piątek, 4 sierpnia 2017

Biusty... wszędzie biusty. Słodka szarlotka

     W literaturze kobiecej słodkie romansiki mają poważnego konkurenta - literaturę erotyczną. Nawał książek pikantnych zapoczątkował niesławny Grey i w sumie chwała mu za to, bo najwyraźniej w jakiś sposób odblokowało polki, nie tylko w sensie seksualnym, ale też czytelniczym, bo po "50 twarzach" chciały przeczytać coś jeszcze. O poziom nie ma co się kłócić, bo to jest niekończąca się dyskusja.
      Jakiś czas temu w nowościach wydawniczych wypatrzyłam "Słodką szarlotkę" i postanowiłam ją sprawdzić. Historia trzech młodych, pięknych Francuzek, które szukają mieszkania jakoś pasowała mi do tych wszystkich lekkich erotyków.

      W "Słodkiej szarlotce" główne bohaterki narysowane są jak wyuzdane wersje disneyowskich księżniczek. Patrzę na nie i widzę niegrzeczną Mulan (Mei), rozbudzonego Kopciuszka (Szarlota) i wyzwoloną Tianę (Alice). Strasznie mi się to podoba - takie mrugnięcie okiem do dużych dziewczynek, które pamiętają swoje ulubione bajki. W ogóle wizualnie komiks jest śliczny, uroczy i robi bardzo pozytywne wrażenie. I niestety to wszystko.
     Fabularnie, coś co powinno być prostą historyjką, zmieniło się w  pulpę wszystkiego i niczego. Wątki są nawalone jeden na drugim - tam gdzie miało być humorystycznie i lekko, nagle są jakieś śledztwa, napaści i tajemnice. Niby fajnie, ale kompletnie bez sensu, urywane nagle i absolutnie nie mieszczące się w 48 stronach albumu. Gdyby to była pierwsza część cyklu, albo 100-stronicowy komiks, gdzie te wątki miałyby szansę na rozwinięcie - wtedy miałoby to jakiś sens. A tak twórcy z niezrozumiałych dla mnie powodów próbowali upchnąć wszystko w ten jeden tom. Najlepszym przykładem są ci kolesie, którzy trzeciego pchnęli nożem - wiem po co byli w tym komiksie, ale dodawanie im jakiejś z pomiędzy pośladków wyjętej historyjki jest zupełnie niepotrzebna.
     Erotyka to po prostu podkreślanie na każdym możliwym rysunku - cycków i innych intymnych części ciała. "Momenty" są faktycznie momentami i tam gdzie można było sobie pozwolić na odrobinę śmiałości są... cycki i inne intymne części ciała. Nie ma w tym wyczucia, intymności. Nie wiem czego się spodziewałam, ale nie tego.
    Największy minus, budzący we mnie niesłabnącą odrazę, która zabiła nawet urocze ilustracje to scena "gwałtu" (jak większość scen w tym komiksie - niepotrzebna). Ten temat, potraktowany w taki sposób - nie piszę dokładnie, bo nie chcę popsuć tego uczucia absolutnego niesmaku, który dopada czytelnika - jest przesadą. Grubą przesadą. Nie potrafię jakoś przyjąć tej sceny z luzem, zrozumieć, że takie przedstawienie sprawy miało pasować do humorystycznej całości. Nie i już.

     "Słodka szarlotka" wizualnie jest przepiękna. Nie są to rysunki artystyczne, ale za to bardzo wdzięczne, jak już wspomniałam w takim "disneyowskim" stylu. Warstwa erotyczna - no, może być, że momentami jest zmysłowo i może się czepiam (poza sceną z gwałtem). Fabularnie to niestety taka katastrofa, że nawet ilustracje nie ratują całości.  Za taką cenę jestem naprawdę rozczarowana... Już lepsza była "Paula".


