wtorek, 14 lutego 2017

1 by wszystkimi rządzić, a 11 by zostać legendą ;)

    Kiedy ktoś interesuje się koszykówką, a zwłaszcza NBA to są pewne nazwiska, które musiał słyszeć. Jordan, Bryant, Rodman, O'Neal, Malone, Barkley, Chamberlain i wiele innych. Kiedyś muszę siąść i z ciekawości zacząć spisywać - ile byłabym w stanie wypisać z pamięci nazwisk koszykarzy z amerykańskiej ligi. Oczywiście znakomita większość to byliby gracze z lat 90-tych, ale, nie chwaląc się, myślę, że lista byłaby długa. Mam po prostu ogromny sentyment do czasów kiedy na parkietach królowało Chicago Bulls, Michael Jordan był bogiem, a najnowszy numer Magic Basketball przechodził z rąk do rąk.
    W domu mieliśmy film dokumentalny o Harlem Globetrotters, który oglądaliśmy z bratem tak często, że "Sweet Georgia Brown" (hymn drużyny) była chyba najczęściej nuconym (gwizdać nie umiałam) przeze mnie utworem.
     
     Wiem, że kluczę wokół tematu, ale zaraz przyznam się dlaczego. Wśród całej plejady gwiazd, nazwisk, które zapamiętam do końca życia było też jedno dosyć szczególne - Phil Jackson, trener-geniusz. Jego biografia, kiedy tylko się pojawiła, wskoczyła na szczyt mojej osobistej listy "do przeczytania". Wreszcie ją dorwałam i no... mam problem.

    Phil Jackson jest uważany za jednego z najlepszych trenerów w historii NBA. Historia jego kariery jest bardzo rozległa - zaczyna się pod koniec lat 60-tych i nadal trwa. Materiału na biografię zebrało się sporo. 

    "11 pierścieni" tradycyjnie rozpoczyna się dzieciństwem i młodością, ale jest to niesamowicie krótkie - takie "dzień dobry, czytelniku, muszę o tym powiedzieć, bo wypada, ale już kończę". I właściwie bardzo dobrze, bo w przypadku takiej postaci nie bardzo chce mi się czytać o jego kłótniach z rodzeństwem itp. Potem następują opowieści o początkach kariery Phila, o latach kiedy sam był koszykarzem i przyznam się wam - dla mnie to była droga przez mękę, dwa razy byłam bliska odłożyć tę pozycję na zawsze.
     Dlaczego?
   Przytłoczyła mnie ilość nazwisk, o których wspomniał autor - koledzy z drużyny, działacze, trenerzy, przeciwnicy, ludzie, którzy byli jakąś inspiracją. Jeżeli ktoś nie interesował się koszykówką lat 70-tych (czyli na przykład ja) to byli to anonimowi ludzie, których mnogość tylko mieszała w głowie. Były jednak w tym fragmencie informacje istotne, tam pojawiają się początki taktyki ofensywy trójkątów, które były tak ważne w pracy trenera. Nie wydaje się, że można pominąć ten fragment opowieści, więc po prostu brnęłam przez kolejne 100 stron, aż dotarłam wreszcie do ery Chicago i mój odbiór biografii zmienił się o 180°.
      
     W stylu nic się nie zmieniło, ale nagle postacie, które pojawiały się wokół trenera były mi znane - to właśnie na te czasy czekałam. I w tym momencie książka stała się dla mnie chyba jedną z najlepszych biografii sportowych. Phil Jackson był w centrum wszystkiego, a ja chciwie łapałam informacje o nim, jego inspiracjach, ciekawostkach i całej galerii osobowości kręcącej się w okolicy. Współpraca z gwiazdami, dążenie do zdobycia mistrzostwa, a przede wszystkim ta pasja w trenowaniu tych młodych chłopaków było wyjątkowe. Nie wiem na ile to upiększenie samego bohatera, a ile czysta prawda, ale sposób prowadzenia drużyny, wzorce, z których Jackson czerpał i jego pomysły - to wszystko wywarło na mnie duże wrażenie.
     Swoje życie prywatne Phil w większości pomija, czasem pojawia się jakieś wtrącenie, ale generalnie nie ma większego wpływu na główne przesłanie książki, które można streścić w jednym zdaniu: "Kocham koszykówkę, chcę być najlepszym trenerem i oddaję się temu w 100%".

