
Całkiem niedawno zachwycałam się ilustracjami w komiksie "Noe". Jean-Baptiste Andréae właśnie wywindował mój zachwyt na tak wysoki poziom, że nie wiedziałam nawet, że go mam. Wszystko, każdy detal, począwszy na postaciach, a skończywszy na tle wydaje mi się być absolutnie dopracowany. Pomysł, wykonanie, nawet dobór barw jest idealny. Rysownik potrafi oszałamiać kolorami, żeby po chwili udowodnić, że mając do dyspozycji jedynie czerń i biel nadal jest geniuszem.

Niestety po przeczytaniu 3 części zorientowałam się, że na razie to już wszystko. Zostałam z tysiącem pytań, spragniona dalszych ilustracji, by dowiedzieć się, że jeden album ukazuje się co 2 lata. Następny będzie prawdopodobnie w 2018 roku! Moje serce płacze...

okladka450vŻałuję ogromnie, że "Azymut" pożyczyłam z biblioteki. Przeczytałam go, więc niby nie powinnam czuć potrzeby kupowania. Jednakże sens słów "muszę go mieć" wypełnia mnie od momentu kiedy spojrzałam na wewnętrzną stronę okładki. I z każdą kartką ten stan się pogłębiał.

Polecam każdemu! Kupujcie dla siebie i na prezent - nawet jeśli ktoś nie lubi czytać to w darze dostanie te ilustracje. Olśniewające!

Moja ocena: 10/10
Seria: Azymut
Tytuły: 1. Poszukiwacze zaginionego czasu. 2. Niech piękna zdycha. 3. Antropotamy Nihilu
Autorzy: Wilfrid Lupano, Jean-Baptiste Andréae
Dla kogo: Dla wszystkich - podziwiajcie!

Z półki do mojego serca

kronikizelaznegodruidatom1napsaurokbiext43252995Mieliście kiedyś taką książkę, którą kupiliście, ale nie przeczytaliście od razu? Powieść przeleżała na półce parę lat, aż w końcu, trochę od niechcenia, sięgnęliście o nią?

"Na psa urok" kupiłam zachęcona opiniami innych czytelników niedługo po premierze i odłożyłam jako "przeczytam następne". I tak przeleżała na półce ponad 5 lat, aż wreszcie nadszedł ten czas, że książka trafiła przed moje oczy.

Hanna Ożogowska, ustami jednego ze swoich dziecięcych bohaterów, na pytanie co było "najfajniejsze" odpowiedziała: "Najfajniejsze było wszystko" (W "Przygodach Scyzoryka" jakby ktoś był ciekawy).
I to dla mnie jest zdanie, które mogłoby służyć za całą recenzję:
NAJFAJNIEJSZE BYŁO WSZYSTKO!

Atticus jest druidem - związany z Ziemią, przepełniony wiedzą, przystojny, młody... Chwilka moment, no raczej nie młody skoro ma 2000 lat. I chociaż wydaje się, że ma spokojne życie to wcale tak nie jest. Ścigają go wściekli bogowie, inni próbują nim manipulować i wykorzystać. Jeszcze inni tylko się gapią, bo to fajne widowisko jest. Są wilkołaki, jest wampir i wiedźma. Czy kogoś brakuje? No jest jeszcze pies. Niezwykły, najwspanialszy, obdarzony szczególnym poczuciem humoru i ciekawością świata.

Już wam tłumaczę - książka (a właściwie książki) jest rewelacyjna - pełna akacji, humoru oraz, robiącej niesamowite wrażenie, wiedzy dotyczącej różnych mitologii. Najwyższa półka literatury rozrywkowej. Brak słabych punktów. I wśród tych zachwytów wybija się jedna postać, jeszcze wyżej, bohater, którego uwielbia się całą swoją czytelniczą osobą. I jest to pies, co może wydawać się dziwne, jako, że mamy do dyspozycji całą galerię równych kolesi, spoko babeczek, bogów, bogiń i wszelkiego magicznego stworzenia.

A w ogóle to wiedzieliście, że Jezus to taki fajny gość?

Ogromnym plusem całej serii jest sposób w jaki autor czerpie z różnych mitologi. Jego proza, poza samą rozrywką, jest też doskonałym wstępem do tego by zainteresować się różnymi wierzeniami.

Kevin Hearne napisał powieść tak wciągającą, zabawną i zaskakującą, że ciężko było mi się oderwać chociaż na chwilę. "Kroniki żelaznego druida", a jestem już po 7 częściach, są obecnie na samym szczycie mojej listy "ulubione". Nawet teraz, kiedy piszę tę recenzję pomyślałam - "A może by tak przeczytać wszystko jeszcze raz"? I oko mi ucieka, patrzę na tę półkę i one tak ładnie stoją i kuszą. A ja tu piszę zamiast je czytać, a przecież są takie niesamow... [rzuca wszystko i idzie czytać]

Moja ocena: 10/10
Tytuł: Na psa urok. Kroniki żelaznego druida. Tom 1
Autor: Kevin Hearne
Dla kogo: Dla tych co się chcą odstresować, pośmiać. Przeczytać coś rozrywkowego, z akcją, a jednocześnie inteligentnego.

Co by było, gdyby roboty miały duszę?

W moim życiu nastąpiła duża zmiana - moje dzieci poszły do żłobka. Przez ostatnie 3 tygodnie nie potrafiłam się skupić na niczym innym. Jak ja miałam czytać w takich okolicznościach?

Na szczęście (a może nieszczęście?) akurat dostałam od wydawnictwa "Mechanicznego". Ignorując mój permanentny stan umysłowego odrętwienia zabrałam się za czytanie.

Powiem to od razu - książka jest świetna. W całym moim zagubieniu - przerażeniu - radości (niepotrzebne skreślić) i milionie innych pomieszanych uczuć okazała się lekarstwem dla mnie. Powieść Iana Tregillisa była na tyle wciągająca i ciekawa, że kiedy tylko miałam trochę czasu to otwierałam ją i uciekałam w opisany świat. Kiedy musiałam wrócić do rzeczywistości to czułam wprost mały żal i myślałam o tym co przeczytałam przed chwilą.

Stwierdzenie "czyta się lekko i przyjemnie" nie do końca opisuje pisarski styl pisarza. Autor potrafi skupić się na detalach, jednocześnie nie zarzucając czytelnika niepotrzebnymi drobnostkami.

Przede wszystkim Tregillis zastosował narratora z charakterem. Wiem, że to dziwnie brzmi, ale zdarzało się, że nagle, pośród eleganckich opisów miejsca czy sytuacji narrator dodawał jakiś złośliwy przytyk. Bardzo spodobał mi się ten zabieg. Czułam się wtedy jakby ktoś znajomy opowiadał mi tę historię i nie mógł się oprzeć, żeby czegoś nie skomentować :)
"Jak nakazywała tradycja, komnaty Rady sytuowano za garderobą władcy, aby ten mógł, jeśli to konieczne, srać podczas przeciągających się debat"
Jednym z głównych bohaterów jest Jax - klakier, który musi służyć ludziom. To właśnie jego postać przybliża nam alchemiczne rozwiązania, które sprawiają, że nawet mała zwłoka w spełnianiu nakazu jego pana sprawia mu ból. Na pewno jest to interesujący bohater, który sprawia, że czytelnik zadaje sobie wiele pytań etycznych. Jest to niezwykła siła tej książki.

okladkamechanicznyfront_1000pxO ile, jednak Jax jest dosyć typową (pomijając fakt, że jest mechaniczny) postacią z gatunku "wyrwałem się z jarzma pana", o tyle Berenice mnie zafascynowała. Jest wspaniałą, inteligentną, silną kobietą, która potrafi wykorzystać swoje atuty w drodze do sukcesu. Potrafi podejmować ciężkie decyzje i to bez "przećwiczenia" wszystkich innych opcji i złych rozwiązań. Stała się kolejną bohaterką, która robi coś więcej niż czekanie na księcia, ratunek czy cokolwiek innego. Po prostu idzie do przodu, a jednocześnie potrafi kochać i okazywać czułość. Jest postacią będącą gdzieś pośrodku - między "dziewoja do uratowania", a "jestem samodzielna i nikogo nie potrzebuję", a trzeba przyznać, że książkowe kobiety często są wrzucane w marginesy tych dwóch rozwiązań.

Okrutnej historii księdza Vissera nie będę opisywać, bo nie wiem czy potrafiłabym to zrobić bez spoilerów. Jednak jego postać na długo pozostanie w mojej pamięci.

Generalnie podobał mi się cały świat stworzony przez autora. Fabuła oparta została na pytaniu "co by było gdyby maszyny miały duszę, a jednocześnie musiałyby służyć ludziom". Odpowiedź bardzo mi się spodobała, dała do myślenia i sprawiała, że ciężko mi było odłożyć książkę. Oczywiście autor nie uniknął momentów, które mnie trochę znudziły, ale to nie powinno nikogo zrażać do tej książki. Sam fakt, że "Mechaniczny" potrafił wyrwać mnie ze żłobkowego letargu najlepiej pokazuje jak dobra jest to powieść.

Czekam na drugą część "Wojen alchemicznych" i polecam.
Moja ocena: 8/10
Tytuł: Mechaniczny. Wojny alchemiczne
Autor: Ian Tregillis
Dla kogo: Dla lubiących inteligentne książki, które potrafią dać do myślenia.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Sin Qua Non
logo_sqn3

Krótka recenzja ciekawej książki :)

Czy jest jakiś miłośnik zwierząt, który nie kojarzy Doroty Sumińskiej? Chyba już raczej nie ma. Wspaniała Pani weterynarz (a dokładniej lekarz weterynarii), psycholog zwierzęcy oraz autorka programów i książek. Kiedy tylko dowiaduję się o jakiejś nowej publikacji Pani Doroty staram się jak najszybciej przeczytać.

Nie inaczej było z książką "Dlaczego oczy kota świecą w nocy". Tutaj miałam jednak pecha - ciągle była wypożyczona, na własny egzemplarz akurat brakowało kasy, a jak na złość żadnych urodzin nie było, żeby naciągnąć drogiego gościa ;) W końcu jednak - jest! Mam ją w rękach!

"Dlaczego oczy kota..." to zbiór ciekawostek o zwierzętach. Sumińska w ciekawy i dowcipny sposób odpowiada na pytania często zadawane przez dzieci. Są to pytania zaskakujące, często takie, że dorosły w życiu by nie wpadł:
  • Dlaczego małe kurczaczki są żółte?
  • Dlaczego koci język jest chropowaty?
  • Po co ślimakowi muszla?
  • Po co pies porusza uszami?
  • Czy ptaki maja powieki?
  • i wiele wiele innych...
Zamiast standardowej recenzji opowiem Wam jak wyglądało moje czytanie tej książki :)


"No fajnie mam tę książkę. Od jutra będę ja czytam z chłopcami! Ok, ale już późno, na razie ją odkładam i idę spać...
Co by tu poczytać przed snem... hmmm.... Chociaż właściwie jestem już bardzo zmęczona, więc wezmę tę Sumińską i przejrzę i poczytam coś jutro.
Ładny rysunek kota. Fajny. Taki ciepły. Dobra czytam - ile kropek ma biedronka? Jaka ciekawa odpowiedź. Następne pytanko - dlaczego małe kurczaki są żółte? Och, nie wiedziałam. To naprawdę interesujące! Spaaaaać! Chociaż... jeszcze jedno pytanie. I jeszcze jedno! I jeszcze! O to jest naprawdę ciekawe! Przeczytam odpowiedź i na prawdę już kończę. Kurde oko mi uciekło na następne pytanie i chcę znać odpowiedź. Kolejne pytanie! I jeszcze jedno. I jeszcze. O! Koniec książki! Łomatkoboska! Już po 1, a ja jutro mam wcześnie wstać!!!"


dfhnxfPolecam, oczywiście, tylko ostrzegam, żeby nie czytać na noc!
Moja ocena: 8/10
Tytuł: Dlaczego oczy kota świecą w nocy? i inne sekrety świata zwierząt
Autor: Dorota Sumińska
Dla kogo: Dla wszystkich, którzy nie muszą iść spać

Wojowniczka!

