wtorek, 19 września 2017

Jeden dzień na MFKiG 2017

   Na fejsbukowych grupach od tygodni pojawiały się informacje na temat tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier. Kto będzie, jakie gwiazdy, czy będą autografy? A stoiska? A zapowiedzi premier? A będzie coś można kupić przedpremierowego? Informacje były na wagę złota - prawie wszyscy czekali, wybierali się, planowali iiii... wreszcie nadszedł ten dzień.
    Na MFKiG byłam po raz pierwszy. Nie udało mi się wyczarować wolnego czasu na wszystkie trzy dni, dlatego pojechałam w sobotę.


Tak Atlas Arena prezentowała się w środku.
   W temacie komiksów nadal uważam się za początkującą, dlatego na tego typu imprezach najbardziej interesują mnie spotkania i wykłady. Kiedy przeglądam relację innych uczestników ze zdumnieniem stwierdzam, że często piszemy o zupełnie innych rzeczach. Oni piszą o zdobytych autografach czy białych krukach komiksowych, ja przeżywam historie poznanych twórców czy możliwość porozmawiania z nimi. Kiedy inni kręcą się po stoiskach wypatrując figurek do kolekcji, okazji komiksowych, trzymają miejsca na spotkanie z gwiazdą - ja latam od sali do sali, notując informacje, które starzy wyjadacze już dawno wiedzą. Byłam oczywiście w Atlas Arenie, obeszłam ją na około, kupiłam parę komiksów z lat 90-tych, pośliniłam się na widok figurek, które sobie kupię jak tylko sprzedam nerkę lub część wątroby, ale najważniejsza była dla mnie ta część festiwalu, która odbywała się w salach Stadionu Miejskiego.

     To wszystko jest dla mnie ogromnie przydatne zarówno zawodowo, jak i prywatnie. W tym roku załapałam się na "Maluchy w pelerynach - Jak wykorzystać zainteresowanie przedszkolaka superbohaterami w procesie jego rozwoju", gdzie prowadząca, co prawda Ameryki nie odkryła, ale miała kilka ciekawych spostrzeżeń, które na pewno wykorzystam w pracy.
   Po "DC Odrodzenie dla początkujących" mam co najmniej 3 strony notatek, z których na pewno zrobię w przyszłości użytek.
    Zanim jednak trafiłam na "Odrodzenie" miałam okazję obejrzeć rozmowę z laureatami konkursu im. Janusza Christy i porozmawiać z jedną z nich, z Panią Agnieszką Surmą. Nie mogę się już doczekać kiedy będę miała okazję przeczytać jej komiks i przetestować go na swoich czytelnikach :)

    Udało mi się załapać na spotkanie z Willem Simpsonem - prze-fantastycznym człowiekiem, który jest odpowiedzialny za większość rzeczy, które widzicie na ekranie oglądając "Grę o tron". Relacja z tego wywiadu będzie w osobnym wpisie.

    Zaraz po Willu, w tej samej sali, pojawił się Achde - rysownik Lucky Luka i zupełnie przykuło mnie do krzesła. Organizatorzy (lub los) zrobił uczestnikom niespodziankę i na spotkaniu pojawił się również Jul, czyli scenarzysta najnowszej części komiksu o przygodach kowboja. 
   
    Ten los pokrzyżował trochę plany prowadzącemu - dało się odczuć, że Jakub Syty był bardziej przygotowany na rozmowę z samym Achde, ale stanął na wysokości zadania i porządnie przepytał obu panów.
    Ciekawostką jest, że obydwaj twórcy początkowo w ogóle nie byli związani zawodowo ze światem komiksów. Jul był nauczycielem, specjalizował się w historii Chin, a Achde ukończył medycynę. Rysował dla dzieci w szpitalu, żeby mali pacjenci czuli się lepiej (w tym miejscu babskie westchnienie oooouuuuu).

    Dzień zakończyłam "Kajkiem i Kokoszem", czyli dyskusją o nowych przygodach sympatycznej pary z udziałem ekipy tworzącej. Było to dosyć luźne spotkanie, po którym miałam okazję rozmawiać Maciejem Kurem - szalonym scenarzystą, który nie dość, że jest odpowiedzialny za nowe części historii o słowiańskich wojach, to jeszcze jest twórcą prześmiesznej serii "Lil i Put" (muszę wreszcie zrecenzować!). W czasie rozmowy o komiksach o małoludach, po prostu wyjął z plecaka swój notatnik i pokazał mi storyboard do 4 części. Suuupeeer!
Maciej Kur - wszystkie zdjęcia są rozmazane,
bo nie ustoi nawet pół sekundy w miejscu.

