środa, 31 maja 2017

Łopatą w rodzica

       Nie będę was okłamywać - najpierw była okładka. Urzekł mnie ten wielki niedźwiedź, domek i niebanalna kreska. Bajkowo, ale nie plastikowo. Potem zaintrygował mnie opis - krótki, ale obiecujący wiele. Pozwolę sobie go tu wkleić:

     "Przepiękna, mądra opowieść o sile dziecięcej wyobraźni, mocy braterskiej więzi i potędze rodzicielskiej wiary w dziecko. Książka nagrodzona w konkursie Wielokropek 2016."

       Duszan to kilkuletni chłopiec, który wraz z bratem musi zostać na wakacjach u babci. Babcia mieszka na skraju lasu, leczy sąsiadów ziołami i jest bardzo tajemnicza. Dom ekscentrycznej staruszki i okolica to zupełnie coś innego, świat, którego "miastowi" chłopcy właściwie nie znają. Na początku się boją, potem swoboda oraz możliwości nowych zabaw i przygód sprawiają, że chłopcy zakochują się w tym magicznym miejscu.

    "Duszan" jest mało subtelnym, łopatologicznym wytłumaczeniem rodzicom z miasta, co robią źle. A może dokładniej co złego robi cyfrowa cywilizacja, która zatrzymuje dzieci przy ekranach (telewizorów, komputerów, tabletów itp.), a nam każe wierzyć w reklamy, które tłumaczą, że dzieci nie powinny dotykać dozownika do mydła, bo tam są bakterie i dobrze jest kupić taki "bezdotykowy" oraz w ogóle, że jak dziecko dotknie kurzu, albo co gorsza błota to nastąpi koniec świata.

     Nie, nie przesadzam - cała książka wypełniona jest takimi "zdaniami-kluczami":

"Pościągajcie te czyściutkie ubranka, bo przyjechaliście do lasu"
"Podrapaliśmy sobie nogi, przedzierając się przez krzaki"
"Pierwszy raz w życiu położyliśmy się spać bez mycia, brudni, rozczochrani i trochę głodni"

    Aż mnie dziwiło, że każde z takich zdań nie kończyło się podsumowaniem "i, patrzcie, dzieci to przeżyły!"

    Trochę mnie to mierzwiło w tej powieści - czułam się wytykana palcem, ganiona niczym zły uczeń przez srogiego nauczyciela. Co nie znaczy, że się nie zgadzam. Wyznaję zasadę, że dziecko brudne to szczęśliwe dziecko, ale przysięgam, że miałam ochotę powiedzieć autorce - "nie wtrącaj się w nie swoje sprawy, bo każdy ma swój sposób wychowywania swojego dziecka". Powieść Antoniny Todorovic w zamyśle chyba miała być "dobrą poradą", ale zabrakło właśnie tej subtelności. Dzieci na każdej stronie budowały domek, tajną bazę, jeździły na ośle, uczyły się języka natury, odbywały bitwy na grudki gliny. Dobry Pan Śmiejko tłumaczy, że "nie ma dobrych i złych prac, jeśli tylko są wytworem naszej wyobraźni". Taka oda do "bezkomputerowego dzieciństwa" kiedy zdzierało się kolana, przyjaciół poznawało na trzepaku, nie było klucza odpowiedzi na egzaminach, a ludzkość nie była świadoma obecności glutenu ;)

    Książkę, wbrew temu co może się wydawać, polecam. Jest przygoda, jest magia, jest dzieciństwo, jest wiara we własne umiejętności i, wreszcie, jest sztama między rodzeństwem - wspieranie się i rozumienie. A że to wszystko podane łopatologiczne? Nie ma co się bawić z dziećmi w aluzje i nie ma co się bawić w aluzje z rodzicami, skoro ostatnio mam wrażenie, że dla niektórych zdarte kolano jest większym nieszczęściem niż fakt, że ich pociecha spędziła ostatnie kilka godzin oglądając bajki i grając na tablecie.

     Warto wspomnieć o ilustracjach do tej książki. Wszystkie narysowane są tym samym stylem. Naprawdę piękne i ciekawe, wpadające w oko. Znakomicie oddają  przygodowo-magiczny klimat.