      "11 pierścieni" to naprawdę wyjątkowa pozycja wśród biografii ludzi koszykówki, ale trzeba być przygotowanym na to, że życiorys zawodowy Phila Jacksona idzie praktycznie równolegle z całą historią NBA od lat 70tych i ma to bardzo duży wpływ na treść książki i ilość nazwisk, które pojawiają się na jej kartkach. Nie wyobrażam sobie jednak, że jakiś fan koszykówki może pominąć tę pozycję, zwłaszcza, że pojawiają się na jej kartach historie związane chyba ze wszystkimi gwiazdami tego sportu z ostatniego ćwierćwiecza.

Moja ocena: 7,5/10
Tytuł: Phil Jackson. 11 pierścieni
Autor: Phil Jackson, Hugh Delehanty

Dla kogo: Dla fanów

piątek, 3 lutego 2017

Owocowe życie

     Owocowa trylogia Izabeli Sowy została już trochę zapomniana. Kiedyś bardzo popularna - te książki rzadko stały na bibliotecznych półkach - obecnie zginęła gdzieś pod nawałem innej babskiej literatury. Postanowiłam o niej przypomnieć, bo to naprawdę wyjątkowe książki.

Malina w szale odchudzania, który chyba zna każda kobieta:
"Przez dwa dni chodziłam dumna i blada. Pękłam trzeciego (...). Łupało mnie w głowie po mleku. Ser tofu smakował jak gips rozrobiony z kranówą. Trzeciego dnia stanęłam na wadze. Ani grama mniej. Tyle mordęgi na nic. Burczenie w żołądku. Koszmary o bitej śmietanie, ślina do ziemi na widok gorących drożdżówek. Bolesne marzenia o chrupiącej piętce razowca z masłem i pomidorem. Trzęsącym paluchem wykręciłam numer Telepizzy. Zamówiłam jedną dużą ze wszystkimi dodatkami. Była akurat promocja i dostałam drugą dużą, margaritę z oliwkami. Zjadłam obie. Popiłam piwem, a potem leżałam rozwalona jak jamnik. Pełna pizzy i pogardy dla siebie."
     Czy właściwie muszę pisać więcej? "Smak świeżych malin" i kolejne części to po prostu konkretne dawki humoru. Malina, jak mało która bohaterka, dostaje od życia w taki sposób, że czytający zwija się ze śmiechu. Kilka scen powinno mieć miano kultowych, ale nie będę dawać przykładów, żeby nic nie zdradzić.

     Kolejne części trylogii, a właściwie tetralogii to "Cierpkość wiśni", "Herbatniki z jagodami" i "Zielone jabłuszko". Każda książka ma nową bohaterkę, ale czasami gościnnie pojawia się jakaś postać z innej powieści. Nie muszę chyba uświadamiać nikogo, że wszystkie trzymają poziom, a autorka udowadnia, że potrafi stworzyć świetnych bohaterów, którzy nie są kalkami tych z poprzednich książek. Tutaj też pojawia się gigantyczny plus - bohaterki nie noszą znamion marysujkowatości, która tak często irytuje w przypadku babskiej literatury.

     Jedynym minusem tych książek jest upływający czas. Brak telefonów komórkowych i innych wynalazków ostatnich lat może nie przeszkadza w historii, ale momentami czytelnik odczuje przeskok cywilizacyjny.

     Polecam te książki, bo są naprawdę fajne i odprężające. Warto je odkopać, zdmuchnąć kurz i przeczytać historie, o których często możemy powiedzieć - znam to, miałam tak samo, czułam to samo.

Moja ocena 8/10
Tytuły: "Smak świeżych malin", "Cierpkość wiśni", "Herbatniki z jagodami" i "Zielone jabłuszko"
Autor: Izabela Sowa
Dla kogo: Dla kobiety, która zmęczona po pracy chciałaby usiąść na kanapie pod kocem i się zrelaksować.

wtorek, 31 stycznia 2017

Walka i przygoda

      Parę lat temu do biblioteki przychodził chłopiec, który przeczytał książkę Erin Hunter "Na wolności". Czytał sporo książek, ale za każdym razem kiedy coś wypożyczał pytał o kontynuację serii "Wojownicy". Nie udało nam się jej wtedy zakupić, ale chłopak jeszcze długo miał nadzieję, że uda mu się dostać drugą część.
      Przypomniało mi się to, bo w moje ręce trafiła książka, która została wydana w zeszłym roku i okazała się być tym oczekiwanym drugim tomem! Wydawnictwo Nowa Baśń najwidoczniej przejęło prawa do serii i wydało ją od początku. Trzymałam "Ogień i lód" w ręku i wspomniałam zachwyt tamtego chłopca (obecnie już dorosłego mężczyzny), jego upór, żeby zawsze zapytać o tę książkę i pomyślałam sobie - "sprawdzę jak się to czyta..."