Moja ocena: 4/10 (dawno niczego tak nisko nie oceniłam)
Autorzy: Ennio Ecuba, Vincenzo Lauria
Rysunek: Vincenzo Cucca
Tytuł: Słodka szarlotka
   
    

czwartek, 3 sierpnia 2017

Player One - Ernest Cline

      8 marca obchodzony jest Dzień Kobiet. Panowie wcześniej wymyślają co dać swoim kobietom tego dnia - czy będą to piękne kwiaty, może biżuteria. Może zrezygnują z prezentu i zabiorą je gdzieś na kolację? Jeszcze innym wystarczy komplement lub całus z "wszystkiego najlepszego".
     Dlaczego o tym piszę w lipcu na 8 miesięcy przed tą datą? Ponieważ mój mąż nie musi się martwić o Dzień Kobiet 2018. Chcę bilet. Bilet do kina na "Ready Player One". 

      Już wcześniej słyszałam o tej książce - same zachwyty. Oczywiście od razu się napaliłam i chciałam przeczytać iiiii... nikt jej nie miał. Moja biblioteka nie posiada,  w sklepach internetowych nakład wyczerpany, na allegro - jeden używany egzemplarz 139 zł. O co chodzi z ta książką?

     Na tegorocznych wakacjach jak zawsze poddałam się mojej chorobie zawodowej i poszłam zwiedzić lokalną bibliotekę. I na półkach co widzę? "Player One" Ernesta Cline'a stoi sobie i czeka na mnie. Po chwili stałam się szczęśliwym nabywcą karty bibliotecznej biblioteki w Jednorożcu i dziarskim krokiem ruszyłam do domu, żeby móc zacząć czytać.

     Wade żyje w świecie, gdzie podziały biedni-bogaci bardzo się pogłębiły. Większość ludzi ucieka w wirtualny świat OASIS, który pochłonął większość gier, portali społecznościowych i komunikatorów. Kiedy twórca OASIS umiera okazuje się, że nie ma spadkobiercy. Zostawia więc wirtualny testament i szereg zagadek - kto je rozwiąże dostanie jego fortunę. Zaczyna się mega-gra.

Nigdy wcześniej tego nie pisałam, ani nie mówiłam, ale muszę:
OMG!

       Autor wziął wszystko co najlepsze z książek, pomieszał i wyszedł mu rewelacyjny "Player One":

      1. Mamy tu młodego protagonistę, który z czystym sercem i nadzieją, ratuje świat (wirtualny).

     2. Mamy również ZŁĄ korporację, która chce przejąć wirtualny świat i zalać go reklamami i dodatkowymi opłatami. Korporację, która nie bawi się w kotka i myszkę. Pracujesz dla nas? Mamy dla Ciebie ofertę. Nie? Giniesz.

     3. Jest trochę młodzieńczej miłości i przyjaźni, takiej nieobdarowanej jeszcze goryczą złych doświadczeń.

      4. No i, oczywiście, jest EPICKA, WIELKA KOŃCOWA NAWALANKA prowadząca do (spoiler) endu.

     Jak to jest więc możliwe, że używając samych standardowych rozwiązań powstała książka tak fajna, która nie zniesmacza używaniem utartych schematów?

       Autor w rewelacyjny sposób łączy przyszłość z przeszłością: bohaterowie używają super-nowoczesnego sprzętu, wizjerów, komputerów i oprogramowania, żeby trafić do nostalgicznego świata lat 80-tych. Połączenie to wyszło zdumiewająco dobrze - akcja napędzana nowinkami technicznymi wysyła nas do świata pełnego nawiązań do przedostatniej dekady XX wieku. Nawiązań do tamtego okresu jest bardzo wiele i myślę, że większość czytelników odkryje coś co zna i lubi. A jeśli nie zna? Zupełnie nie będzie to przeszkadzało w odbiorze lektury.
    