     Zastanawia mnie jak przyjmie "Duszana" mały czytelnik. Przetestuję na swoich i dam znać (Mały Pędzik i Słoneczny Filozof są jeszcze trochę za mali i nie zrozumieją tej powieści)

Moja ocena: 7,5/10
Tytuł: Duszan
Autor: Antonina Todorovic
Dla kogo: Dla czytelników od lat 4 i dla rodziców bojących się kurzu, którzy zapomnieli o tym jakie fajne było budowanie szałasów.
   

piątek, 26 maja 2017

Skąd się biorą zabawki?

    Kiedy byłam małą dziewczynką nie lubiłam lalek. Moimi zabawkami były maskotki, a najukochańszy był niebieski, pluszowy delfin. Dużo rozmawialiśmy, razem się bawiliśmy, nie było możliwości zaśnięcia bez Delfina.

      Jak każde dziecko, wyrosłam z mojego pluszaka. Wyrósł również Kaj, bohater komiksu "I tak nie uwierzysz!". Wypowiada magiczne słowa - "jestem już dużym chłopcem" i wyrzuca maskotkę z łóżka. W związku z tym Kubatu musi wracać do domu. Ale... gdzie właściwie mieszkają maskotki? Poza tym nasz bohater wcale nie jest zadowolony z tego co zrobił i postanawia odzyskać swojego przyjaciela. Chłopiec i papuga ruszają w podróż, do Twórcy Zabawek, a będzie to wyprawa niezwykła, pełna niespodzianek, a czasem nawet niebezpieczeństw.

     Komiks "Kubatu" jest kwintesencją dzieciństwa: pragnienia przygód, wiary, że zabawki żyją, chęci odkrywania nowych krain. Tego wszystkiego co czuło się oglądając "Goonies" lub "Hooka" i myślało "Wow, ja też tak chcę!". Kaj i Kubatu przechodzą przez ciemny tunel, docierają do nieznanej krainy, spotykają czarodzieja. Mają też do odkrycia tajemnicę, muszą pokonać Maskota Burego i podać... przepis na szarlotkę?

         Moje serce zdobyli jednak bohaterowie - odważny Kaj, który chce odzyskać przyjaciela i nie boi się ruszyć dla niego w podróż, Kubatu - wierny i oddany papug, Czarodziej-Inżynier - uroczy dziwak z szalonymi pomysłami. No i mama - może nie pojawia się w komiksie za często, ale jak się już pojawi to ho, ho! - uratuje sytuacje (jak to mama ;) ).

       Komiks Jakuba Sytego i Przemysława Surmy  można zaliczyć do "literatury rodzinnej". Jest wprost stworzony do tego, żeby czytać go wspólnie z dzieckiem. Dla dorosłego czytelnika będzie to lektura bardzo sentymentalna, która odkurzy poukrywane gdzieś w zakamarkach pamięci wspomnienia o ukochanych zabawkach i dziecięcych marzeniach. Dla małego człowieka "Kubatu" będzie przelaniem na papier własnej wyobraźni - bo czy nie jest tak, że każdy maluch tuląc swojego pluszowego przyjaciela marzy, żeby ożył? I śni o wspaniałych przygodach?


     Rysunki urzekają prostotą, ale kiedy uważnie się przyjrzymy to zobaczymy, że wcale proste nie są. Bardzo podoba mi się sposób kolorowania - zwłaszcza tych elementów, z którymi wiąże się jakaś tajemnica (np. przejście przez tunel). W opisie rysownika - "Surpiko" - jest napisana informacja, że "najbardziej ze wszystkiego lubi bycie tatą". Nie wiem czy sobie tego nie wymyślam, ale mam wrażenie, że ilustracje to odzwierciedlają - są dla dzieci, ale rysownik chciał czegoś więcej niż tylko prostych kolorów. Chciał barw, pasji i radości. I udało mu się.


     "Kubatu" uświadomił mi jeszcze jedną rzecz - bardzo żałuję, że Delfin został wyrzucony przez "dorosłą" dziewczynkę, którą byłam. Żałuję, że w momencie kiedy stałam się "za duża na zabawki" nie schowałam go do jakiegoś kufra. Mogłabym teraz - po lekturze "I tak nie uwierzysz!" wyjąć go i podziękować mu za opiekę. Należałoby mu się.