    I to mnie właśnie na festiwalach najbardziej zaskakuje. Ta cała uprzejmość. Podchodzę do obcego człowieka, myślę o tym, że to bezczelność tak zaczepiać, że będzie jakieś "spływaj", a tu uśmiech, rozmowa, pomoc. "Nie ma problemu, trochę się spieszę, ale spoko nie aż tak bardzo. A możesz iść ze mną?". Gdybym jeszcze była hmmm... bardziej reprezentacyjna to może mnie by mnie to dziwiło ;)

    I ta sympatyczność nie odnosi się tylko do gości, ale również do uczestników. Mam chwilkę czasu, marzę o jakimś jedzeniu, dosiadam się do obcych ludzi. Rozmowa przychodzi naturalnie i po chwili gadamy jakbyś się znali od lat.
   - Nie czytałaś tego, musisz koniecznie...
   - A znasz...?
   - Daj zapiszę ci tytuł, żebyś nie zapomniała.
   - Wybierasz się na ..., może pójdziemy razem?

    20 minut później pędzę do sali spóźniona, bo zagadałam się z obcą osobą.
 
    Na pociąg wracamy grupą - może przyjechałam sama, ale na festiwalu wszyscy są "sami swoi", więc uczestnicy jadący w stronę Katowic to już dobrzy znajomi. W pociągu też siadamy jako grupa - jakieś tam rezerwowane miejsca nikogo nie obchodzą. Na swoim peronie wysiadam uśmiana, z zapisanymi nowymi kontaktami i znajomymi na FB.  

    W podsumowaniu dodam zaskakujący dla mnie wniosek - okazało się, że jestem geekiem/ nerdem. Uświadomiono mnie o tym fakcie w pociągu relacji Łódź - Katowice. I wiecie co? Po poznaniu tych wszystkich fantastycznych ludzi, czy to na Pyrkonie, czy teraz ma MFKiG , uważam, że to komplement.

    Już się nie mogę doczekać kolejnego festiwalu :)

Ps. Nie darowałam i w Łodzi zatrzymałam się dodatkowo, żeby obejrzeć sławną "stajnię jednorożców". No i nie dość, że nerd ze mnie to jeszcze gustu nie mam, bo mi się podobała

poniedziałek, 11 września 2017

"Koniec świata" - Izabela Frączyk

    Książka, o której będę teraz pisać tak mnie rozczarowała, że nie chce mi się nawet wymyślać ładnego wstępu. Zwłaszcza, że to druga taka czytelnicza wpadka w ostatnim czasie. 
    Zanim napiszę o powieści to chwilka na przemyślenie: zawsze uważałam, że lubię "babską literaturę" - czy możliwe jest, że przeczytałam jej za dużo? Czy po prostu naprawdę miałam pecha ostatnio? Najpierw Musso nie przypadł mi do gustu, potem ta nieszczęsna "Wszystko wina kota", a teraz "Koniec świata".

     Izabela Frączyk  parę lat temu rozbawiła mnie "Klarą" i "Kobietami z odzysku". Potem przeczytałam jeszcze jakąś jej powieść, ale była tak przeciętna, że nawet nie zapamiętałam tytułu. Natomiast jestem zdumiona, że ktokolwiek zdecydował się na wydanie "Końca świata". Dla mnie to takie "napisz cokolwiek, a my to wydamy, bo ludzie kupią wszystko co stworzysz".
    Mam taką zasadę, że jeśli przeczytałam książkę i chcę napisać jej recenzję to nie sprawdzam wcześniej innych opinii. W tym wypadku, aż mnie ręce świerzbią, żeby zobaczyć jaką ma ocenę na "lubimy czytać" i tego typu portalach.

      Historia wygląda mniej więcej tak - Marylka jest super atrakcyjną singielką. Podrywa ją super atrakcyjny kolega z pracy, a ona zmaga się z upierdliwym klientem, który jest super atrakcyjny. Kolega z pracy przystawia się do niej i tak kombinuje, że wyjeżdżają razem służbowo, spędzają romantyczny łikend, a potem kolo nagle znika. Wtedy zaczyna ją podrywać super atrakcyjny klient, który dodatkowo okazuje się być uroczym człowiekiem.


    Ręka w górę, kto wie jak to się skończy?
Zgadliście!