Wiem co wszyscy ostatnio myślą - że recenzenci, którzy współpracują z wydawnictwami zawsze ogłaszają książki wybitnymi. Ta nie jest wybitna, ALE tak strasznie trafiła - nie wiem dokładnie czy w mój gust, czy w dobry czas, czy w oba, ale, kurczę, tak mi się ją dobrze czytało.

Zabawne, że Rondę Rousey, której biografię czytałam kojarzyłam bardziej z filmów ("Niezniszczalni" i "Ekipa") niż z jej sportowych osiągnięć. Przeczytałam wstęp i krótki, pierwszy rozdział i już wiedziałam. Podniosłam głowę i powiedziałam do męża - "To będzie dobra książka".

rondarouseymojaRonda Rousey jest twarda. Waleczna. Fajna. Ma śliczny uśmiech. Ciekawe podejście do świata. Mamę, której sposób wychowywania dał mi do myślenia. I życie (oby jak najdłuższe), które naprawdę było warte opisania. Ma w swoim życiorysie traumatyczne przeżycia, ciężkie treningi, kontuzje, bolesne porażki i wspaniałe zwycięstwa. Z każdej życiowej lekcji wyciąga wnioski.

Mam wrażenie, że tak jest właśnie skonstruowana cała biografia judoczki, a potem zawodniczki MMA. Najpierw temat lekcji, potem krótka definicja i wreszcie wyjaśnienie. Sprawia to, że bardzo fajnie się czyta. Jeśli chcesz odpocząć, zrobić przerwę nie stracisz kontekstu. Jeśli masz ochotę pochłonąć książkę w jeden wieczór to proszę bardzo - nic Ci się nie pomiesza.

Język nie jest trudny, Ronda wypowiada się w pierwszej osobie "waląc prosto z mostu", a czasem nawet sobie przeklnie. Na pewno dodaje to wiarygodności całej historii.

Czy jest to sama prawda? Nie wiem. Nie od dzisiaj wiadomo, że biografie często są podkoloryzowane lub po prostu pisane od początku. Nie znam osobiście Rondy Rousey, a prawdopodobieństwo naszego spotkania jest równe temu, że zdobędę Nobla z fizyki. I wierzcie mi, że bardzo tego żałuję. Pierwszy raz w życiu, naprawdę mam ochotę poznać "papierową postać".

Bo widzicie - ja nie przepadam za biografiami. Zwłaszcza teraz, kiedy wydawane są masowo - ktoś się pojawił w telewizji na 5 minut i, pyk, już możemy przeczytać jego książkę. Przysięgam, że jeżeli ktoś wypuści na rynek biografię takiej, np Natalii Siwiec to nigdy więcej nie kupię nic tego wydawnictwa (a może już jest? Brrrr...). Rozumiem legendy muzyki, wielkich aktorów lub innych artystów, wybitnych sportowców, ale gwiazdka muzyki, która miała jeden hit? O tworach typu Kardishianowie nie wspomnę. Ciężko znaleźć w tym zalewie wszystkiego coś naprawdę dobrego.

Ja znalazłam. Biografia Rondy Rousey sprawia, że masz ochotę wstać z kanapy. Ruszyć tyłek. Walczyć. Przede wszystkim uwierzyć w siebie.

Czy książka spodoba się mężczyznom? Myślę, że tak. Świat Rousey to mimo wszystko bardziej "ich" świat - bitew, walk, krwi.

Młodym sportowcom powinno się przed treningami czytać fragmenty (i pokazywać zdjęcie Justyny Kowalczyk ciągnącej oponę), żeby zrozumieli czym jest poświęcenie się swojej dyscyplinie.
A kobiety? Uważam, że powinna ją przeczytać każda babka. Licealistki powinny mieć ją w lekturach obowiązkowych. Są aktywistki, które walczą o prawa kobiet, są gwiazdy, które krzyczą "girl power". Ronda nie musi walczyć i krzyczeć. Ronda cała jest "girl power"

Polecam, polecam, polecam!


Moja ocena: 9/10
Tytuł: Ronda Rousey. Moja walka / Twoja walka
Autor: Ronda Rousey
Dla kogo: Dla potrzebujących motywacji. Dla kobiet. Dla wszystkich


A tu na dokładkę zdjęcie Justyny Kowalczyk ciągnącej oponę (w Polsce też mamy wojowniczki!):
jk_z_opona
Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu Sine Qua Non
logo_sqn2

Zabawnie, uroczo

okladka200ghCzasami jakaś książka tak nas poruszy, że mamy ochotę pisać na jej temat całe eseje - jak ona rewelacyjna, jak wzruszająca. Innym razem trafiamy na beznadzieję, o której nawet nie chce nam się pisać. A czasami jakaś pozycja okazuje się nie być wybitną, ale ma w sobie to "coś" co każe nam o niej chociaż wspomnieć.

Tym trzecim przypadkiem jest właśnie komiks "Rysiek i Królik" - historia obrazkowa pokazująca przyjaźń szkolnych kolegów z ławki. Rysiek jest spontaniczny, lubi sport, a Królik to wrażliwy poeta, uwielbiający gry komputerowe. Ich wspólne przygody sprawią, że uśmiechnie się niejeden ponurak.

Co mnie tak ujęło w komiksie Piotrkowicza, Budziejewskiego i Urbaniak? No właśnie ten humor! Nie ma wątpliwości, że te urocze historyjki są przeznaczone przede wszystkim dla dzieci, ale zabawne sytuacje, które pamiętamy wszyscy ze szkoły (lub właśnie je przeżywacie) naprawdę potrafią poruszyć naszymi mięśniami twarzy (albo nawet brzucha :) ).

Ilustracje też są bardzo ładne. Postacie są sympatyczne, kolorowe i miłe dla oka. Takie jakie powinny być w komiksach dla dzieci.

Paweł Beręsewicz (autor m.in moich kochanych Ciumków [recenzja]) powiedział kiedyś, że mało jest w Polsce literatury rodzinnej, czyli takiej, którą z przyjemnością czytaliby wspólnie rodzice z dziećmi. "Ryśka i Królika" można spokojnie do niej zaliczyć.

Naprawdę nie dziwi mnie, że akurat ten komiks zdobył wyróżnienie w konkursie im. Janusza Christy. Polecam każdemu, a sama czekam niecierpliwie na kolejną część :)

Moja ocena: 7/10
Autorzy: Katarzyna Urbaniak, Krzysztof Budziejewski, Łukasz Piotrkowicz
Tytuł: Rysiek i Królik. W szortach
Dla kogo: Dla dzieci i młodszej młodzieży oraz dla rodziców

Magiczne akta Scotland Yardu

clovis_front_1000pxWreszcie się doczekałam! Część z was wie jak niesamowite jest to uczucie - egzemplarz recenzencki! Cieplutka książka, jeszcze przed premierą. Piękne poczucie docenienia przepełnia mnie od środka i jeżeli w wydawnictwie SQN są osoby, które wierzą w karmę i powracające dobre uczynki to polecam puścić totolotka. Karmicznie macie naprawdę zwiększoną szansę.

"Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu" jest przedziwną powieścią. Długo nie byłam pewna czy ona mi się w ogóle podoba. Z opisu spodziewałam się raczej kryminału retro - w stylu Conana Doyla lub Agathy Chriestie i na to byłam nastawiona. Kiedy przypadł mi do gustu jakiś bohater myślałam sobie "Niech go nie zabiją". Kiedy dotarłam do 100 strony było już "niech wreszcie kogoś zabiją". Doczekałam się dopiero na 120 stronie. Co nie znaczy, że brak trupa wcześniej mnie męczył...

Książka okazała się niezwykłą mieszkanką książek obyczajowych, historycznych, kryminalnych i fantastycznych. Pierwsze rozdziały skupiają się na pokazaniu głównych bohaterów, ich otoczenia i relacji jakie je łączą.

Jest rok 1873. Clovis LaFay wraca do Londynu, gdzie podejmuje współpracę z Podwydziałem Spraw Magicznych. Jego rodzina nie patrzy na to przychylnym okiem, ale oni nigdy nie patrzą na niego przychylnym okiem (z wzajemnością). W przeciwieństwie do Johna Dobsona, który jest bardzo zadowolony z faktu, że to właśnie dawny znajomy ma z nimi pracować. Młody nekromanta powoli uczy się śledczego fachu, przełamując niechęć reszty policjantów, dla których jego nazwisko kojarzy się z niezbyt chlubnymi sprawami.

Lektura "Clovisa" nie jest łatwym czytaniem. Nie oznacza też, że jestem czytaniem trudnym. Po prostu jest to powieść wymagająca od czytelnika skupienia i zatracenia w słowach. Autorka jest mistrzynią drobiazgu - o dziwo, nie męczącego. Po przeczytaniu książki nie wyobrażam sobie, że mogłoby zabraknąć jakiegokolwiek opisu czy historii. Początkowo bardzo skupia się na przedstawieniu nam bohaterów, przerywa akcję retrospekcjami, które mają przybliżyć czytelnikowi powiązania między postaciami. A z każdym rozdziałem jest ich coraz więcej, przy czym każda barwna, ciekawa i niekoniecznie pozytywna. Pojawia się również ktoś, kto spokojnie może rywalizować z Joffreyem z "Gry o tron" o miano najpaskudniejszej kreatury w literaturze.

Akcja kryminału toczy się równym, spokojnym tempem, żeby nagle wyskoczyć do góry, po czym znowu się uspokoić. Oczywiście poza końcówką, która, jak to w powieściach bywa, przyspiesza, wciąga i powoduje palpitacje serca. Pamiętajcie, żeby chociaż spróbować oddychać.

Minusem jest, według mnie, język jakim pisane są dialogi. O ile narrator pomaga nam wczuć się w klimat powieści pokazując naszym oczom dorożki, ubrania bohaterów czy wygląd mieszkań, o tyle bohaterowie mówią w sposób bardzo współczesny i trochę mi to przeszkadzało w poczuciu klimatu epoki.

Będę czekała na kontynuacje powieści, chociaż mam nadzieję, że druga część jeszcze bardziej skupi się na pracy Wydziału Spraw Magicznych niż na rodzinach bohaterów.