     Powiem jedno - strasznie cieszę się, że nie przeczytałam tej powieści wtedy! Cieszę się, bo tak jak tamten czytelnik, niecierpliwie czekałabym na kontynuację, która przyszła dopiero po około 12 latach. A wierzcie mi - czekałabym.
    
     W lesie polują cztery kocie klany. Ich terytoria ustalili przed wiekami przodkowie. Jednak nie wszystkim to pasuje - jeden z klanów chce dla siebie więcej terenów i zdobyczy. Spokój zostaje zachwiany, koty szykują się do walk. W tym czasie w jednym z klanów pojawia się Rudzielec - kot domowy, który postanawia zmienić swoje życie - zostać kocim wojownikiem.

    Słuchajcie, ja sobie zdaję sprawę jak infantylnie to brzmi. Koty, las, wojownicy, klany. Dlatego jest bardzo ciężko pisać mi tę recenzję, ponieważ naprawdę, naprawdę chcę, żeby ktoś kto trafi na ten wpis zrozumiał, że piszę o niesamowitej książce. To prawdziwa powieść przygodowa - taka jakiej już dawno nie czytałam (właściwie od czasów pierwszej części "Zwiadowców"). 
    
    Skończyłam już trzeci tom i jestem zachwycona właściwie wszystkim co składa się na tę powieść. Od strony wizualnej - nowe okładki są zdecydowanie lepsze i fajniejsze od poprzedniego wydania. Jeśli chodzi o treść - akcja biegnie do przodu cały czas, wątki przeplatają się ze sobą, tematy ucichają, żeby za parę stron wrócić ze zdwojoną mocą. Dodatkowo trzeba przyznać, że autorka nie ucieka od tematów ciężkich - jak śmierć, zabijanie, czy wygnanie i równoważy to współczuciem, odwagą i poświęceniem. Świetne postaci, sceny walk, a wszystko to wspaniale opisane - bez dłużyzn, nudów czy irytujących, nielogicznych rozwiązań. Każdy kto po "Wojowników" sięgnie, może mieć pewność, że czyta naprawdę wartościową książkę.

      Erin Hunter stworzyła świat, który wciąga i nie puszcza. Łatwo jest zapomnieć, że czytamy książkę dla młodzieży. I te koty, które teoretycznie powinny odrzucać dorosłego czytelnika (jest ta myśl w głowie, że czytasz książkę o zwierzątkach), wprowadzają taki element dzikości, poczucia wolności oraz zachowań, które u ludzi byłyby nienaturalne, że z powodzeniem można by reklamować to jako powieść dla dorosłych. W końcu "Shrek" też nie był bajką dla dzieci, a w tym roku widzowie zachwycali się rewelacyjną "Zootopią" - dlaczego więc "Ucieczka w dzicz" nie mogłaby trafić w gusta dorosłego człowieka?

     Polecam i cieszę się, że kolejny tom już w księgarniach!



Moja ocena: a co mi tam -  9/10
Tytuł: 1. Ucieczka w dzicz, 2. Ogień i lód, 3. Las tajemnic, 4. Cisza przed burzą
Seria: Wojownicy
Autor: Erin Hunter
Dla kogo: Dla wszystkich od lat 12-u

wtorek, 24 stycznia 2017

Komiksy X-men - gdzie zacząć czytać?

     Superbohaterowie ostatnimi czasy rządzą ekranami kinowymi. W 2016 filmy z ich udziałem pojawiały się co chwilka, fundując widzom lepszą lub gorszą rozrywkę. Mówiło się swego czasu, że to filmy tylko dla fanów komiksów, ale liczba sprzedanych biletów porównana z liczbą czytelników zdecydowanie przeczy tej tezie. Reklama i marketing, efekty specjalne, znani aktorzy, czy po prostu ciekawe historie przyciągają do kin również tych, którzy wcześniej do oryginału nie zajrzeli. Natomiast po obejrzeniu fajnego filmu mogą mieć ochotę na przeczytanie takiego komiksu i tu zaczynają się schody.
     Wypożyczalnie komiksowe, jeżeli już w ogóle są, to raczej w dużych miastach, a i tak rożnie bywa z zasobami. Dlatego najlepiej taki komiks kupić na własność. Wchodzimy na strony sklepu, albo idziemy osobiście do księgarni, a tam...dużo tytułów. Od czego zacząć?
   