        Plusy książki:
  • ładna okładka
  • duże litery, więc wygodnie i szybko się czyta
  • zabawna była pani sprzedawczyni, która wciskała kupującym konserwy, bo nadchodzi koniec świata
  • ... nie ma więcej
    Minusów jest znacznie więcej i, o dziwo, przewidywalna fabuła nie jest wcale największym. Największym jest Marylka, czyli Mary Sue w czystej postaci. Dawno nie trafiłam na bohaterkę, która tak idealnie pasuje do tego określenia. Narrator co rusz informuje nas o jej merysujkowatości (cytaty z pamięci, bo nie mam już książki):

"Marylka spojrzała na siebie w lustrze. Większość kobiet byłaby zachwycona tym co było w odbiciu, jednak ona tylko smutno westchnęła"

"Po kilku lekcjach opanowała to, co profesjonalnym lektorom zajmowało miesiące"

      No i oczywiście wszyscy na nią lecą, a ona strzela fochy, bo jest "brzydka i gruba". Była w książce scena rozmowy z koleżanką, w której dziewczyna zażartowała z naszej Mary. W odpowiedzi na żart nasza Cudowna-i-Najwspanialsza obraziła się, przekręciła słowa współpracownicy i straciła humor.

     Powieść przestałam czytać w momencie kiedy podrywający Marylkę kolega z pracy polizał ją w palec. Miała oparzenie, a on spojrzał opiekuńczo i polizał miejsce oparzenia. Dziewczyna oczywiście udawała oburzenie, a potem cały dzień nie mogła pracować z wrażenia. Po tej scenie resztę przekartkowałam i przeczytałam 20 ostatnich stron.


    Podsumowując - "Koniec świata" został napisany i wydany na zasadzie "jestem popularna, więc i tak będziecie mnie czytać". Wiem, że są czytelniczki, którym ta książka się podoba i nie jest moim celem obrażenie ich. Nie jestem w stanie jednak inaczej myśleć o tej pozycji, która w moim przypadku sprawiła tylko jedno - na jakiś czas rezygnuję z czytania "babskiej literatury".


    Spojrzałam na oceny i recenzję na "lubimy czytać". Chyba jestem stara i zgorzkniała.


Moja ocena: 4/10
Tytuł: Koniec świata
Autor: Izabela Frączyk

poniedziałek, 4 września 2017

Lotto książka Wyzwanie czytlnicze :D

    Jestem wielką fanką wyzwań czytelniczych :) Uważam, że to świetna zabawa, ale przede wszystkim, że dzięki nim można trafić na rewelacyjne książki, które często nam umykają. 
    Pomyślałam jednak, że trafiają one przede wszystkim wyłącznie do blogerów, a przecież na takie "wyzwanie" warto namówić innych pożeraczy książek.

    Postanowiłam zaprosić do takiej zabawy czytelników z mojej filii i oto powstała: 

LOTTO KSIĄŻKA


Na czym to polega? Zasady są proste:
Losujemy po jednym jajeczku z trzech pojemników:

NIESPODZIANKA - nietypowe zadania (można trafić m.in. polecenia doboru książki o odpowiednim kolorze okładki, wytyczne dotyczące długości tytułu lub roku wydania)

HASŁO - czyli skojarzenia. Na wylosowanej karteczce napisane jest hasło np. Woda, Czas, Zima. Wybrana przez nas pozycja musi w jakikolwiek sposób kojarzyć się z tematem.

GEOGRAFIA - zalecenia dotyczące lokalizacji powieści. Możemy trafić na konkretne polecenie, np. Polska, lub bardzo ogólne - np. Mały kraj.

Staramy się tak dobrać książkę, żeby pasowała do wylosowanych przez nas określeń.

Przykład:
Pierwsza uczestniczka zabawy wylosowała karteczki "Popularna Europa (np. Anglia, Francja, Niemcy), "Przeszłość" i "Żółta/Pomarańczowa okładka".
I wybrała "Jeźdźca miedzianego" Paulliny Simons dopasowując ją do dwóch wylosowanych poleceń.




Przykład 2:
Druga uczestniczka wylosowała "Czas", "Nie polska", "Nie więcej niż 300 stron". Zdecydowała się na wypożyczenie książki "Jeszcze jeden dzień".

Przykład 3:
Kolejny uczestnik wylosował "Jedzenie", "Książka, która nie została zekranizowana" i "Nie polska". W tym wypadku czytelnik wybrał i wypożyczył książkę, chociaż wątpi, że przeczyta, bo wydaje mu się "babska" :) - Ceclilia Samartin "Mofongo".


Każdy kto wypożyczy książkę związana z zabawą dostaje śliczną zakładkę :)

Po co w ogóle taka zabawa?
Po pierwsze - a czemu nie? Niech się coś dzieje?
Po drugie - wielu czytelników wpada w przyzwyczajenia i zapomina, że inne książki też mogą być fascynujące.
Po trzecie - ratujmy zapomniane książki! One cierpią, chcą być czytane. A dzięki takiej zabawie może ktoś je ruszy. "Mofongo" w 2013 i 2014 była wypożyczona 17 razy, a potem przeleżała 3 lata na półce.