Moja ocena: 8/10
Seria: Kubatu
Tytuł: I tak nie uwierzysz!
Autorzy: Jakub Syty, Przemysław Surma
Dla kogo: Dla dzieci, dla rodziców, dla wspólnego czytania
    

środa, 17 maja 2017

Jak skompletować biblioteczkę dla dziecka

     Przed nami Dzień Dziecka - jedno z ulubionych świąt dzieci i producentów zabawek ;) To straszny czas dla rodzica - wejście z dzieckiem do sklepu, gdzie ilość proponowanych produktów dla dzieci zwiększyła się o jakieś 500%, to absolutny koszmar ("Mamooo!!! Kuuup mi!!!). Na samą myśl o Małym Pędziku w sklepie dostaję dreszczy...
    Powiem to od razu - książka jest zawsze dobrym prezentem, ale jestem realistką - nasi milusińscy czekają na nową lalkę, samochodzik, kucyka - przynajmniej większość z nich. Niech więc słowo pisane będzie chociaż dodatkiem do upominku.

    Zadaniem dorosłych jest (a przynajmniej powinno być) nauczenie dziecka miłości do książek. O tym co powinniśmy robić pisałam w osobnym wpisie:


     Jako poradę nr 6 wpisałam "Zorganizuj dziecku własną półkę z książkami". Zawsze uważałam, że fajnie mieć własną biblioteczkę (zresztą, który miłośnik czytania nie chce mieć własnej?). Dobrze dobrana dziecięca biblioteczka może być naprawdę powodem do dumy i zachęcać naszego potomka do czytania. Co to jednak znaczy "dobrze dobrana biblioteczka"?

    Jasne - możemy wejść do księgarni, kupić kilka najładniejszych książek i tych "polecanych". Dobre i to. Jednak to co będzie stało na półce musi kusić małego czytelnika i, w jakiś sposób, musi kusić nas. Od kiedy dowiedziałam się, że na świecie ma pojawić się Pędzik robiłam sobie listę pozycji, która powinna być w jego pokoju. Część tej listy udało mi się zrealizować, niektóre pozycje uległy zmianie, ale ZAWSZE na każdą okazję (czasem bez okazji) staram się dokupić coś na półkę chłopców (tak, Słoneczny Filozof też już czyta - znaczy ja mu czytam, ale wiecie o co chodzi).

      To jest właśnie półka z książkami moich synów i na jej podstawie opiszę wam jak dobrać książki dla waszych pociech:



1. Z telewizora.
    Nie odkryję Ameryki stwierdzeniem, że jeśli dziecko lubi coś oglądać to może chętnie też przeczyta. Zwłaszcza, że cieniutkie książki na podstawie seriali animowanych można teraz kupić za parę złotych w kioskach. Na półce stoi "Scooby-doo" i "Przygody Tomka", ale mamy też w domu pozycje ze "Stacyjkowa" i "Psiego patrolu". W planach mam kupno opowiadań z filmu "Auta". Po prostu to co chłopaki oglądają.

2. Co zachwyca dorosłego?
    Ciężko jest nie przewrócić oczami jak dziecko chce po raz setny przeczytać opowiadanie o tym jak Tomek wiózł żyrafę do ZOO. Dlatego czasem próbuję przemycić do czytania książkę, która w jakiś sposób podoba się mnie. Raz, że zawsze to jakaś odmiana, a dwa, że szczerego zachwytu nie da się udawać. Na półce stoją "Niezwykłe przygody latającej myszy", której ilustracje mnie absolutnie "rozwalają", zresztą treść też jest niesamowita. 
    Warto poszukać czegoś wartościowego, może właśnie z wyjątkowymi ilustracjami. "Przygody latającej myszy" są przepiękne, ale łatwo jest zaleźć jakąś inną wyróżniającą się książkę. Polecam np. "Lenkę", "Mysi domek", a z nowości, niedawno wydanego "Duszana".

3. Co interesuje dziecko?
    Podobnie jak z oglądanymi bajkami - warto poszukać książek o tym co lubi nasz potomek. Można też w drugą stronę - za pomocą pięknych opracowań dla najmłodszych możemy podzielić się z dzieckiem naszą pasją. Mały Pędzik uwielbia samochody i pociągi, więc na półce mamy "Co robią auta" z serii "Opowiem ci, mamo" oraz "Pociągi. Książka z okienkami". Są to chyba najczęściej oglądane i czytane przez Pędzika książki. Słoneczny Filozof na razie jest na etapie pozycji o nauce kształtów i kolorów i takimi książkami się zajada.