Powieść Anny Lange polecam raczej dorosłym czytelnikom, którzy oczekują od powieści czegoś więcej niż prostego czytadła.
Moja ocena: 6,5/10
Autor: Anna Lange
Tytuł: CClovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu
Dla kogo: dla dojrzałego czytelnika

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu Sine Qua Non
logo_sqn1

Recenzja z pamięci. Świetna trylogia Pauliny Hendel

Moja długa przerwa w pisaniu bloga sprawiła, że mam w pamięci kilka naprawdę fajnych książek, które zasługują na to, żeby dostać chociaż krótką notatkę na moim blogu. Czasami, tak jak teraz, wykorzystuje chwilkę czasu, żeby o nich napisać.

Syn jednej z bibliotekarek ma podobny gust czytelniczy do mnie. Polecane przez niego książki biorę "w ciemno" i raczej się nie zawodzę. Tak tez było z trylogią Pauliny Hendel.

"Strażnik" mnie zachwycił - można by go nazwać polską (słowiańską) odpowiedzią na masowo wydawane antyutopie i dystopie. Na świecie w wyniku wojen przestaje działać elektryczność - nie ma komputerów, telefonów, światła, lodówek. Nic. Trzeba się nauczyć żyć od początku, używać starych sztuczek naszych przodków, np. na przechowywanie jedzenia. I to nie jest jedyny problem - z głębi lasów wychodzą z ukrycia stwory rodem z mitologii. Trzeba przetrwać...

Pomysł może nie wydaje się oryginalny, ale wierzcie mi - pierwszą część po prostu pochłonęłam i pobiegłam po drugą. Hubert jest świetnym bohaterem - nie jest idealny, czasami wkurza tak bardzo, że ma się ochotę kopnąć go w zad. I to jest jedna z zalet tej książki - pomimo nierealności sytuacji (Czyżby? Kto wie co nas czeka?) postacie były tak dobrze opisane, że wydawało mi się, że je znam. Nie czytałam o jakiś papierowych osobach - czytałam o prawdziwych ludziach, których poznałam i polubiłam. A przynajmniej takie miałam wrażenie :)

Teraz kiedy piszę recenzje już wiem, że wrócę do tej książki, a nawet poważnie rozważę kupienie wszystkich części na własność.

Jak na debiut to muszę przyznać, że jest naprawdę dobry. Nawet dziwi mnie dosyć mała reklama - przy dobrym marketingu moglibyśmy mieć z Pani Pauliny nową gwiazdę polskiej literatury. Jeżeli kolejne jej powieści będą tak fajne jak trylogia "Zapomniana księga" to na pewno jej nazwisko będzie wymieniane jednym tchem obok najpopularniejszych polskich twórców.

zapomnianaksiegatom1straznikbiext35314283I tu padło słowo klucz- fajne. "Strażnik" i kolejne części to naprawdę fajne książki. Nie rzucają na kolana mistrzowskim językiem i raczej nie wejdą do kanonu lektur szkolnych (chociaż - czemu nie?), ale biją na głowę naprawdę wiele amerykańskich publikacji, które wskakują na nasz rynek określone jako "hit". Wiele razy zawiodłam się na takiej "rewelacyjnej" powieści z pierwszych miejsc. A tu proszę - nasza polska, młoda pisarka tak mnie do siebie przekonała. Mam nadzieję, że nowe książki Pauliny Hendel wyjdą jak najszybciej, trzymam za nią kciuki i naprawdę polecam trylogię "Zapomniana księga", która ląduje na mojej liście "ulubione".

Moja ocena: 9/10
Autor: Paulina Hendel
Tytuł: 1. Strażnik. 2. Tropiciel. 3. Łowca
Dla kogo: Dla wszystkich - naprawdę dobra rozrywka.

Rozterki Noego

okladka600wBóg stworzył ziemię i ludzi. Od chwili kiedy Ewa podała Adamowi jabłko ludzkość coraz częściej potykała się, aby w końcu upaść. Stwórca patrzył na to z coraz większą złością, aż postanowił ukarać swoje dzieci. Zesłał potop, a ostatniego prawego człowieka wyznaczył do uratowania zwierząt.

Wszyscy znamy historie Noego, więc po co ją przypominam?

W moje ręce trafiła komiksowa tetralogia - "Noe". I okropnie mnie zaskoczyła! Pozytywnie, oczywiście. Zawsze mnie zdumiewa jak twórcy potrafią spojrzeć na znaną historię raz jeszcze i zaprezentować ją po swojemu. Tak właśnie było w tym przypadku.

Scenarzyści - Darren Aronofsky i Ari Handel - stworzyli przypowieść o potopie od początku, skupiając się na emocjach, które musiały towarzyszyć budowniczemu Arki i jego rodzinie. Dodali do tego trochę magii i fantastyki, włączyli upadłe anioły i przedstawili świat jakiego nikt z nas nie chciałby poznać. Świat zepsuty i okrutny, gdzie nie ma już ludzi dobrych i bezinteresownych. Sam Noe nie jest przedstawiony jako człowiek oświecony czy pozbawiony wątpliwości. O nie - Noe się waha, podejmuje decyzje, które całkowicie nie zgadzają się z jego sumieniem, ale uważa, że tego chce Bóg.

Wszystkie emocje i wydarzenia podkreślają wspaniałe rysunki Niko Henrichona. To nie są kolorowe ilustracje bajeczki - wprost przeciwnie - mam wrażenie, że bury świat przedstawiony przez rysownika nie ma w sobie światła i nadziei. Każda plansza to małe dzieło sztuki - przepięknie narysowana z wieloma detalami. Zdarzało mi się, że zapomniałam czytać, bo tak pochłaniało mnie oglądanie każdego rysunku z osobna.

Szczerze polecam wszystkie cztery części.


Moja ocena: 8/10
Tytuł: Noe
Scenariusz: Darren Aronofsky i Ari Handel
Rysunki: Niko Henrichon
Dla kogo: Dla wszystkich dorosłych

Książka, którą uwielbiam

Kiedy ktoś pyta mnie o książkę na leniwe lato - polecam "Stateczną i postrzeloną".

Kiedy ktoś pyta mnie o książkę na jesienną chandrę - polecam "Stateczną i postrzeloną".

Kiedy ktoś pyta mnie o książkę na długie zimowe wieczory - polecam "Stateczną i postrzeloną".

Kiedy ktoś pyta mnie o książkę na wiosenną melancholię - polecam "Stateczną i postrzeloną".

Ostatnio przejrzałam stare wpisy na blogu i ze zdumieniem odkryłam, że nigdy nie zrecenzowałam na nim żadnej książki Moniki Szwai. To strasznie dziwne, ponieważ naprawdę lubię jej powieści, a ta, o której teraz napiszę należy do moich ulubionych.

Czasami śmieję się, że z niektórymi książkami jestem "poślubiona" - opiekuję się nimi, uwielbiam je i czytam w chorobie i zdrowiu. Tak właśnie jest z powieścią pani Moniki - sięgam po nią co najmniej dwa razy w roku,a w dniach złego humoru potrafię przeglądać ulubione fragmenty.

"Stateczna i postrzelona" opowiada o grupie ludzi, którzy postanowili wprowadzić w czyn stwierdzenie "rzucam wszystko i wyprowadzam się w Bieszczady". Co prawda nie wyprowadzili się akurat w Bieszczady, ale sens został zachowany.

Mogłabym się teraz rozpisać dokładniej o bohaterach, o lekkości języka czy niebanalnych pomysłach. Tylko, że nie chcę. Chciałabym, żeby każdy kto zacznie czytać tę książkę odkrył samodzielnie wszystko to co mnie tak zachwyca. Żeby czytelnik poczuł tę przyjemność, którą daje lektura powieści poruszającej serce, ale nie dramatami tylko samym pięknem życia, przyjaźnią i miłością.

statecznaMyślę, że Monice Szwai udało się po prostu to, do czego dąży chyba każda autorka powieści obyczajowych (komedii romantycznych?). Napisała historię o ludziach, których nie da się nie lubić, i których chętnie by się odwiedziło. Zrobiła to z ogromnym wdziękiem, humorem i dodała tyle ciepła, że chyba każdy czytelnik poczuje jak w zły dzień wychodzi dla niego słońce.


Moja ocena: 10/10
Tytuł: Stateczna i postrzelona
Autor: Monika Szwaja
Dla kogo: Dla tych, którzy potrzebują trochę humoru i ciepła

Pisarze, którzy złamali mi serce

Autorzy książek mają wielką moc. Dobry pisarz potrafi sprawić, że czytelnik się śmieje, płacze, irytuje. Opisuje tak swoich bohaterów, że marzysz o tym, żeby ich spotkać, poznać, zaprosić na piwo. Czasami jednak ulubiony pisarz robi coś co łamie czytelnicze serce.

Oto moja lista pięciu autorów, którzy złamali mi serce:

1. Ewa Białołęcka. Złamała mi serce, bo przestała pisać. "Kroniki drugiego kręgu" są lepsze niż ciasta, lepsze niż "Harry Potter". Ulubione fragmenty czytam na poprawę humoru lub kiedy jestem chora, czytam kiedy odkrywam, że już chyba z miesiąc nie czytałam o przygodach Kamyka. Kiedy skończyłam czytać "Piołun i miód" przez 4 lata (!) miałam w ulubionych stronę zapowiedzianej kolejnej książki. Codziennie sprawdzałam czy przy "Czasie złych baśni" pojawi się data premiery. Wiele razy pojawiała się nadzieja - ktoś dał datę premiery (i co pół roku ją przesuwał), pojawiła się okładka, aż wreszcie autorka udostępniła fragment powieści. A potem się skończyło. Minęło ponad 10 lat. Wiem, że są małe szanse, żeby ta książka kiedykolwiek wyszła, ale chyba nigdy nie przestanę na nią czekać.

2. Eoin Colfer. Złamał mi serce, bo nie przestał pisać. A dokładniej nie przestał pisać "Artemisa Fowla". Kiedy pierwszy raz przeczytałam historię młodego przestępcy myślałam, że zostanie drugim Harrym. Nie został. Po trzeciej części, która jest świetna, coś zaczęło się psuć. Czwartą jakoś przepchnęłam. Piątej już się nią dało. A wydano chyba z osiem, których już nawet nie próbowałam czytać...

3. David Nichols. Złamał mi serce zakończenie "Jednego dnia". Zanim przeczytałam tę powieść byłam przekonana, że to zwykłe czytadło. Okazało się, że książka na dużo więcej do zaoferowania. Jedynie zakończenie... łamie serce!

4. J.K. Rowling. Złamała mi serce, bo zabiła Freda. Ok - na stronach "Harrego Pottera" zginęło wiele bohaterów. Po Zgredku czy Dumbledorze płakałam okropnie. A jak się już rozpędziła w uśmiercaniu postaci było właściwie pewne, że zginie któryś z Weasleyów. Tylko zabicie jednego z bliźniaków było takie...okrutne! Tak jakby czytelnika miała pocieszyć myśl, że został ten drugi. Beznadzieja!