     Już na pierwszych stronach Wade informuje nas o tym, że to on jest tym, który rozwiązał pierwszą zagadkę. Zanim to jednak stanie się w książce minie 100 stron, w którym czytelnik odkrywa świat - ten prawdziwy i wirtualny. Często jest tak, że "książka super, ale akcja zaczyna się w połowie". Tutaj jest trochę podobnie, ale te światy stworzone przez autora jest tak fascynujące, że to w ogóle nie przeszkadza. Sytuacja Wade, historia stworzyciela OASIS i wyjaśnienia reguł tego wirtualnego świata są równie ciekawe co akcja łamania zagadek Jamesa Hallidaya.

    Co baaaardzo mi się podobało, główny bohater jest do tego ratowania światów świetnie przygotowany. Nie jest przypadkowym przechodniem wciągniętym w wir wydarzeń, tylko graczem z ogromną wiedzą, którą przyswajał przez lata. Jego przetrwanie nie zależy od szczęścia (no może trochę ;) ), tylko od zdobytych informacji.

    Osobiście  nie mogę doczekać się filmu. Po pierwsze wydaje mi się, i trailer to raczej potwierdza, że będzie to bardzo efektowne widowisko. Po drugie jeśli za Taką Książkę bierze się Steven Spielberg to mamy wielką szansę, że tego nie sknoci. Po trzecie z okazji premiery filmu można liczyć na nowe wydanie książki, a to znaczy, że będę mogła kupić własny egzemplarz i czytać ją jeszcze wiele razy. Sama radość :)

    Spróbujcie przeczytać przed premierą! Polecam!


Moja ocena: 9,5/10
Autor: Ernest Cline
Tytuł: Player One

czwartek, 20 lipca 2017

Żniwiarz. Pusta noc - Paulina Hendel

     Na nowa książkę Pauliny Hendel czekałam bardzo niecierpliwie. Jej poprzednia trylogia, "Zapomniana księga" baaardzo trafiła w moje gusta i w związku z tym ustawiłam autorkę wysoko na liście lubianych pisarzy.
     W jakiś magiczny sposób doczekałam do premiery, wreszcie dorwałam się do książki iii... no właśnie, i co?

      Wujek Magdy jest żniwiarzem - postacią, której zadaniem jest uśmiercaniem potworów, o których większość ludzi sądzi, że nie istnieją. Takie tam wiecie - słowiańskie legendy - kto by w to wierzył? Dopóki, oczywiście, nie atakuje Cię bezkost... Wtedy zaczynasz wierzyć błyskawicznie i marzysz o spotkaniu z Feliksem. Oby zdążył.
     Magda lubi pomagać wujkowi - ona też widzi "martwiaków" i chciałaby z nimi walczyć, chociaż jako zwykły człowiek nie ma tyle siły. Ale jak się dziewczyna na coś uprze i wmówi sobie, że ma szanse - no cóż, sami wiecie.

     Mam z "Pustą nocą" ogromny problem. To dobra książka i naprawdę ma świetny klimat, ale, niestety, nie mój. "Strażnik" i jego kontynuacje były bardziej "w moim typie" - przygodowa postapokalipsa i z fajnym, czasem wkurzającym bohaterem. W "Żniwiarzu" klimat jest bardziej mroczny, nastawiony mniej na przygodę, a bardziej na horror przez co uciekła gdzieś ta lekkość, która lubię w książkach. Spięta Magda jest też zupełnie innym bohaterem niż porywczy Hubert.
    Paradoksalnie to właśnie sprawia, że książka jest dojrzalsza i myślę, że może lepiej trafić w gusta czytelników.

     Jeśli zaś chodzi o samo użycie mrocznych bohaterów mitologii słowiańskiej - jak zawsze ogromny plus. Widać jak wiele pracy wcześniej włożyła pani Paulina w przygotowanie się do pisania powieści z wplecioną tą tematyką .