4. Coś innego...
     Herve Tullet sprawił, że książka jest wydarzeniem. Dzięki niemu czytanie z dzieckiem jest formą zabawnej współpracy. Na półce stoi tylko "Naciśnij mnie", ale planuję kupić więcej tego typu książek. Nie tylko tego autora, bo Tullet zapoczątkował coś wspaniałego. Na pewno w biblioteczce prędzej czy później pojawi się "W kieszonce" Iwony Chmielewskiej.
     W tym punkcie warto też wspomnieć o książkach obrazkowo-edukacyjnych jak te pisane przez Mizielińskich. Świetna jest seria "Mamoko", a w tym roku na Dzień Dziecka moi chłopcy dostaną ich "Mapy".

5. Coś wyjątkowego.
     Parę lat temu historia Kazimierza Nowaka skradła moje serce. "Afryka Kazika" była już kupiona dla moich dzieci, jeszcze zanim byli w planach :)
    Wszystkie książki Łukasza Wierzbickiego stworzone na podstawie prawdziwych historii są powieściami tak wyjątkowymi, że zasługują na osobny punkt. Dodatkowo, jak dziecko będzie już trochę starsze możemy mu pokazać materiały dotyczące opisanych wydarzeń.

6. Literatura rodzinna.
      Właściwie nie istnieje taki dział jak "Literatura rodzinna", ale jest naprawdę coraz więcej książek, które są tak napisane i opowiadają takie historie, że czytanie ich będzie przyjemnością i dla rodziców i dla dzieci. Przykłady to nieśmiertelne "Dzieci z Bullerbyn", moi ukochani "Ciumkowie", przezabawny "Mikołajek" czy wspomniane w punkcie 5 książki Łukasza Wierzbickiego. Dla starszych - "Dynastia Miziołków".

7. Klasyk.
    Nowe lub stare, jak kto woli, wydanie wierszy Tuwima, Brzechwy czy innych polskich autorów powinny być w biblioteczce. Ponadczasowe, rytmiczne i zabawne. I tak się przydadzą, bo w podstawówce są lekturą. 
     My dodatkowo posiadamy nowe zbiorowe wydanie książeczek "Poczytaj mi, mamo", które z sentymentem wspominam z dzieciństwa.

8. Krótko, ślicznie, kolorowo.
     Nie zawsze musi być ambitnie i wyjątkowo. Warto mieć w domu książeczki, które możemy uznać za po prostu fajne lub urocze. Trafiłam kiedyś w "Biedronce" na książki z serii "Poczytajmy razem" z Zielonej sowy i tak mi się spodobały, że mamy wszystkie tytuły z tej serii. Najważniejsze - chłopcy też je lubią.

9. Nie tylko bajeczki.
     Nela, mała reporterka i jej książki. W bibliotece nie stoją, bo są ciągle wypożyczane. My mamy swoje własne. Na razie jeszcze za wcześnie dla chłopaków - czasami pooglądamy zdjęcia, poczytam ciekawostki, ale szału nie ma. Myślę, że nadejdzie jeszcze jej czas. Oprócz Neli, mamy też książkę Szymona, a podejrzewam, że "Dzieciaki świata" oraz "Zwierzaki świata" Martyny Wojciechowskiej też kiedyś u nas zagoszczą.

10. Na przyszłość.
     Książki, które z jakiegoś powodu wydały mi się wyjątkowe, ale chłopcy są jeszcze za mali, żeby je czytać. Nie chciałabym, żeby mi umknęły + liczę na magiczne, zachęcające "przeczytasz jak będziesz starszy". U nas na półce - "Pax", "Jedyny i niepowtarzalny Ivan" oraz "Noah ucieka"

11. Lokalny pisarz.
     Taka ciekawska - jeżeli w naszym lub sąsiednim mieście tworzy jakiś ciekawy pisarz dziecięcy warto wyposażyć się w jego książki. Pisarze jeżdżą na spotkania autorskie i myślę, że prędzej czy później będzie gościł w przedszkolu lub szkole naszej pociechy. Spotkanie autora powieści, którą mamy w domu może być fajnym przeżyciem dla naszego malucha.
     U nas na półce jeszcze nie ma, ale to dlatego, że "nasz pisarz" pisze raczej książki na poziomie podstawówki. mamy czas :)

12. A może komiks?
    Jeśli walczę o większą popularność komiksu to muszę zacząć od siebie. Chłopaki mają "Giganty", a na dzień dziecka dostaną "Kubatu" Jakuba Sytego - recenzja tu :) "Kaczor Donald" jeszcze do nich nie trafia, liczę na to, że album z rysunkami Przemysława Surmy będzie dla nich odpowiedniejszy.