5. Joanna Chmielewska. Wzięła i umarła. Nie no spoko, każdemu wolno. Tylko ona umarła tak chmielewskowo - złośliwie! Miałam wrażenie, że zawsze będą wychodzić jej nowe książki, że to się nigdy nie zmieni. Kiedy dowiedziałam się, że umarła naprawdę płakałam. Jak po kimś bliskim i lubianym. Kiedyś z moją mamą (też fanka - to ona właściwie mnie namówiła na Chmielewską) powiedziałyśmy, że jak się pisarce zemrze to kupimy dobre wino i wypijemy za to, żeby w niebie miała kasyno i wyścigi konne.. A dlaczego umarła złośliwie? Bo byłam wtedy w ciąży. Na rocznicę śmierci karmiłam piersią. Na druga rocznicę - znowu ciąża. Do tej pory nie udało nam się siąść razem i uczcić pamięci Wielkiej Pisarki.
1363776580_Chmielewska_Joanna_924_1_Warszawa_2000_

Kiedy ja czytam?

Od kiedy urodził się Mały Pędzik słyszę bardzo często jedno pytanie - "Kiedy ja mam czas czytać"? Mam naprawdę wrażenie, że to nie do pomyślenia - mieć jeszcze czas na jakieś tam czytanie kiedy ma się dziecko. Gdy pojawił się Słoneczny Filozof to chór "Nie będziesz mieć czasu na książki" znacznie się powiększył.

A tu proszę jaka niespodzianka - nie dość, że czytam to jeszcze reaktywowałam bloga! I piszę! A to już w ogóle twór przedziwny - musi być tak, że albo jestem superbohaterem albo zaniedbuję dzieci albo wiążę i chowam pod dywan. Oczywiście tak nie jest :)

Czytanie kiedy ma się dziecko to wcale nie jest coś wielkiego. A mając dwójkę - jest jeszcze łatwiejsze.
Przede wszystkim muszę przyznać, żeby nie było za różowo, że to wcale nie jest tak, że urodziłam dziecko i nic się nie zmieniło. Ba - czuję się czasem jak po praniu mózgu - system wartości się wywrócił do góry nogami, czas wolny drastycznie się skurczył, a rzeczy, na które normalnie człowiek nie zwraca uwagi - stały się czymś ważnym.

Są rzeczy, z których zrezygnowałam: gotuję proste potrawy, zamiast tych wymagających wielogodzinnego bycia w kuchni, rower widzi mnie tylko nocą, na krótkich przejażdżkach, gdy zasną dzieciaki, kostium kąpielowy pokrył gruby kurz. Telewizję przestałam oglądać - obecnie telewizor służy do wyświetlania bajek na YouTube (Mały Pędzik ogląda wyłącznie to co jest śpiewane, a w TV tego mało. Najśmieszniejsze, że przez to ogląda dużo piosenek po angielsku i ostatnio powiedział, że lizak jest "pink", a nie "różowy". Mały Filozof nie ogląda telewizji, bo jest za mały).

Wróćmy jednak do tematu - jak z tymi książkami? Kiedy czytam? Czytam ciągle!
- rano, jeśli obudzę się przed chłopakami
- kiedy po śniadanku bawimy się razem w pokoju i autka stają się ważniejsze niż mama
- kiedy obiad się gotuje, a chłopcy akurat się grzecznie bawią
- kiedy dzieci śpią, a ja już posprzątałam i wyprałam
- kiedy tatuś wraca z pracy, chwilkę odpocznie i przejmie opiekę
- wieczorami
- po obiadkach u babć, kiedy to dziadkowie zajmują się wnukami
- kiedy tylko się da

Dużo czytałam też w czasie karmienia - trzymałam książkę jedną ręką i czasami czytałam ją bobaskowi na głos. I tak jakoś wyszło, że pierwszą książką, którą przeczytałam Pędzikowi jest biografia Shaquille O'Neala, a Filozofowi rozmowy z kabaretem Ani Mru Mru ("O dwóch takich co było ich trzech").

Faktem jest, że zrezygnowałam na jakiś czas z czytania "trudniejszych" książek, bo jak widać mój czas na książkę to często ukradzione 10-15 minut. Powoli jednak wraca do formy, bo Mały Filozof jest już na tyle duży, że szkraby bawią się ze sobą, a mamusi dają spokój. Poza tym nigdy nie byłam i raczej nie będę "perfekcyjną panią domu" - w mieszkaniu ma być czysto, ale co tydzień okien myć nie będę :), a zwierzaka w domu (jeszcze) nie mamy, więc sierść też nie jest problemem. I czas, który traciłabym na przesadne latanie ze ścierą przeznaczam na .... tam tada dam: czytanie :)

Mamusie też muszą mieć w końcu jakąś chwilkę dla siebie ;)
czyniemowlakowiczytacksiazki

Książka na lato... i jesień i zimę i wiosnę i zawsze

nomenomen_martakisielNa lato i urlop szukamy książek, które dadzą nam wytchnienie, zrelaksują lub rozweselą.Po prostu pozwolą zapomnieć o świecie, który na jakiś czas zostawiliśmy w pracy czy szkole. Ja potrzebowałam jakiejś zabawnej książki - bardzo potrzebowałam się pośmiać. i od razu powiem wam, że trafiłam w dziesiątkę - przeczytałam "Nomen Omen" Marty Kisiel.

Główną bohaterką jest 25-lectnia dziewczyna o nietypowym imieniu.
- Jak się nazywasz?
- Salomea Przygoda.
- Niektórzy rodzice nie znają litości.
Salka wyprowadza się z domu, żeby uciec od zwariowanej, nieznającej granic rodziny. Znajduje pokój w tajemniczym domu we Wrocławiu, gdzie ma nadzieję zaznać trochę spokoju... Jak wiadomo, gdyby jej się to udało to nie byłoby książki :)

Okazuje się, że dziwaczne właścicielki posiadłości są jeszcze dziwniejsze niż Salka podejrzewała, a na domiar złego szurnięta rodzinka jakoś też nie chce usunąć się w cień. No i jeszcze we Wrocławiu jakoś niebezpiecznie się zrobiło...
Nie będę ukrywać jak bardzo ta książka mi się podobała. Jej ogromnym plusem jest humor, który trafił w mój gust. Umówmy się - nie jest to wyrafinowany dowcip, ale autorka nie zniżyła się też do poziomu topornych, prymitywnych żartów. Najbardziej lubiłam rozmowy Bartka z Niedasiem. Zestawienie dwóch tak kontrastowych bohaterów było naprawdę świetne.
- Kilniemy gada osikanym kołkiem
Niby to dość powszechny i oklepany żart, ale w kontekście całej rozmowy położył mnie na łopatki. Nie będę jej cytować, żeby nie zepsuć potencjalnemu czytelnikowi zabawy.

Sama fabuła, chociaż momentami naprawdę oryginalna ma jeden minusik - dosyć przewidywalne zakończenie. ALE po pierwsze - czego miałam się spodziewać po tego typu książce? Po drugie rekompensuje to język w jakim jest napisana książka. Widać, że autorka jest świadoma swojego warsztatu i zdaje sobie sprawę co pisze - lekką, zabawną powieść, która ma wyluzować czytelnika, ale jednocześnie nie traktuje go jak kretyna.

Zaciekawiło mnie jeszcze coś innego: "Nomen Omen" dostanie ode mnie mocne 8/10. Nie jest to pozycja wybitna, która trafia czytelnika w serce, ale trafia za to w brzuch, który trzęsie się od śmiechu. Przejrzałam recenzje tej książki i bardzo często pojawiało się stwierdzenie: "Super, ale "Dożywocie" było lesze".
Zaczynam się bać tego "Dożywocia", bo jeszcze nie czytałam, a już mam wielkie nadzieje co do niej. Skoro przygody Salki tak mi się spodobały i rozbawiły to co dopiero będzie przy debiutanckiej powieści Marty Kisiel? Już na liście do przeczytania.


Ps. Osikany kołek... hehehe



Moja ocena: 8/10
Tytuł: Nomen omen
Autor: Marta Kisiel
Dla kogo: Dla wszystkich, którzy mają ochotę się pośmiać :)

wtorek, 29 listopada 2016

Komiksy nie są dla dzieci!

Panuje ogólne przekonanie, że komiksy są wyłącznie dla dzieci. Jest to głupie przekonanie. Nie mam zamiaru owijać w bawełnę - osoba, która twierdzi, że książki graficzne są przeznaczone wyłącznie dla młodych czytelników jest w błędzie. Myślę, że właśnie z takiego przekonania wynikają pomyłki typu, mama z dwójką 10-latków w kinie na "Deadpoolu" (skoro komiksy są dla dzieci to film na jego podstawie również ;) )
Ja osobiście komiksy uwielbiam - mam swoja niewielką (zawsze za małą) kolekcję. I niczego nie pożyczam - chyba, że ktoś zostawi w zastaw wątrobę!

Stereotyp o tym, że komiksy to śmieszne obrazeczki dla maluchów jest dla mnie osobiście przykra - niektóre pozycje są tak rewelacyjne, że przykro mi na myśl o ludziach, którzy odrzucają je, a powinni się nimi zachwycać. Historie rysunkowe mają naprawdę wiele do zaoferowania i dzisiaj postaram się to udowodnić.

Przede wszystkim nawet te komiksy, które są faktycznie "dla dzieci" mają swoje ukryte "smaczki". W "Kaczorze Donaldzie" bardzo często pojawiają się nawiązania do literatury (czasami są całe komiksy, np "Cierpienia młodego kaczora") lub prawdziwych postaci. Kaczki poznają Kwakassa, płyną na Kwaraiby. Jacek Karnowski, który tłumaczy "Giganty" od wielu lat, niejednokrotnie przyznaje, że specjalnie wplata zdania znane z powieści, filmów czy piosenek. W pierwszy tomiku z brzegu znalazłam informację, że Goguś wygrał konia w teleturnieju "Dwóch z jedenastu" (wybaczcie jakoś, mam kiepski aparat w komórce) :


gogus

Poza tym humor takich serii jak "Asteriks", "Calvin i Hobbes", "Lou", "Titeuf" i wielu, wielu innych jest tak uniwersalny, że dla zwykłego rozluźnienia można sobie to przejrzeć. Mam całą serię Asteriksa na własność i lubię czasem do nich zajrzeć. Tam również trafimy na wiele nawiązań do historii i kultury ("Wielki rów" to przecież "Romeo i Julia"). Decyzja Egmontu o niekontynuowaniu "Lou" złamała mi serce, jak również wielu czytelnikom. Tak samo było z "Titeufem" - miałam czytelnika lat około 40, który wypożyczał je regularnie, a potem nagle przestał. Kiedy go o to zapytałam powiedział, że kupił sobie wszystkie dostępne i nie musi już teraz brać od nas. I uwierzcie - nie był to jakiś zdziecinniały Piotruś Pan, tylko normalny dorosły facet, który pierwotnie wypożyczył ten komiks synkowi.