     Grupa X-men skradła moje serce już dawno - i nie komiksowo, ale filmowo właśnie. Moja przygoda zaczęła się kiedy zobaczyłam ekranizację z 2000 roku. Film leciał sobie w telewizji, a ja nie miałam nic do roboty, no to pomyślałam spojrzę. I przepadłam - to była miłość ;) Druga część utrwaliła tylko to uczucie i po kilku seansach zaczęłam szukać możliwości przeczytania komiksów. Dla was przedstawię efekt moich poszukiwań.


     Można sobie zadać pytanie, po co to piszę skoro mamy do dyspozycji wujka google i każdy sobie na pewno znajdzie odpowiedź sam? Otóż nie jest to takie proste, ponieważ w Internecie w znakomitej większości istnieją pasjonaci, którzy na pytanie "gdzie zacząć czytać X-men" wezmą pod uwagę WSZYSTKO - łącznie z komiksami anglojęzycznymi.

Przykłady:
1. Artykuł o kolejności czytania - spróbujcie przebrnąć przez połowę bez poplątania i bólu głowy
KLIK 

2. Mój ulubiony ICHABOD - ostatnio bez jego rekomendacji nie oglądam filmu (nie posłuchałam go jeśli chodzi o "Assassin's creed" i mam nauczkę, że NALEŻY SŁUCHAĆ ICHABODA!). Wszystko super, bardzo fajnie tłumaczy, ale to pasjonat, którzy bierze pod uwagę przede wszystkim niepolskie publikacje).

      No dobra - przechodzimy wreszcie do odpowiedzi, gdzie zacząć czytać X-men?
  
     Na początek proponuję obejrzeć sobie, jeszcze raz (albo pierwszy raz) filmy "X-men" z 2000 i "X-men 2" z 2003 roku. Nie żartuję - te filmy fajnie wprowadzą w klimat serii i będą dobrym początkiem podróży uniwersum. Nie przyzwyczajajcie się jednak do postaci. W komiksach, jeśli w ogóle żyją, to często zupełnie inne charaktery.

     Potem już sobie spokojnie można zacząć serię All-New X-men wydaną przez Egmont. A oto dlaczego właśnie ją:
    
     Generalnie nie wydano u nas wcześniej tak wiele komiksów o mutantach:
  1.  53 komiksy wydane przez TM-Semic w latach 90-tych
  2.  "Ultimate X-men" 8 tomów w kolekcji Dobry komiks
  3.  "New X-men" 4 tomy w kolekcji Dobry komiks
  4.  Astonishing X-Men wydanych przez Mucha Comics
  5.  Kilka komiksów w ramach Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela
      Dlaczego nie polecam tych wcześniejszych publikacji na pierwsze?
      Po pierwsze finanse. Można zacząć czytać od komiksów TM-Semic, ale o bibliotekach możecie zapomnieć. Albo macie kumpla, który wam komiksy pożyczy, albo kupujecie sami. Nie powinno być trudno - co rusz pokazuje się jakiś nieszczęśnik, który chce sprzedać całą serię. Za co najmniej 400 zł. Jeśli tyle macie to wystarczy przejrzeć allegro lub olx, kupić i zacząć czytać. Można też kupować po parę komiksów co jakiś czas, ale wtedy gdy zakończycie serię te wydawane obecnie będą daleko do przodu. I znów będzie trzeba nadganiać.
      Z tego samego powodu nie polecam serii Astonishing X-Men, który ma co prawda tylko 4 tomy, ale mają czasem masakryczne ceny. Osobiście jej nie czytałam i bardzo nad tym ubolewam, bo szczerze mówiąc, podobno jest świetna.
       
       "Ultimate X-men" jest obecnie najtańsza - poszczególne tomy można kupić dosłownie za parę złotych, ale jest to dziwaczna seria i lepiej ją przejrzeć dopiero kiedy już wkręcimy w temat.