     Jedyne co mam do zarzucenia to dosyć przewidywalne zakończenie. Wiem, że pewnie miało być "szokujące", ale nie ma się co czarować - wszyscy wiedzą do czego dąży akcja. Ten minus redukuje jednak to, że "Pusta noc" jest dopiero pierwszą częścią. Mam wrażenie, że to dopiero wstęp do tego co szykuje autorka dla czytelnika i osobiście nie mogę się doczekać.



Moja ocena: 7/10
Autor: Paulina Hendel
Tytuł: Żniwiarz. Pusta noc
Dla kogo: W sumie to każdy mógłby przeczytać.

środa, 19 lipca 2017

Na wakacje z sympatyczną rodzinką

     6 lat temu pewna książka rzuciła na mnie zaklęcie. Zaklęcie kazało kochać ją na zawsze i uwielbiać do końca życia. Czar nadal działa - nawet po tylu latach wspominam tamtą książkę i myślę o niej z sympatią. Powiem więcej - urok się rozprzestrzenił na każdą inną książkę tego autora i zachwyca mnie każda jego kolejna powieść. 
     A wszystko zaczęło się od Ciumków - zwykłej fajnej rodziny, której przygody Paweł Beręsewicz opisał w czterech książkach, a które pochłonęłam jedna po drugiej:

Tutaj jest moja recenzja, która jednak nie oddaje całego zachwytu (przypominam, że blog został przeniesiony, dlatego jest data z 2016 roku).

     Dlaczego jednak po tak długiej przerwie wracam do Ciumków? Na świecie pojawiły się moje dzieci - Mały Pędzik i Słoneczny Filozof. Poczekałam trochę, aż podrosną i postanowiłam przekazać im to straszne brzemię uwielbiania książek Pana Beręsewicza. Ponieważ są wakacje chwyciłam "Wielką Wyprawę" i zaczęłam im czytać codziennie przed zaśnięciem kilka kartek. I o ile Słoneczny jest za mały, żeby zrozumieć o co w Ciumkach chodzi, to Pędzik się wciągnął. Rykoszetem dostał Pan Tata, który pomagając przy usypianiu również musiał słuchać i też złapał ciumko-chorobę.

       O co w tej Wielkiej Wyprawie chodzi? Otóż tata Ciumko zamarzył o Prowansji. Zamarzył, ale nie tak zwyczajnie w hotelach w pakiecie z lenistwem, tylko na rowerach. Codziennie w drodze, codziennie gdzie indziej. 

      W "Wielkiej Wyprawie Ciumków" po raz kolejny wychodzi niezwykła umiejętność autora opisywania zwykłych rzeczy w ciekawy sposób. Przecież wyjazd rodzinny, choćby w najpiękniejsze miejsca, nie może być przecież zajmujący dla czytelnika. Błąd! Paweł Beręsewicz tak cudownie nam to przedstawia, że nieraz można wybuchnąć śmiechem (scena z kaskami na lotnisku), zazdrościć (ta Prowansja!), wstrzymywać oddech (zjazdy) i zastanawiać się (no to była złamana?). Ciumkowie też nie zawodzą - Grzesiek kupuje bagietki, Kasia tworzy Ameryki, mama jak zawsze daje radę, a tata Ciumko... to tata Ciumko ;) 
      
     Jeżeli jeszcze nie czytaliście to polecam - w przypadku książek o sympatycznej rodzinie nie jest ważny wiek czytającego. "Wielka Wyprawa" to przede wszystkim literatura rodzinna - zwykłe historie podane w przyjazny sposób. Idealna lektura na wakacje, ale uwaga! Kiedy tylko skończymy czytać w naszym umyśle powstaje specjalne miejsce o nazwie "gdzie-by-tu-pojechać". Właściwie od kiedy "ciumkorączka" opanowała moją rodzinę wymyślamy z Panem Tatą gdzie my pojedziemy i na ile dni. I nie ważne, że taka wyprawa w naszym wypadku możliwa jest dopiero za kilka lat - sprawdziłam już nawet ceny namiotów :))