Przykłady powyżej to jednak komiksy "uniwersalne" - gdzie te komiksy tylko dla dorosłych? I co w nich takiego wspaniałego? Odpowiedź jest oczywista - grafika! Niektóre komiksy zadziwiają dokładnością szczegółów, inne to po prostu małe dzieła sztuki. A przy tym treść wcale nie jest infantylna. Wielokrotnie są to rewelacyjne, prześmieszne przygodówki ("Launfest z Troy", czy "Ekho - Lustrzany świat") , wspaniałe, dające do myślenia fantasy ("Noe", którego scenariusz napisał Aronofsky), dbające o szczegóły historyczne ("Usagi Yojimbo") czy po prostu porażające grafiką historie ("Azymut").

Powieści graficzne mają coś dla każdego. Nawet fani popularnych książek mogą znaleźć ich komiksowe odpowiedniki. Jest prześlicznie narysowany "Zmierzch", jest "Percy Jackson" , "Hobbit", "Mały książę". Komiksowy świat jet naprawdę równie rozległy jak książkowy.

Na uwagę zasługują różne serie humorystyczne. O "Garfieldzie" - grubym, leniwym kocie słyszał chyba każdy. A kto słyszał o "Baby blues" - opowiadającej o młodych rodzicach? Uśmiałam się na tym okropnie. Dopiero kiedy miałam już dzieci dowiedziałam się, że to sama prawda. Myślę, że każdy oczekujący na nadejście potomka powinien go przeczytać, żeby wiedział co go czeka.

z7213716Q


okladka6001Na ekranach kin coraz częściej goszczą ekranizacje komiksów. Oczywiście prym wiodą superbohaterowie - każdego roku poznajemy coraz to nowe odsłony ich przygód. I w tym temacie jest tak samo - większość z komiksów jest w najlepszym razie dla nastolatków, ale całe mnóstwo jest takich naprawdę brutalnych lub o nieodpowiednich treściach (wspomniany już "Deadpool" czy "Lobo"). Poza tym skoro oglądamy coś w kinie, czytamy książki to dlaczego nie przeczytać też komiksu? Powieść graficzna to czasami trudniejsza sztuka niż powieść - jest mało miejsca na tekst, a większość emocji musi oddać rysunek. Rysownik musi się zgrać ze scenarzystą - muszą się zrozumieć, połączyć dwie wizje w jedną. Dopracować szczegóły. Powstanie tomiku komiksu to często ciężka praca - zastanówcie się nad tym kiedy następnym razem nazwiecie go lekceważąco - "bajeczką dla dzieci".

okladka600cb1Postaram się w miarę szybko uzupełnić dział z recenzjami komiksów. Mam nadzieję, że kogoś przekonam chociaż do spróbowania przeczytania czegoś. W tej notatce użyłam jako przykładów dzieł, które sama znam i lubię, ale jest ich naprawdę cały świat! Czytajcie komiksy.

W sklepie z ubraniami

vintageskleprzeczyzapomnianychbiext28044724Życie nie jest idealne. Życie rzuca nam kłody pod nogi. Czasami uda nam się je przeskoczyć, a czasami potykamy się i upadamy twarzą w błoto. Musimy wtedy wstać i mieć nadzieję, że będzie lepiej. Walczyć.

Ten patetyczny początek sugeruje, że będę pisać o jakiejś poważnej książce. Wprost przeciwnie - "Vintage. Sklep rzeczy zapomnianych" jest powieścią z gatunku "czyta się lekko i przyjemnie". Ma jednak w sobie to "coś" i dlatego pozwoliłam sobie na, wybaczcie określenie, nadęty wstęp.

Susan Gloss w swoim debiucie przedstawiła nam kilka bohaterek, które dostały od losu te paskudne kłody. Obserwujemy jak łapią oddech, gramolą się z kolan i starają się iść dalej mimo przeszkód. Każdej ważnej sytuacji w ich życiu towarzyszy jakiś przedmiot (np. ubranie) i jego opis rozpoczyna każdy rozdział. Zwrócenie uwagi na rzecz, jako na świadka ważnego momentu w życiu było całkiem ciekawym zabiegiem. Nigdy nie myślałam o niczym w ten sposób, np. "kiedy byłam w tej bluzce to mąż mi się oświadczył". Może powinno się tak robić? Przecież dzięki temu coś zwykłego może stać się cenną pamiątką.

Poza tym motywem książka nie powala oryginalnością, ale czyta się ją miło i szybko, bohaterki dają się lubić i generalnie powieść spełnia swoją rolę babskiego czytadła na leniwe popołudnie. Zaznaczę nawet, że dzięki tematyce i pomysłowi wydaje się być odrobinkę lepsza i ciekawsza niż wiele innych przeczytanych wcześniej. Zdecydowanie będę ją polecała.

Żeby nie było zbyt kolorowo muszę zaznaczyć, że powieść posiada jeden, pokaźnych rozmiarów, minus. Jednak nie mogę o nim napisać bez zdradzania zbyt wiele ważnych części fabuły, dlatego napiszę tak:
Jeżeli nie czytałaś tej książki, a lubisz powieści obyczajowe dla kobiet, to ta pozycja jest jak najbardziej dla Ciebie.

Jeżeli przeczytałaś lub nie, ale chcesz wiedzieć co mi się tak nie podobało to dokończę tę myśl pod zdjęciem i danymi książki. Po raz kolejny podkreślam, że będzie to Gigantyczny spoiler.


Moja ocena: 6/10
Tytuł: Vintage. Sklep rzeczy zapomnianych
Autor: Susan Gloss
Dla kogo: Dla lubiących literaturę kobiecą




SPOILER SPOILER SPOILER
Zakończenie było obrzydliwie słodkie!
O wiele ciekawiej byłoby, gdyby Violet nie zeszła się z Samem i zdecydowała na inną formę posiadania dziecka. Amithi mogła zdecydować się na całkowite odcięcie od kontaktów z mężem. Gdyby autorka zdecydowała się na mniej cukierkowe zakończenie to całość była by zdecydowanie ciekawsza, dojrzalsza. A tak znowu wyszło na to, że happy end to po prostu wyrwanie faceta.

Kiedy odszedłeś

Wiadomo jest, że jeżeli jakaś książka nas zachwyci to sięgniemy po jej kontynuację. Czekamy niecierpliwie na dzień premiery lub dostawy nowości do biblioteki. Jest! Mamy ją w rękach! Czytamy!

"Kiedy odszedłeś" jest kontynuacją zachwycającej (moim zdaniem - recenzja) powieści "Zanim się pojawiłeś". Naprawdę nie mogłam się doczekać kiedy ją dostanę i przeczytam. I, niestety, jestem trochę zawiedziona...

kiedyodszedlescbig649359Nowa książka o Lou zaczyna się jakieś półtora roku po zakończeniu pierwszej części. No dobra - SPOILER SPOLIER SPOILER. Myślę, że nie da się opisać fabuły bez zdradzania zakończenia jedynki, więc - Will umarł. A właściwie popełnił samobójstwo. Lou nie może się po tym pozbierać - pomimo podróży po świecie, a potem nowego mieszkania zapada się w swój smutek. Nic nie wskazuje na to, żeby coś mogło wyrwać ją z odrętwienia w jakie wpędza ją żałoba. Z rodziną kontaktuje się rzadko, z rodzicami ukochanego nie ma kontaktu wcale. Nagle coś się wydarza, akcja przyspiesza, pojawiają się nowe osoby w jej życiu.

Najnowszej książce Jojo Moyes powinno się wystawić dwie oceny - pierwszą jako nota kontynuacji, a drugą jak dla osobnej książki. Powieść szybko się czyta i myślę, że jako osobna pozycja, nie związana z "Zanim się pojawiłeś" robi dobre wrażenie. Obserwujemy jak bohaterka po przeżyciu traumy powoli wraca do życia. Czepia się tych małych okruchów, które mogą ją wyrwać z odrętwienia, jak zmienia się jej nastawienie do świata, otwiera się na nowe wyzwania i ludzi. W tym aspekcie autorka jest prawie mistrzynią. Niestety to wszystko sprawia, że powieść jest... gorzka i szara. Wszystko co się dzieje widzimy przez pryzmat tej okropnej szarości - to powolne gramolenie się do światła, ale po drodze w większości jest smutek i niepewność. Dlatego właśnie "Kiedy odszedłeś" nie pasuje mi jako kontynuacja historii Lou i Willa. W pierwszej części, pomimo ciężkiego tematu, było coś takiego, że czytelnik miał nadzieję, mógł się uśmiechnąć. Tutaj tego prawie nie ma - do tych paru chwil oddechu brnie się przez gęsta mgłę.

Dlatego właśnie książce należą się dwie oceny - druga część zagubiła tę lekkość, ale nadal jest to kawałek dobrej literatury obyczajowej.

Dla zainteresowanych - myślę, że można spokojnie przeczytać bez jedynki lub tylko po obejrzeniu filmu. Są może dwa wątki, których można nie zrozumieć bez znania poprzednika, ale nie mają one większego wpływu na fabułę.
Moja ocena: Jako osobna książka 7/10, jako kontynuacja 5,5/10
Tytuł: Kiedy odszedłes
Autor: Jojo Moyes
Dla kogo: Dla kobiet

Zwycięstwo marketnigu

Po wielu gorzkich lekcjach pod tytułem "kupiłam książkę, bo bombardowały mnie reklamy" chyba wreszcie nauczyłam się zapanować troszeczkę nad chęcią kupna tego co mi wciskają. Na szczęście, bo gdybym kupiła "Porąb i spal" to bym żałowała.

Książka Larsa Myttinga nie jest zła. Szczerze mówiąc jest genialna, ale tylko jako wyrób pasjonata. A ja pasjonatów uwielbiam. Spotkałam kiedyś człowieka, który kolekcjonował porcelanowe figurki ptaków. Dla mnie osobiście - nuda, ale jak on o tym opowiadał to mogłam słuchać godzinami. To jest właśnie cudowne w entuzjastach - ich miłość do czegoś sprawia, że nawet kompletny laik w danym temacie potrafi ich wysłuchać i jest zaciekawiony.

"Porąb i spal" jest opowieścią człowieka, który kocha to o czym mówi. Według opisu z tyłu okładki "Mytting to genialny gawędziarz, który w dowcipny i pełen ciepła sposób przelewa na papier swoja miłość" i to da się odczuć na każdej stronie książki. Kiedy została wydana w Polsce byłam tak zachwycona pomysłem i zalewana pochwałami, że już prawie ją kupiłam. Zatrzymałam się jednak i pomyślałam - nie moja tematyka (no bo właściwie... drewno?), nie znam autora i znowu dosyć nachalna reklama. I całe szczęście.

Świetne wydanie z wieloma zdjęciami, niektóre naprawdę ciekawe i zaskakujące. Piękna treść, napisana z pasją i zachwytem. Dowiedziałam się wiele rzeczy, których nie wiedziałam, których nawet nie podejrzewałam. Tylko, że nigdy nie czułam potrzeby tego wiedzieć. Kobieta z miasta, która ma centralne ogrzewanie i bieżąca wodę w mieszkaniu, czyli ja nie potrzebuje tych informacji. Nie wiem jak reagują na tę pozycję inni czytelnicy, którzy autentycznie palą drewnem w domu, jednak dla mnie nie jest to książka, którą muszę mieć w domu.
e71382476090c0a10f1e07fe6719fd50_5

Naprawdę warto pożyczyć, przeczytać, pooglądać, bo jest naprawdę ciekawa. Potem oddać. Kupować nie trzeba. No chyba, że komuś na prezent.