      Na półce jest jeszcze kilka książek, ale chciałam napisać o tych najbardziej przemyślanych zakupach. Poza tym w domu jest dużo książek, do których dzieciaki mają normalny dostęp - bajeczki z twardymi kartkami, wspomniane "Giganty", gazetki, książki używane kupione za grosze. Takie, których mi nie będzie żal jeśli się zniszczą. Na szczęście niszczą się już coraz rzadziej.

     Trochę się rozpisałam, ale mam nadzieję, że komuś przyda się mój tekst. W razie pytań - piszcie w komentarzach.

niedziela, 14 maja 2017

Pyrkon po raz pierwszy

 Początek
    Zacznijmy od tego kiedy zaczyna się PYRKON. To, wbrew pozorom, wcale nie jest data kiedy hale zostają otwarte dla uczestników festiwalu. O nie - PYRKON zaczyna się już wtedy kiedy pomyślisz "Jadę" i zaczynasz wszystko planować. Przeglądasz program z rosnącą ekscytacją, a czasem niedowierzaniem - "TA AUTORKA tam będzie? Z prelekcją? Muszę, muszę, muszę!" I te wszystkie tematy, zagraniczni goście. Ogarnia Cię podniecenie, a myśl, że mogłoby Cię zabraknąć na tej imprezie jest absolutnie nierealna! Bilet wstępu kupiony? To planujemy przejazd.
     Samochód, bus, pociąg - do Poznania można się dostać na wiele sposobów. Ja wybrałam "Blabla car". Trochę strasznie - w końcu jedziesz z obcymi ludźmi. Nagle wszyscy, z Twoją Mamą na czele, wyobrażają sobie jak sprzedają Cię talibom na żywe tarcze.
     Nic takiego się nie stało :) - dojechałam na PYRKON. Wymieniam bilet na wejściówkę.
     I zaczyna się magia...

Radość i swoboda
    Pyrkon to świat, w którym obowiązują inne normy i zasady niż te, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Na festiwalu możesz być kim chcesz. Na identyfikatorach, które dostajesz po okazaniu biletu trzeba się podpisać. Niewiele osób ma napisane po prostu swoje imię. Spotykasz Princessę Agitę, Ryuu, Lutherin, Waleczną Sandrę, Tostera, Kushiego. Wśród nich jestem ja - Norsevia.
    Identyfikatory to jednak tylko preludium. Tłum pyrkonowców to wielka, kolorowa masa indywidualistów, cosplayowców i różnych, pozytywnych wariatów. Na przykład - na co dzień osoba z zielonymi włosami to na ulicy mini-sensacja. Tutaj co trzecia dziewczyna ma kolorową fryzurę, piękny wianek albo zwierzęce uszy. Ja też kupuję sobie uszy, bo są urocze. Zakładam je i chodzę w nich przez cały czas trwania Pyrkonu. Nikomu to nie przeszkadza, żę 30-latka chodzi z mysimi uszami. Przecież tutaj to norma! Uszy, ogony, dziwne pasy, wisiorki - dziewczyny i chłopaki, kobiety i mężczyźni, dzieci i dorośli.