      "New X-men" byłoby całkiem przyzwoite, gdyby nie to, że wydano 4 numery i potem cisza.

      Jeśli zaś chodzi o Wielką Kolekcję to mam bardzo mieszane uczucia. Wizualnie jest niesamowita, dodatki w środku ciekawe, ale to trochę tak jakbyście obejrzeli 20 minut filmu, który wam się podoba, a potem przerwali i nie wiedzieli kiedy będziecie mieli możliwość obejrzeć resztę. O ile w ogóle będzie taka możliwość.
    
      Przechodzimy do tego co jest wydawane obecnie.
      Egmont, póki co, wydaje 3 X-menowe serie:
  • All-new X-men
  • Uncanny X-men
  • Wolverine i X-men
    Dodatkowo wydawane są serie o wysokiej zawartości X-men w organizmie:
  • Uncanny Avengers
  • Deadpool
  • Thunderbolts
       Czyli jak widzicie też jest w czym wybierać. Osobiście tak jak wspomniałam polecałabym przede wszystkim All-New ze względu na to, że jesteśmy w stanie dość łatwo połapać się w mutantach - jest dużo tych, których znamy z filmów. 
       Dodatkowo warto też zaopatrzyć się w Uncanny, którego bohaterowie to Ci "z drugiej strony barykady". Na początek wystarczy, zwłaszcza, że te dwie serie łączą się potem w "Bitwie Atomu", która znowu cały układ sił przewróci do góry nogami... Oczywiście, fajnie by było czytać też Wolverina, ale myślę, że jeżeli na razie chcecie tyko "sprawdzić czy wam się podoba" to nie ma sensu od razu zakopywać się we wszystkie serie.
 
      Co do tych trzech serii z zawartością X-men - najbardziej powiązane jest chyba Uncanny Avengers, w którym jedną z głównych postaci jest Havok (znany z filmów "Pierwsza klasa", "Przeszłość, która nadejdzie" i "Apocalypse") oraz Rogue (znana z pierwszych 3 części). 
     W "Deadpoolu" i "Thunderbolts" mamy raczej występy mocno gościnne, ale wymieniłam te serie, bo są ciekawe i klimatem pasują do universum.

     To by było na tyle - pytania możecie dawać w komentarzach. Będę wiedziała to odpowiem, nie będę wiedziała to podziękuję za komentarz ;)

      Niestety w temacie innych superbohaterów wątpię, żebym umiała pomóc. Spiderman jakoś mnie nigdy nie rajcował, w Avengersach dopiero raczkuję, ze Strażnikami Galaktyki niedawno zaczęłam swoją znajomość. Na Batmanie zatrzymałam się w XX wieku (ale to nadrobię!), a Superman... nigdy go nie doceniałam - może to się kiedyś zmieni.
 

niedziela, 22 stycznia 2017

Czy znowu dałam się nabrać?

     Wiele razy podkreślałam, że nie przepadam za czytaniem biografii piosenkarzy czy aktorów, ponieważ bardzo często to rozciągnięte do granic przynudzania zbiory ciekawostek rodem z kolorowych gazet. Fani chcą poczytać o swoim ulubionym artyście, ale niestety, poza koncertami/występami i pisaniem piosenek/uczeniem się roli, często nie robi on nic więcej, dlatego szpikuje się tekst opowieściami o dzieciństwie, a potem o skandalikach i historiach o spotkanych innych sławach. Oczywiście, to co napisałam, jest bardzo ogólne. Mowa tutaj przede wszystkim o młodych gwiazdkach, a nie wybitnych artystach z wieloletnim doświadczeniem, których biografie potrafią być autentycznie interesujące.

       No cóż, niby to człowiek taki mądry, ale jak dostał w łapki biografię młodej piosenkarki, której twórczość baaardzo lubi to się jakoś zapomniało, że lepiej takich pozycji nie czytać... I co? Czy znowu dałam się nabrać?

      Florence Welch ma obecnie 30 lat. Jej biografia ma tytuł "Głos wszechmogący" i, cholera, jest to chyba jeden z trafniejszych tytułów w historii. 
      Najważniejszym i największym plusem całej publikacji jest fakt, że autorka miała na nią pomysł. Zwykle biografie pisane są jednoosobowo: - poszedł - nagrał - spotkał - przeżył - w tym/ tamtym roku. Tutaj autorka dowcipkuje, czasami zwraca się do Flo, a czasem do czytelnika. Nie wyobrażam sobie, że o tej wokalistce można pisać wyłącznie z powagą i na moje szczęście Zoe Howe również tak myślała.