Moja ocena: 5/10
Tytuł: Porąb i spal. Wszystko, co mężczyzna powinien wiedzieć o drewnie
Autor: Lars Mytting
Dla kogo: Dla ciekawskich i dla czytelników, którzy mają ochotę przeczytać "coś innego".

Oceny

Jest wiele portali typu lubimyczytać, filmweb, biblionetka, na których możemy ocenić dany twór kultury. Logujemy się, znajdujemy dzieło i PYK - jednym kliknięciem wystawiamy mu notę. Osobiście uważam, że takie własne konto na danym portalu to fantastyczna sprawa. Tworzymy listy ulubionych książek lub filmów, zaznaczamy co mielibyśmy ochotę poznać, dostajemy, na podstawie własnych ocen, propozycje utworów, które mogłyby nam się spodobać.

Na blogu wystawiam książką oceny od niedawna - pod jedną z notatek zaproponowano mi, żebym je wprowadziła w recenzjach. Sprawę przemyślałam, wybrałam sobie 10-cio stopniową skalę i zaczęłam ją stosować.

Niedawno też zdałam sobie sprawę (a raczej brutalnie mnie uświadomiono), że poprzez nasze oceny też jesteśmy oceniani.

Żeby nie wyszukiwać ciągle synonimów słowa "utwór", będę pisała o filmach. Wiem, że mój blog jest o książkach, ale będzie mi wygodniej skupić się na jednej dziedzinie sztuki i przykłady brać tylko "z jednego worka", a to właśnie na filmwebie uświadomiono mi, że przez pryzmat moich ocen, ktoś może osądzić mój poziom inteligencji... No i tak jak napisałam wcześniej co do książek nie stosowałam skali, więc byłoby kiepsko z przykładami.

Skoro jestem gadułą to nikogo to nie zdziwi, że lubię wypowiadać się na różnych forach. Pewnego dnia przeglądałam sobie na filmwebie stronę filmu, który mnie interesował. Na forum tegoż filmu toczyła się zażarta dyskusja napędzana przez pewnego arogatna, który "wie wszystko lepiej niż inni". Piszę "arogant", żeby nie użyć innego określenia, który bardziej pokazałby jakie mam zdanie o tamtym forumowiczu, ale musiałabym wtedy zmienić bloga na +18. Pan, święcie przekonany o swojej wyższości obrażał wszystkich, którzy ośmielili sie mieć własne zdanie. Na jego komentarze odpowiedziałam i ja. Grzecznie, używając rozsądnych argumentów wymieniłam z nim kilka wpisów. W pewnym momencie odpowiedział mi, że on nie będzie dyskutował z osobą, która oceniła "Pod słońcem Toskanii" na 10, a w obejrzanych nie ma "Listy Schindlera".

Nie ukrywam - zamurowało mnie. Przejrzałam listę moich najwyżej ocenionych filmów i znalazłam tam dużo "kompromitujących" ocen :) Ale przecież system oceniania też jest sprawą indywidualną i odbiór filmu też. Jestem typowym "oglądaczem" - nie znam się na ocenianiu pracy kamery, reżyserii. Film jest dla mnie mądry lub głupi, ciekawy lub nudny. A w wielu przypadkach na ocenę wpływa moment oglądania. Pamiętam bardzo dobrze, dlaczego "Pod słońcem" dostało tak wysoką ocenę. Miałam bardzo stresujący okres w pracy, ciągle coś się działo. Pilnie potrzebowałam relaksu, ale przez to wszystko nie miałam nawet siły, żeby iść choćby na basen. Poskarżyłam się przyjaciółce, która zjawiła się u mnie z filmem i winem. To był sympatyczny, odprężający wieczór, a film spełnił swoje zadanie. Do tej pory lubię go czasem obejrzeć ponownie i mam z nim tak przyjemne skojarzenia, że w mojej prywatnej skali zasłużył na 10. A zestawianie go z "Wielkim kinem" jest dla mnie nieporozumieniem.

Co do "Listy Schindlera" naprawdę go nie obejrzałam i jest mi wstyd z tego powodu. Mogę się jedynie usprawiedliwiać tym, że kiedy on miał premierę ja nie byłam nawet nastolatką. Mam go na swojej liście "do obejrzenia", ale zawsze jakoś myślę - następnym razem.

Poza tym, ogólnie przyjęłam, że "Wielkiego Kina" nie oceniam. Nie mam po prostu do tego kompetencji, no i nie wyobrażam sobie zestawienia go z moimi "dziesiątkami". Jakby to wyglądało - "Kosmiczny mecz" 10 (pierwszy raz byłam w kinie z bratem, uwielbiałam koszykówkę i MJ, a film był po prostu spełnieniem moich dziecięcych marzeń), a obok klasyka też 10.

Porównajcie sobie kiedyś rożne filmy - np, zwycięzca Oscara "Jak zostać królem" ma ocenę na filmwebie 7,8, a "Pamiętnik" - 8,1. Widocznie każdy ma jakiś swój, nie zawsze sprawiedliwy dla wspaniałych filmów system oceniania.

Co do książek - myślę, że tutaj mam podobnie - bardzo wysoko "Harry Potter", a "Chłopi" na samym dnie (bardzo przepraszam wszystkich, ale ja nigdy nie potrafiłam pokochać tej książki). Tylko co to właściwie za porównanie?

A jak jest u Was? Pochwalcie się waszymi "kompromitującymi" ocenami.
gavelscalesjustice3

Negatywne recenzje

Ostatnio spotkałam się z notatką o tym, że mało jest negatywnych recenzji i zaczęłam się zastanawiać czy to prawda. Już od dawna korciło mnie, żeby na blogu stworzyć nową kategorię - miejsce, gdzie będą pojawiały się nie recenzje, a notatki związane z książkami, więc pomyślałam, że można by poszperać w temacie "złych opinii" i założyć wreszcie dział "Blisko książek". Oto on :) Witam!

Ostatecznym impulsem do napisania była recenzja z Leona Zabookowca i komentarz pod nią "Jak miło czasem poczytać także i te zdecydowanie negatywne opinie". Czy niepochlebna opinia naprawdę jest czymś tak nietypowym? W notatce, o której wspomniałam wyżej (niestety nie mogę jej znaleźć w sieci, bo to było już ponad 2 tygodnie temu) autorka była zirytowana zachwytami przedpremierowymi, bo już nie raz się na nich zawiodła. A przecież wszyscy twierdzą, zwłaszcza blogerzy, że oceniają rzetelnie i piszą co czują, a ona sięgała po "rewelacyjną" książkę, a okazywała się przeciętna. Więc jak to jest blogosfero z tymi negatywnymi recenzjami?

W myśl zasady o zaczynaniu od siebie przejrzałam swojego bloga. I rzeczywiście - na OGRYZKACH bardzo rzadko krytykowałam całkowicie jakąś książkę, o pastwieniu się nad jakimś "stworem" literackim właściwie nie było mowy. A przecież, jak smoki kocham, nie raz trafiałam na potworki, po których rzygałam literkami. No i gdzie one są?

6979300166_tyle_ksiazekPo pierwsze - już od paru lat nie kończę książek, które mnie denerwują lub męczą. Kiedyś tak nie mogłam - zaczęłam to musiałam dokończyć. Aż doszłam do wniosku, że jest to absolutnie głupie. Przedzieram się przez jakąś pustynię fabularną, irytuję, a w tym czasie mogłabym przeczytać coś innego, co mnie będzie inspirowało! Proszę nie mylić pustyni literackiej z dżunglą (czyli literaturą ambitną). Tu ciężko i tu ciężko, ale na pustyni nic nie ma, a w dżungli - sami wiecie - trudne słowa z lian, słonie z metafor i ogólne przeżywanie. Dlaczego więc nie piszę o tych książkach? Po prostu - nie przeczytałam - nie oceniam. Wiele razy było tak, że powieść z topornym początkiem później okazywała się bardzo dobra. Po prostu czasami nie mam już siły czekać na to "dobre", ale nie mogę skreślić pozycji, której nie poznałam w całości.

Do drugie - nie zgadzam się z autorem i przez to moja ocena nie była by uczciwa. Świetnym przykładem tego jest książka "Kobieta dość doskonała" Sylwii Kubryńskiej. Ma wysoką ocenę, dużo osób się nią wprost zachwyca. Miałam wielki apetyt na tę pozycję i duże oczekiwania, a okazało się, że ja i autorka stoimy momentami po dwóch stronach barykady. Przeczytałam bardzo niewiele stron i co sobie pomyślałam to moje. Co ciekawe, czytałam sporo cytatów z tej książki i z wieloma się zgadzam, ale całość książki... no nie jest dla mnie.

Po trzecie - "boomy czytelnicze". Obserwowaliśmy to parę lat temu w czasie "Zmierzchu". Nastolatki tłumnie zaczęły czytać, a potem "mądre głowy" stwierdziły, że dno literackie, grafomaństwo. No i ze zmierzchomanii zrobił się obciach. Jeżeli coś sprawia, że nieczytający sięgają po książkę to jaka by ona nie była - siedzę cicho. Zwłaszcza jeśli chodzi o młodych czytelników. Małymi kroczkami: może taki "beniaminek" zacznie na wampirach, a skończy na "Mistrzu i Małgorzacie"? Trzeba mieć nadzieję, nawet jeśli czyta, "o święty Barnabo, moja podświadomość tańczy!"

Po czwarte - zwyczajnie mi się nie chce. Jeśli jakaś książka mnie faktycznie oburzyła, albo zdenerwowała (jak np. "Matt Hidalf") to siadam i wrednie recenzuję. Ale jak coś przeczytałam i pomyślałam "no spoko" i zapomniałam prawie od razu? Było tak ze "Stalowym sercem". Nawet fajna, ale bez fajerwerków. To zdanie to właściwie wszystko co miałabym ochotę napisać o tej książce. Przeczytałam też drugą część i to samo. Może po trzeciej mi się zachce.

No i po piąte - są od tego specjaliści ;) np. nieodżałowany, zamknięty już blog Czarne Owce Literatury. Jakby ktoś znał podobny zapodajcie linka :)

A jak jest z Wami? Piszecie negatywne recenzje?

G E N I A L N A !!!

Wielu czytających ma swoich ulubionych autorów, na których książki czeka z niecierpliwością. Pisarzy, którzy nigdy nas nie zawodzą - nawet w słabszej formie są lepsi od innych. Ta, o której teraz napiszę jest autora, który nie miał słabszych książek.

Znacie jakieś mity greckie? Na pewno. Jeżeli w teleturnieju trafi się pytanie - wymień 5 postaci z mitologii greckiej - to 90% będzie potrafiło na nie odpowiedzieć (mam nadzieję). A co jeśli zapytają o mity słowiańskie? Znacie? Wiele osób odpowie, że nie. Ciężko dostać jakieś ciekawe wydanie mitologii słowiańskiej. Najczęściej są to prawie naukowe teksty o wierzeniach naszych przodków, skierowane raczej do znawców i pasjonatów. Wersja dla dzieci? Nawet nie wiem czy istnieje...