Co myślicie o takiej formie zabawy w bibliotece?

piątek, 1 września 2017

"Wszystko wina kota" - Agnieszka Lingas - Łoniewska

     Już od jakiegoś czasu planowałam przeczytać jedną z książek Agnieszki Lingas-Łoniewskiej. Na nasze pierwsze spotkanie wybrałam jej najnowszą powieść "Wszystko wina kota". To było bardzo dziwne spotkanie, bo książka po miłym początku jednak mi się nie podobała.

     Lidka jest bardzo popularną pisarką - nikt jednak, poza wąskim gronem zaufanych ludzi, nie wie, że to ona jest Różą Mak. Nigdy nie pokazała się publicznie, wywiadów udzielała tylko poprzez e-maile. Jednak jej agentka i przyjaciółka zaczyna popychać ją w stronę ujawnienia swojej prawdziwej twarzy. Bohaterka zaczyna się nad tym zastanawiać, boi się jednak zmiany, zwłaszcza, że w prywatnym życiu czeka ją sporo zawirowań za sprawą przystojnego sąsiada... 

     Książkę przeczytałam błyskawicznie. To jedna z tych typu "lekko i przyjemnie" - zresztą tego się spodziewałam. Każdy z bohaterów dostał swoje rozdziały i własną historię, dlatego można powiedzieć, że w tym jednym tomie mamy tak naprawdę 3-4 książki. Historie przyjaciółek Lidki mają swój tor, który z innymi łączy je tylko przyjaźń naszych bohaterek. Ma to swój plus - dostajemy inne miłosne opowieści bez typowych dłużyzn, które często mają za cel wypełnianie jak największej ilości stron.
     Jeśli zaś chodzi o nasze bohaterki, to teoretycznie mają swoje charaktery, są fajne, wierne, ufają sobie i wspierają się. Taka gromadka babeczek, z którymi każda chciałaby się napić wina.

   I to by było na tyle jeśli chodzi o plusy. W momencie kiedy jednak zaczęłam zastanawiać się nad książką, a nie tylko "płynąć" z tekstem to zobaczyłam, że to niestety nie jest dobra książka.

     Przede wszystkim mężczyźni. Są jakby żywcem wyjęci z marzeń dziewczynek o idealnym księciu - jednego można jeszcze znieść, ale czterech czy pięciu w jednej książce? Pojawiają się w życiu bohaterek prawie w tym samym momencie, wszyscy zakochani od pierwszego wejrzenia i gotowi rzucić przyjaciółkom świat do stóp. Więcej - autorka próbuje nam wmówić, że stalkerstwo jest seksi, podejrzana przeszłość nie ma absolutnie znaczenia, a zdradę łatwo można wybaczyć, jeśli nasza druga połowa zdradza nas w tym samym momencie. Istnieją też bohaterowie, których jedynym zadaniem jest po prostu zakochać się w naszych kobietkach, zupełnie nielogicznie (oczywiście od pierwszego wejrzenia) i bez jakichkolwiek podstaw.
    Nawet motyw tajemniczego "Jacka Sparrowa" pomimo ciekawego początku został rozwiązany sztucznie i mało zaskakująco.

      Jeśli zaś  chodzi o kobiety - wplecenie w jednej książce tyle wątków okropnie wszystko spłyciło. Niby dowiadujemy się, że Karolina to silna, przeklinająca babka, a Tatiana nieugięta pani prezes, ale nie mamy na to żadnego dowodu. Dziewczyny spotykają się i gadają o facetach i problemach z nimi związanymi. Jedyny wyjątek to motyw ujawnienia się Lidki jako Róży Mak. W osobnych historiach również widzimy ich tylko w sytuacjach związanych z mężczyznami. 
     "Wszystko wina kota" zostało stworzone niczym "Atomówki" - Cukier! Słodkości! I różne śliczności! Agnieszka Lingas-Łoniewska nie dodała jednak do tego nic więcej - jakiegoś realizmu. Smutne wątki nie są smutne, bo nie potrafiliśmy poznać, ani tym bardziej polubić postaci z książki.
       Muszę przeczytać inną książkę tej autorki, bo opisy innych mimo wszystko wydają się kuszące. Liczyłam po prostu, że książka autorki o takim dorobku uniknie tego infantylizmu, który aż wylewa się z całej powieści oraz nagromadzenia stereotypowych rozwiązań. Ciężko mi uwierzyć, że to nie jest debiut jakiejś dojrzewającej dziewczyny.

Moja ocena: 3/10 
Autorka: Wszystko wina kota
Tytuł: Agnieszka Lingas-Łoniewska