     Poza typowymi dla biografii faktami i ciekawostkami, znajdziemy tu takie dygresje:
"Narodziny Florence wypadły (...) tuż po tym, jak Chris De Burgh podbił listy przebojów w WB "Lady in Red". Zatem można uznać, że ten pamiętny rok (...), był równocześnie dobry i zły dla brytyjskiej muzyki"
     "Głos wszechmogący" czytałam wyjątkowo długo. Nie dlatego, że książka dłużyła się czy była nieciekawa. Wprost przeciwnie! Po prostu co chwila czytałam o jakiejś piosence, która zainspirowała Flo, lub o sposobie w jaki powstał jej utwór i natychmiast musiałam go posłuchać. Leciałam z książką do Youtuba, włączałam utwór i słuchałam go z nowo zdobyta wiedzą.

      Przyjemnie było odkrywać świat tej barwnej wokalistki. Tym bardziej, że często okazywało się, że mamy wiele wspólnego (nie tylko zamiłowanie do rudych włosów). Miłe też było to, że Florence przy całej swojej hippisowskiej naturze okazała się być profesjonalistką "dopieszczającą" swoje utwory (poza "Cosmic love", którego historia powstania mnie powaliła). Opisy pracy nad piosenką czy koncertem utrwaliły mnie w przekonaniu, że panna Welch to nie tylko niesamowity głos, ale po prostu niesamowite wszystko.

      Czy warto tę książkę przeczytać? No jasne! Jest takie zdanie, Gilberta Cesbrona, o którym ciągle myślałam w czasie czytania:
"Każdy z nas ma we wnętrzu muzykę, która mu akompaniuje. Jeśli słyszą ją także inni, nazywa się to osobowością". Myślę, że Flo pokazała tę swoją wewnętrzną muzykę doskonale. I dlatego warto ją lepiej poznać oraz The Machine - ludzi, którzy ją otaczają.

Jeżeli jeszcze nigdy nie trafiliście na Florence + The Machine to zapraszam, posłuchajcie:

Florence + The Machine - Cosmic Love


I błagam - wiem, że nie każdy lubi to samo, nie da się uwielbiać wszystkich, ale doceńcie ten jej niezwykły głos.

Moja ocena: 8/10


Tytuł: Florence + The Machine. Głos wszechmogący
Autor: Zoe Howe
Dla kogo: Dla fanów, ale polecam każdemu
 

czwartek, 5 stycznia 2017

I Zielone Norsevie 2016!

     Rok 2016 za nami, nadszedł czas podsumowań. Blogerzy robią topki, spisy, zestawienia itp.
Jakoś mi nie bardzo to pasowała, dlatego...

Przedstawiam Wam nową, zupełnie nieprestiżową, nie mającą żadnej ważności w branży, ale za to moją własną nagrodę:

ZIELONA NORSEVIA!

EDYCJA 2016!

Jury w składzie
Norsevia

Głos doradczy:
Mały Pędzik
Słoneczny Filozof

Wśród książek, które przeczytałam w 2016 roku wybiorę najlepsze (według Jury) w 7 kategoriach i 2 specjalnych:

W kategorii BABSKA KSIĄŻKA,

za trafne spostrzeżenia, język pełen humoru oraz kilka zdumiewających scen wygrała książka:
ROSÓŁ Z KURY DOMOWEJ!

W kategorii BIOGRAFIA,

za siłę i za to, że ma się ochotę ruszyć tyłek  wygrała książka:
RONDA ROUSEY. MOJA WALKA / TWOJA WALKA!

W kategorii KOMIKS,

za rysunki takie, że ja cię kręcę i szalony scenariusz wygrała seria:
AZYMUT!


W kategorii  DLA DZIECI

ex aequo

za niebanalne ilustracje i ciekawą fabułę wygrała książka:
NIEZWYKŁE PRZYGODY LATAJĄCEJ MYSZY!

oraz
(głos doradczy Słoneczny Filozof)
za to, że moje dziecko potrafiło się chwilkę zająć i dać mi chwilkę spokoju wygrała książka:
KSIĘGA DŹWIĘKÓW!

oraz
(głos doradczy Mały Pędzik)
za to, że Mały Pędzik w ogóle się zatrzymał wygrała książka:
OPOWIEM CI, MAMO, CO ROBIĄ AUTA!