Teraz już jest! Zadbał o to Łukasz Wierzbicki, autor fenomenalnej "Afryki Kazika" oraz innych wspaniałych książek., m.in "Machiną przez Chiny".

"Drzewo" jest RE-WE-LA-CYJ-NE! Swój egzemplarz kupiłam w dzień premiery i od razu przeczytałam. Dlaczego recenzuję dopiero teraz? Mam taką zasadę, że lepiej jest odczekać chwilkę po lekturze, żeby móc napisać opinię "na chłodno". W przypadku najnowszej książki Wierzbickiego okazało się, że nawet kilka miesięcy po premierze jestem zachwycona.

drzewookldrzjs
Co jest w tej pozycji tak wyjątkowego? Po pierwsze tematyka - mitologia grecka i rzymska ma kilkanaście rożnych wydań - dla młodych, starszych, dla pasjonatów i dla tych zaciekawionych. Mitologia słowiańska nie jest tak popularna (dlaczego?) oraz, moim zdaniem, trudna do opowiedzenia młodszemu czytelnikowi. A Wierzbickiemu się udało - nawet sposób prowadzenia narracji - ktoś snuje opowieść - jest moim zdaniem strzałem w dziesiątkę. Zebrane mity są niezwykle ciekawe, a dodatkowo książka podzielona jest na dwie części. Jedna jest opowieścią, gawędą, a druga to wyjaśnienia autora - skąd czerpał inspirację, przypisy i odnośniki do opracowań, z których korzystał. Dzięki temu czytelnik zainteresowany tematem może łatwo nakarmić swoją rozbudzoną ciekawość.

No i oprawa graficzna - świetne rysunki, przepiękne zdjęcia. Są doskonałym uzupełnieniem całości. Och! Och! Och!

Polecam każdemu "Drzewo"! Czytajcie, kupujcie jako prezent i zachwycajcie się. Dowiedzmy się jakie są nasze korzenie.
Ja nawet dzień, w którym wystawiam swoją opinię wybrałam nieprzypadkowo. Jutro wyjeżdżam na urlop - nie będzie nowego wpisu przez kilka dni. Dzięki temu każdy kto trafi na mojego bloga w tym czasie zobaczy tę notatkę jako pierwszą :)

Moja ocena: 11/10
Tytuł: Drzewo
Autor: Łukasz Wierzbicki
Dla kogo: DLA ABSOLUTNIE WSZYSTKICH

Z Monstrum na szlaku

dzikadrogaCzasami długo czekamy na możliwość przeczytania jakiejś książki, czasami bierzemy jakiś tytuł spontanicznie, bo coś nas urzekło w okładce. A czasem znajomy wepchnie nam jakaś powieść z głośnym "Jest super. Przeczytaj koniecznie". Cóż możemy począć wobec czyjegoś zachwytu? Bierzemy i czytamy :)

Właśnie za sprawą Agnieszki przed moje oczy trafiła "Dzika droga" Cheryl Strayed. Książka, w której autorka opisuje jak poturbowana przez życie postanowiła przejść szlak Pacific Crest Trail dźwigając ogromny plecak, zwany Monstrum.

Zanim Cheryl stanęła na szlaku i rozpoczęła swoją wędrówkę minęło 100 stron. Tylko wiele pochlebnych recenzji sprawiło, że nie przerwałam czytania. I nie chodziło o język czy samą historię. Ja po prostu nie polubiłam Cheryl. Ciągle podejmowała kiepskie decyzje i miałam wrażenie, że robi to całkowicie świadomie, taka jakby autodestrukcja. Przed wejściem na szlak była osobą, której współczułam, ale nie szanowałam.

Miała ciężko - to fakt. Myślę, że chodziło o to, że ja i ona to dwa różne charaktery i gdybyśmy się naprawdę spotkały to pewnie ciężko byłoby nam się dogadać. Dopiero kiedy zaczęła swoją wędrówkę pomyślałam: "No dobra - nie schrzań tego". Przestałam jej współczuć, a zaczęłam kibicować.

Ruszyła. Swoje przeżycia opisywała bardzo szczegółowo, dlatego czytelnik bardzo łatwo może poczuć, że jest na szlaku razem z nią. Bardzo podobało mi się, że potrafi zmienić swój ton wypowiedzi, tak, żeby pasował do opisywanej sytuacji. Czasem jej wypowiedzi były poetycko -filozoficzne, innym razem poważne i pełne zadumy, a parę stron dalej brzmiała jak nastolatka. Nie będę się jednak rozpisywać o jej przeżyciach na szlaku, bo tę część najlepiej jest przeżyć z Cheryl, a nie z recenzentem.

Faktem jest to, że po skończonej lekturze pierwsze co zrobiłam to sprawdziłam czy w Polsce jest jaki długi szlak pieszy. Autorka opisywała swój ból fizyczny, a ja jej naprawdę zazdrościłam. Tej odwagi. Wolności. Samotności. Czytałam książkę i jednocześnie zastanawiałam się - "gdzie jest mój plecak".

Jeśli zaś chodzi o emocje - Cheryl zafundowała sobie i jednocześnie czytelnikowi prawdziwy rollercoaster - od śmiechu i radości poprzez smutek, aż do spokoju i wyciszenia.

Jak myślicie czy "Zabłąkana" dotrze do końca szlaku? Czy uda jej się rozprawić ze swoimi demonami? Jakie zmiany zajdą w niej samej? Przeczytajcie "dziką drogę" to się dowiecie. Naprawdę warto.

"Teraz kiedy szlak pokazał mi jak okropnie mogę się czuć, czułam się lepiej niż kiedykolwiek"

Moja ocena: 8/10
Tytuł: Dzika droga
Autor: Cheryl Strayed
Dla kogo: Myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie - rozrywkę i powagę.

poniedziałek, 28 listopada 2016

Nadrabiam zaległości



anai_z_zielonego
Są takie książki, które "przeczytali wszyscy". A przynajmniej wszyscy czytający. Te najpopularniejsze powieści znikają z półek prawie równocześnie z rozpoczęciem się lata. Mamy urlopy, wakacje i nareszcie czas, żeby się odprężyć. Po "Jeżycjadę", "Harrego Pottera" i inne przyjemne lektury zjawiają się czytelnicy spragnieni spotkania z ulubionym bohaterem. Jedną z takich książek jest "Ania z Zielonego Wzgórza" - powieść, której nigdy nie przeczytałam.

Niedawno nadrobiłam tę zaległość. Stało się dla mnie jasne, że nigdy nie będę jedną z tych czytelniczek, które zjawiają się przed swoim urlopem po "Anię". Nie będę, bo... zakochałam się tak strasznie, że muszę mieć swoje własne egzemplarze książek Montgomery.

Ciężko jest nie zachwycić się takim utworem. Przepiękny, barwny język jest tylko pierwszą z wielu zalet powieści. Przede wszystkim Ania! Ania Shirely! Co za bohaterka! Ile w tej dziewczynie pogody, siły i mądrości. Niesamowitym przeżyciem było móc czytać o jej przygodach i obserwować jak ludzie zmieniają się za sprawą magii jej charakteru. Zawsze dziwiło mnie, żę dorosłe kobiety tak chętnie wracają do świata stworzonego przez Lucy Maud Montgomery, a teraz już wiem, że sama przeczytam całą serię jeszcze nie raz. Już postać tytułowej bohaterki jest wystarczającą zachętą, a przecież książka to nie tylko ona. Te opisy! Ta przyroda! Naprawdę ciężko mi nie używać wykrzykników. No i cała galeria barwnych postaci drugoplanowych: Maryla, Diana, pani Linde, Mateusz (kiedy kupił Ani sukienkę z bufiastymi rękawami - to jedna z najsympatyczniejszych scen w historii literatury młodzieżowej). I, oczywiście, Gilbert. Uśmiecham się na samą myśl o tym chłopaku.

"Ania z Zielonego wzgórza" to powieść niezwykła. Właściwie cieszę się, że minęło tyle lat zanim po nią sięgnęłam. Przeczytałam do tej pory wiele pozycji z literatury młodzieżowej - zarówno klasyki, jak i tej pisanej współcześnie i dzięki temu, teraz jako dorosła osoba, jestem w stanie docenić jak wspaniała i wyjątkowa jest to książka.

Moja ocena: 10/10
Tytuł: Ania z Zielonego Wzgórza
Autor: Lucy Maud Montgomery
Dla kogo: Dla wszystkich!

Najbardziej niesympatyczny bohater na świecie!

matt Jeśli jest się fanem Harrego Pottera i szuka podobnych książek na pewno prędzej czy później trafi się na Matta Hidalfa. Ja też trafiłam. I postanowiłam przeczytać pierwszą część.

No i?

Nie znoszę Matta Hidalfa! Nigdy jeszcze nie czytałam książki, której główny bohater tak bardzo mnie odrzucał. Rozpieszczony, wredny potwór przekonany o własnej wyjątkowości. Może i jest super-inteligenty, ale to sprawiło, że pycha i buta, aż wylewa się z całej tej egoistycznej postaci. I pomimo tego, że - paradoksalnie - książkę czytało mi się dobrze i szybko to już wiem, że po kolejne części na pewno nie sięgnę. Chyba, że mały cham dostanie porządną nauczkę.

Zgadzam się z tym co wyczytałam w innych recenzjach - treść to "fabularny bigos" i cały czas mam wrażenie, że powinna być jakaś wcześniejsza książka. Dużo wątków, poplątanych ze sobą, a brak jest rozwinięcia informacji, o których powinno się więcej napisać, np. czego dokładnie uczą w tej szkole?

No i Hidalf - postać tak daleka od sympatycznych, książkowych psotników, że naprawdę dziwię się, że ktoś chce mu pomóc. Chłopak się tak wywyższa i widać, że czuje się lepszy od innych... A oni go podziwiają i pomagają mu. Dostał zadanie do wykonania z dwoma innymi uczniami, a on ma to gdzieś, bo ma swój własny, egoistyczny cel. Reakcja tamtych? To przecież Matt, wybaczmy mu...

Nie, nie, nie - porównywanie Hidalfa do Pottera to wstrętna zagrywka marketingowa. "Matt Hidalf i błyskawica widmo" to dla mnie wydrukowany fanfik, w którym zmieniono tyle fabuły, żeby nie było plagiatu, ale zabito ducha oryginału i podarowano nam ten koszmarek. Im dłużej o tym piszę tym bardziej mi się nie podoba. Kończę więc i na zawsze zapominam o tym "dziele".

Polecam jednak nie przejmować się w tym wypadku moją opinią. Większość czytelników jest raczej zadowolona z lektury, ale po prostu nie mogłam się powstrzymać przed wyrażeniem swojego zdania.

Moja ocena: 3/10
Tytuł: Matt Hidalf i błyskawica widmo
Autor: Christophe Mauri
Wydawnictwo: Znak
Dla kogo: Nastoletni fani powieści fantastyczno-przygodowych, no i niech będzie, że fani Harrego

Książka o miłości

Skończyłam właśnie czytać powieść, którą każdy kto kocha książki przeczytać powinien. Serio.