Pokemony i Assasyni
     Ważnym punktem Pyrkonu są cosplayowcy. Cosplay, czyli zabawa w przebieranie. Drogi czytelniku - pomyśl teraz o jakieś znanej postaci z popkultury. Zaręczam Ci, że ją spotkasz. Wiedźmin, Indiana Jones, Harry Potter i paczka, Iron Men, Voldemort, Harley Quinn, nazgule, Karton, który zabił Hankę. Oni wszyscy tam byli. Odbyła się nawet wspólna przebieżka Pikatchów i Assasinów.
     Świat mangi i anime też był dobrze reprezentowany. Niestety moja wiedza na ten temat jest niewielka, dlatego ciężko jest mi powiedzieć kogo właściwie spotkałam. Za to miałam frajdę, bo podchodziłam do różnych "przebierańców" i pytałam o ich stroje. Aż żal, że nie miałam dyktafonu. Nikt, absolutnie nikt nie odmówił opowieści. A były to historie piękne, pełne pasji, zainteresowań i ciężkiej pracy. "Większość elementów wykonałam sama" powtarzało się jak refren w wielu wypowiedziach, kiedy pytałam skąd mają swój strój. Jasne - często to też duże nakłady pieniężne - na materiały, peruki czy krawcową, ale nie powinno to umniejszać poświęcenia i czasu włożonego w przygotowanie kostiumu.
Kolejkowo
     Kolejki to stały punkt festiwalu. Po wejściówkę, do toalety, na wykład, na zajęcia, na konkurs. Na te najpopularniejsze najlepiej zjawić się jakieś 40 minut wcześniej, żeby mieć pewność, że się dostanę. I liczą się tylko miejsca siedzące - kto myślał, że posiedzi na podłodze to niestety musi opuścić salę.
     Wiele osób się o to oburza, w relacjach z festiwalu na YouTube ten temat powraca jak bumerang, a uczestnicy wymyślają pomysły jak usunąć ten problem.
     Jako, że dla mnie szklanka jest w połowie pełna - w ogóle mi to nie przeszkadza. 
    W kolejce czekają ludzie, którzy lubią to samo - wystarczy zagadać. A poza tym kiedy nie dostanę się na jeden wykład to mogę iść poczytać komiksy, pograć w gry, połazić po stoiskach, albo po prostu wejść na jakieś inne zajęcia. Możliwości jest mnóstwo, a najważniejsze, że wszystko jest ciekawe, bo przecież Pyrkon tworzą i odwiedzają przede wszystkim...

Ludzie pełni pasji
(Uwaga - ten fragment będzie słodko-sentymetalny)
     Można na Pyrkonie być samemu, ale ani przez chwilkę człowiek nie czuje się samotny. To co w moim otoczeniu wywołuje pobłażliwy uśmiech, czyli moje uwielbienie do komiksów, fantastyki itp., tutaj dla ludzi jest normalne. Już wcześniej to napisałam, ale powtórzę - na festiwalu możesz być kim chcesz i dla uczestników to jest OK, bo najczęściej są tacy sami jak ty.
     Co chwilkę mijasz kogoś kto jest Twoją bratnią duszą - nie w kontekście romantycznym - tylko kogoś z kim da się przegadać pół nocy o wspólnych pasjach.

[   W tym momencie pozdrawiam Tostera, który stał ze mną godzinę w kolejce i uświadomił mi jak niska jest moja wiedza na temat Harrego Pottera ;) do zobaczenia za rok w tej samej kolejce :)  ]
    
     Kiedy w sobotę latałam po spotkaniach i prelekcjach ciągle coś mnie zachwycało - wykładowcy, temat prelekcji, autorzy książek, reakcje uczestników. To było niezwykłe, bo w momencie kiedy nie dostałam się na warsztaty poszłam do sali komiksowej i zostałam tam na dwa kolejne wykłady, bo nie dałam rady wyjść - było po prostu zbyt ciekawie.

       Warto też wspomnieć o różnych stowarzyszeniach i fundacjach, którzy maja możliwość działania i zareklamowania się na Pyrkonie. Spotkanie Deadpoola z Ligi Superbohaterów było ciekawym punktem mojego pobytu w Poznaniu - przyjemnie było słuchać jak zapaleńcy używają swoich pasji, żeby zrobić coś naprawdę dobrego. Tutaj macie link do ich strony LIGA SUPERBOHATERÓW - przeglądajcie, może prześlijcie jakiś datek - sympatyczni ludzie, z prawdziwą misją.

     Wieczorem zamiast zasypiać rozmawiałam z ludźmi, którzy mieli "legowisko" obok (moja "ekipa" szalała wtedy na jakiś akcjach związanych z mangą) - ot tak, o pierdołach, o bajkach braci Grimm (jak my dotarliśmy do tego tematu???). Co prawda, jeśli chodzi o sleeproomy to nie do końca załapałam ideę "Zaraz będzie ciemno", klaskania czy "przegrałam" (o, przegrałam ;) ), ale i tak było w tym miejscu coś naprawdę fajnego.
Zakończenie
     W niedzielę w pociągu dociera do mnie jak bardzo jestem zmęczona. I nie - to nie znużenie podróżą. Po prostu przez cały Pyrkon napędzały mnie ekscytacja, endorfiny i ciekawość. Teraz to wszystko zniknęło, a intensywność ostatnich dwóch dni i nocy daje o sobie znać.
    Dociera do mnie też jeszcze jedno - uszy i identyfikator schowane w plecaku, a ja wracam do rzeczywistości - znów jestem Agatą.
     "Zaraz będzie ciemno"...