 

W kategorii DLA MŁODZIEŻY

za magię, baśniowość i niebanalny przekaz wygrała książka:
WYBRANA  (Naomi Novik)

 

W kategorii FANTASTYKA

za to, że u pisarki widać miłość do języka polskiego i że uśmiałam się czasami jak głupia wygrała książka:
NOMEN OMEN

W kategorii DLA DOROSŁYCH

za miłość o książek, tak po prostu, wygrała książka:
WYJĄTKOWY ROK


Kategorie specjalne!

W kategorii ZASKOCZENIE ROKU

za, no cóż, zaskoczenie wygrała książka
KORPONINJA!


I ostatnia kategoria NAGRODA SPECJALNA

za pomysł, wykonanie, ilustracje i w ogóle genialny całokształt wygrała książka:
DRZEWO  (Łukasz Wierzbicki)


GRATULUJĘ ZWYCIĘZCOM!

Nagród nie ma, zaszczytu za bardzo też, ale jesteście super :)

piątek, 23 grudnia 2016

Piękni mężczyźni i piękne kobiety

     Przedświąteczny szał jutro ma się skończyć. Ostatnie machanie ścierą, ostatnie prezenty zapakowane - można wreszcie położyć się pod choinką i odpocząć. 

      Ja też wpadłam w świąteczny szał. W połączeniu z pracą i dwójką małych dzieci poskutkowało to absolutnym brakiem czasu dla siebie i dla bloga. Czytałam mało, pisałam wcale. Teraz nareszcie mogę chwilę siąść i... zastanowić się o czym pisać. Mam w głowie kilka dłuższych tekstów, ale chciałabym móc się nad nimi skupić, a książki, po które sięgałam w ostatnim czasie nie zasługują na żadne wielkie opisywanie. Większość z nich mogłabym określić - "no, spoko, można przeczytać". 

      Dlatego napiszę dzisiaj notatkę o przedstawicielce grupy książek, które ostatnio wśród czytelników, a zawłaszcza czytelniczek, są bardzo popularne. Mówię oczywiście o erotykach, które po wielkim sukcesie "50 twarzy Greya" wydawane są masowo, a wydawnictwa szukają coraz to nowych sztuczek, żeby przekonać czytających właśnie do swoich publikacji.

       Osobiście przeczytałam kilka z nich, łącznie ze wspomnianym Greyem. Zdecydowała większość z nich pisane jest na jego kopyto - on piękny, ona piękna, oczarowanie od pierwszego wejrzenia, "nie możemy", seks, "nie powinniśmy", seks, problem, rozwiązanie. Zakończenie mniej lub bardziej szczęśliwe.

      Nie zrozumcie mnie źle - te historie może nie są wybitne, ale jako literatura lekka i przyjemna sprawdzają się zwykle doskonale. 

       Najbardziej w moje gusta trafiła seria "Piękny drań". Powieści Christiny Lauren (czyli duetu Christina Hobbs i Lauren Billings) wpisują się w schemat, który przedstawiłam powyżej, ale jednocześnie są zabawne, a sceny zbliżeń nieudziwnione, napisane zmysłowo i ze smakiem (tu gratulacje dla tłumacza). Dodatkowym plusem jest fakt, że autorki nie ciągną wątku jednej pary przez kilka książek i nie komplikują jej życia na siłę, żeby tylko było o czym pisać. Każda część serii ma innych głównych bohaterów, a ci, których już poznaliśmy pojawiają się jedynie gościnnie w paru scenach.

     Wiadomo - nie każdemu pasuje taki typ powieści, a język jakim napisane było "50 twarzy Greya" mógł zniechęcić nawet tych mało wymagających czytelników. Sama przez dłuższy czas nie chciałam czytać nic co było do tej książki porównywane. Dałam się jednak przekonać i naprawdę nie żałuję, bo trochę pikanterii jest naprawdę ciekawym dodatkiem do książkowych historii miłosnych.

Moja ocena: 6,5/10
Tytuł: Piękny drań
Autor: Christiny Lauren
Dla kogo:  Dla Pań. Fajnie sobie pomarzyć o takim pięknym draniu ;)