"Wyjątkowy rok" to jeden wielki cytat o tym, że książki są super. Autor, Thomas Montasser, przedstawia nam Valerie - młodą ekonomistkę, której ciotka zaginęła i w związku z tym dziewczyna musi przejąć prowadzenie małej księgarenki. Sklepik okazuje się być miejscem "z duszą", przesiąkniętym pasją czytania. Sprawia, że dziewczyna, która postrzegała wcześniej świat poprzez pryzmat cyfr, zatraca się w literaturze. Obserwujemy, jak książka za książką, Valerie staje się "prawdziwą księgarką", jak zaczyna postrzegać powieści tak jak to robią zapaleni czytelnicy.

Przez księgarnię przewijają się kupujący. Niektórzy z nich zaprzyjaźniają się ze sprzedawczynią, przychodzą częściej i razem z nią dzielą pasję czytania. Te fragmenty lubiłam najbardziej.

Czytałam opinie dotyczące "Wyjątkowego roku" - większość jest bardzo pozytywna. Spotkałam się jednak z notatką, która krytykuje ilość nawiązań do światowej literatury. Ja tego tak nie odczułam. Owszem, w tekście wymieniona została cała masa książek - niektóre tytuły to Wielka Klasyka, inne były mi kompletnie nieznane. Nie czułam się jednak przez to głupio. Wprost przeciwnie, podobały mi się cytaty i fragmenty poezji. A sam fakt zamieszczenia tych tytułów - wydaje mi się, że autor po prostu użył swoich ulubionych książek. Powieści czytane przez Valerii nie maja wpływu na fabułę. Równie dobrze można wyobrazić sobie, że czyta ona moje ulubione pozycje.

Niektóre fragmenty powieści odczułam bardzo osobiście. Księgarz sprzedaje książki, bibliotekarz je wypożycza. I ja naprawdę znam te dziwne relacje bibliotekarz - książka i bibliotekarz - klient. Znam książki z mojej wypożyczalni, wiele z nich czytałam, przebywam z nimi codziennie. Denerwuję się, gdy widzę, że nie są szanowane, cieszę się kiedy ktoś się nimi zachwyca. No i czytelnik. Uwielbiam słowa "Niech mi Pani coś poleci". To wbrew pozorom nie takie proste. Patrzę na człowieka i muszę go 'wyczuć". Mój błąd może sprawić, że zniechęcę go do czytania. I powiem wam, że największą satysfakcję w pracy daje mi moment kiedy taki czytelnik wraca z uśmiechem na twarzy i słowami "Ale świetna książka". I bierze kolejną część albo prosi o coś nowego. To jest ta magia, o której pisał Montasser.

Jedynym minusem książki jest to, że właściwie dwa główne wątki zostały przez autora pominięte. Co się stało z ciotką, gdzie i po co była? No i o co dokładnie chodziło z tą tajemniczą powieścią? Nie przeszkadza mi to jednak za bardzo, chociaż porządne rozwinięcie tych wątków mogłoby być całkiem ciekawe.

"Wyjątkowy rok" to po prostu książka o miłości. Miłości do książek.

9788379439010"Po książce Itala Calvina i dwóch tomach Roberta Gernhardta Valerie naprawdę czuła się dużo lepiej! (...) te małe ucieczki do wymyślonego świata pomogły jej wyjść z infekcji".
"Musiała od razu przeczytać duży fragment tej uroczej książki i zanim wróciła do pracy, naprawdę poczuła się szczęśliwsza".


Moja ocena: 9/10
Tytuł: Wyjątkowy rok
Autor: Thomas Montasser
Wydawnictwo: Świat książki
Dla kogo:Dla wszystkich, którzy kochają książki

Rodman kontra O'Neal

shaq Ten wpis będzie mocno wspomnieniowy - obie książki czytałam ponad dwa lata temu. Będzie krótko, ale, mam nadzieję, inaczej niż zwykle.

Dwa lata temu w moje ręce trafiły dwie biografie koszykarzy - Dennisa Rodmana i Shaquilla O'Neala. Dwie gwiazdy NBA lat 90tych.

Te dwie biografie wydane przez wydawnictwo Sine Qua Non na pewno były czymś co bardzo mnie interesowało - Rodman był moją wielką koszykarską miłością. Miałam z nim plakaty, koszulkę, bluzę, album z wycinkami i kasetę z filmem "Ryzykanci". Do tej pory mam w domu archiwalny numer pisma "Magic Basketball" poświęcony temu koszykarzowi (Nie sprzedam go). I wcale nie chodziło o jego wybryki lub włosy. Chodziło o to, że król zbiórek w pełni na swój tytuł zasługiwał. Oglądam mecz - "Robak" prawej strony boiska, któryś z koszykarzy rzuca, piłka odbija się od obręczy w lewo i... Rodman zbiera! Miał niesamowitą intuicję, magicznie wiedział wcześniej gdzie poleci piłka. To był wspaniałe. Shaq natomiast był równie barwną postacią i rewelacyjnym centrem. Wiadomo, że ze względu na Rodmana, no i Jordana, uwielbiałam Bullsów, ale nie sposób było nie interesować się kimś takim jak O'Neal.

Jako pierwszą przeczytałam "Shaq. Bez cenzury". TEN WSTĘP! Nie mogę teraz znaleźć informacji kto napisał tekst wstępu do polskiego wydania, ale był to świetny sentymentalno- wspomnieniowy tekst o erze NBA w latach 90tych. Czytałam go i myślałam "racja, dokładnie tak". Ach! To było coś. Budziliśmy się nawzajem z bratem, żeby oglądać o 1 w nocy mecz, a następnego dnia na boisku co lepsi próbowali powtarzać ciekawe zagrania. Kiedy była nocna transmisja pół osiedla wstawało dopiero po 11 i zbierało się pod blokiem, żeby przeżywać :D

dr_powinien_byc_martwy I ten wspaniały wstęp przypomniał mi to wszystko! Potem książka już "poleciała". Dobrze napisana, ciekawa, pełna anegdotek z życia O'Neala. Była dokładnie tym czego chciałam - historia drogi do sławy, od samego początku. Niejednokrotnie czułam się zaproszona za kulisy tego niezwykłego koszykarskiego świata, Shaq często opowiadał o relacjach z innymi sławami boiska. To też była dla mnie gratka - przypomnieć sobie te wszystkie wielkie nazwiska. Wspaniale!

A potem... no cóż - spotkało mnie ogromne rozczarowanie. Po niesamowitej biografii Shaqa, książka "Dennis Rodman. Powinienem być już martwy" była niczym kubeł zimnej wody. Wydaje mi się, że to trochę moja wina. Powinnam się była spodziewać, że historia Rodmana bardziej skupi się na jego szalonym życiu, a nie na jego koszykarskiej karierze. Z pewnym niesmakiem czytałam o jego wyczynach, podbojach, imprezach. Nie tego chciałam. Może na tym zakończę. Jest mi po prostu przykro.

Nie trudno się domyślić, że pojedynek wygrała książka:
"Shaq bez cenzury"

sobota, 26 listopada 2016

Walka o decyzję

Osoby, które nie czytają pytają mnie czasem dlaczego tak lubię czytać. Właściwie ciężko jest odpowiedzieć na to pytanie i nie używać banalnych sformułowań - wyobraźnia, odpoczynek, inny świat. Myślę, że wczoraj w nocy kiedy skończyłam czytać "Zanim się pojawiłeś" odkryłam nową odpowiedź na to pytanie - lubię czytać, bo trafiam na takie książki jak "Zanim się pojawiłeś".

W czerwcu na ekranach kin pojawi się film na podstawie książki Jojo Moyes. Główną rolę żeńską zagra tam Emilia Clarke, znana z ekranizacji "Gry o tron". Właśnie tak trafiłam na tę książkę - sprawdzałam czy aktorka grająca Daenerys występuje jeszcze w jakiś ciekawych projektach.

"Zanim się pojawiłeś" bardzo łatwo jest zakwalifikować jako kolejny dramat czy melodramat, na którym kobiety wypłakują oczy, a mężczyźni są zirytowani, że ich partnerki kazały im oglądać coś takiego. Opis może nawet łatwo sugerować coś takiego: Młoda dziewczyna, która nie może znaleźć pracy decyduje się podjąć opiekę nad niepełnosprawnym mężczyzną. Will w wyniku wypadku został sparaliżowany. Lou postanawia udowodnić mu, że jego życie może być jeszcze emocjonujące i ciekawe.

Co zatem jest tak niezwykłego w tej książce? Po pierwsze - czas. W większości powieści tego typu miłość to ta od pierwszego wejrzenia lub wybuchająca nagle i niespodziewanie między wrogami czy przyjaciółmi. Tutaj miłość się rodzi i rozwija niczym kwiat na filmach przyrodniczych. Nie ma akcji, która zamyka się w tygodniu czy dwóch, nie ma też wielkich przeskoków, łatwizn typu "minęło parę miesięcy". Czytelnik obserwuje relacje dwojga ludzi, którzy spędzają ze sobą pół roku. I właściwie każdy tydzień ma swoje strony, autorka nie pomija nawet niewielkich akcji, które mogą wpłynąć na uczucia bohaterów. Czytelnik już wie, że oni się kochają, ale nie jest to wiedza, którą nabywamy od narratora, jest to wiedza jaką ma człowiek, który patrzy z boku na dwójkę znajomych i uśmiecha się pod nosem myśląc o tym co niedługo się między nimi zdarzy.

7730927.3 Bohaterowie... polubiłam ich. I o ile zmiany w WIllu pod wpływem Lou można się było domyślić, to bardzo zafascynowała mnie zmiana, która zaszła w tej dziewczynie. Dodatkowo cała galeria postaci drugo i trzecioplanowych była dopełnieniem całego obrazu. Nie była dodatkiem, który musi pojawić się z książce, tylko właśnie uzupełnieniem, który również miał znaczenie dla całości.

No i tematyka niepełnosprawności - nie wiem czy autorka ma doświadczenie osobiste czy wykonała kawał porządnej kopaniny w artykułach i innych możliwych dojściach do tematu, ale widać, że nie chciała potraktować tematu jako zwykłej przeszkoda dla zakochanych. Bycie przy osobie niepełnosprawnej i chęć pomocy jest właściwie równorzędną fabułą do uczuć i emocji. Przynajmniej ja, raczej laik w tym, jakże ważnym temacie, tak to odczułam.

Nie wiem jak ta historia zostanie potraktowana w filmie, na forum filmu widziałam opinię, że może zostać zmienione zakończenie. Mam nadzieję, że tego nie zrobią.

Wiem jednak, że lubię czytać książki, bo czasami mi się udaje i trafiam na takie książki jak "Zanim się pojawiłeś". Śmieję się i płaczę. Zastanawiam nad historią i nad tym co dalej. A kiedy kończę czytać książkę, to kończą się tylko litery. Całość nadal jest we mnie, pytania, do zadania których popchnęła mnie autorka, emocje i przeżycia, które zafundowali mi bohaterowie. Wątpliwości. Uczucia. Treść.



Moja ocena: 9/10
Tytuł: Zanim się pojawiłeś
Autor: Jojo Moyes
Wydawnictwo: Świat książki
Dla kogo: Kobiety czytajcie, mężczyźni spróbujcie :)