 Ps. Jakość zdjęć taka sobie, bo robiłam telefonem. Na ostatnim zdjęciu z księżniczkami widać moje uszy - już bardzo krzywe, bo to koniec dnia :)


Baśń o palanciku

     Pierwszy raz o książce "Robot w ogrodzie" usłyszałam w blogosferze. Recenzja blogerki była pełna zachwytu i zadowolenia. Blurb też był zachęcający. Po przeczytaniu książki, zanim ją zrecenzuję, postanowiłam napisać własny:

      "Ben jest palancikiem. Ma fajną żonę, ale tego nie docenia, więc żona odchodzi. Zanim jednak odejdzie w ich ogrodzie pojawi się dziwny robot. Palancik z sobie tylko znanego powodu postanawia się nim zaopiekować, co jest fajne, bo robot jest sympatyczny. Ben rozpocznie wielką podróż - jak myślicie? Czy przestanie być palancikiem?"

      Książka Deborah Install nie powala na kolana - nie jest literackim cudem. Szczerze mówiąc miałam nadzieję, że będzie to książka w rodzaju "Alchemika" - prosta, lekko filozoficzna, wypełniona banałami "ku pokrzepieniu serc"  (proszę tego źle nie zrozumieć - uwielbiam "Alchemika"). Nie była. "Robot w ogrodzie" i "Alchemik" to dwie zupełnie różne bajki.

     Przede wszystkim bohater "Robota" to palancik - tak jak napisałam w moim streszczeniu. Nie palant - Ben nie jest postacią negatywną i po długim poszukiwaniu trafnego określenia dla tej dosyć irytującej postaci, stwierdziłam, że "palancik" będzie odpowiedni. Wiedzie sobie wygodne życie, które przypomina marzenie emeryta (proszę o wybaczenie emerytów - wiem, że to co teraz napiszę to paskudny stereotyp) - nie musi pracować, ma wygodny fotel z widokiem na telewizor i żonkę, która dostarcza mu pod nos posiłki. Do pracy nie pójdzie - no bo po co. Nie rozumie potrzeby żony, która pracować chce - przecież przez to nie może o każdej porze dnia podawać mu jedzenia. Tyle, że jest sympatyczny, czasem miły i towarzyski i ogólnie lubiany przez otoczenie. Po prostu palancik - fajnie z nim pogadać na imprezie, ale żyć w ten jego wegetatywny sposób już nie bardzo.

     Nagle, w jego ogrodzie pojawia się robot. Zaskoczony Ben postanawia się z nim porozumieć i między tymi istotami pojawia się iskra wzajemnej sympatii. Tang okazuje się być uszkodzony, a Ben wiedziony sobie tylko wiadomymi powodami wyrusza w podróż, żeby go uratować.

     Ta wspólna podróż człowieka i robota wiedzie czytelnika przez różne dziwne miejsca i intrygujących ludzi. W tym miejscu ciężko mi się rozpisywać, żeby nie zdradzić zbyt wiele. Moim zdaniem najważniejszą wartością tej książki są właśnie poszczególne etapy wędrówki naszych bohaterów. To właśnie spotkani ludzie i miejsca, w których pojawiają się Ben i Tang, są tym co ma wpływać na zacieśnianie się więzi tej dziwnej pary. No i oczywiście sprawić, że Ben odkryje, że jest palancikiem ;)

      "Robot w ogrodzie" mimo wszystko trochę mnie zawiódł. Nie wiem dlaczego - w końcu to sympatyczna historia, krzepiąca, napisane wcale nieźle. Może to moje oczekiwania sprawiły, że za dużo oczekiwałam. Książka Deborah Install jest przeciętna, może najwyżej dobrą książką. O tym, że ja przeczytałam zapomnę już za miesiąc, a miałam nadzieję, że będzie to powieść, o której będę jeszcze długo pamiętać.

Moja ocena: 5/10
Tytuł: Robot w ogrodzie
Autor: Deborah Install
Dla kogo: Dla tych, którzy akurat nigdzie się nie spieszą i chcą przeczytać jakąś spokojną książkę.