Moja ocena: 10/10
Tytuł: Wielka Wyprawa Ciumków
Autor: Paweł Beręsewicz
Dla kogo: Dla czytelników od lat 5 do 155
   
      

środa, 31 maja 2017

Łopatą w rodzica

       Nie będę was okłamywać - najpierw była okładka. Urzekł mnie ten wielki niedźwiedź, domek i niebanalna kreska. Bajkowo, ale nie plastikowo. Potem zaintrygował mnie opis - krótki, ale obiecujący wiele. Pozwolę sobie go tu wkleić:

     "Przepiękna, mądra opowieść o sile dziecięcej wyobraźni, mocy braterskiej więzi i potędze rodzicielskiej wiary w dziecko. Książka nagrodzona w konkursie Wielokropek 2016."

       Duszan to kilkuletni chłopiec, który wraz z bratem musi zostać na wakacjach u babci. Babcia mieszka na skraju lasu, leczy sąsiadów ziołami i jest bardzo tajemnicza. Dom ekscentrycznej staruszki i okolica to zupełnie coś innego, świat, którego "miastowi" chłopcy właściwie nie znają. Na początku się boją, potem swoboda oraz możliwości nowych zabaw i przygód sprawiają, że chłopcy zakochują się w tym magicznym miejscu.

    "Duszan" jest mało subtelnym, łopatologicznym wytłumaczeniem rodzicom z miasta, co robią źle. A może dokładniej co złego robi cyfrowa cywilizacja, która zatrzymuje dzieci przy ekranach (telewizorów, komputerów, tabletów itp.), a nam każe wierzyć w reklamy, które tłumaczą, że dzieci nie powinny dotykać dozownika do mydła, bo tam są bakterie i dobrze jest kupić taki "bezdotykowy" oraz w ogóle, że jak dziecko dotknie kurzu, albo co gorsza błota to nastąpi koniec świata.

     Nie, nie przesadzam - cała książka wypełniona jest takimi "zdaniami-kluczami":

"Pościągajcie te czyściutkie ubranka, bo przyjechaliście do lasu"
"Podrapaliśmy sobie nogi, przedzierając się przez krzaki"
"Pierwszy raz w życiu położyliśmy się spać bez mycia, brudni, rozczochrani i trochę głodni"

    Aż mnie dziwiło, że każde z takich zdań nie kończyło się podsumowaniem "i, patrzcie, dzieci to przeżyły!"

    Trochę mnie to mierzwiło w tej powieści - czułam się wytykana palcem, ganiona niczym zły uczeń przez srogiego nauczyciela. Co nie znaczy, że się nie zgadzam. Wyznaję zasadę, że dziecko brudne to szczęśliwe dziecko, ale przysięgam, że miałam ochotę powiedzieć autorce - "nie wtrącaj się w nie swoje sprawy, bo każdy ma swój sposób wychowywania swojego dziecka". Powieść Antoniny Todorovic w zamyśle chyba miała być "dobrą poradą", ale zabrakło właśnie tej subtelności. Dzieci na każdej stronie budowały domek, tajną bazę, jeździły na ośle, uczyły się języka natury, odbywały bitwy na grudki gliny. Dobry Pan Śmiejko tłumaczy, że "nie ma dobrych i złych prac, jeśli tylko są wytworem naszej wyobraźni". Taka oda do "bezkomputerowego dzieciństwa" kiedy zdzierało się kolana, przyjaciół poznawało na trzepaku, nie było klucza odpowiedzi na egzaminach, a ludzkość nie była świadoma obecności glutenu ;)

    Książkę, wbrew temu co może się wydawać, polecam. Jest przygoda, jest magia, jest dzieciństwo, jest wiara we własne umiejętności i, wreszcie, jest sztama między rodzeństwem - wspieranie się i rozumienie. A że to wszystko podane łopatologiczne? Nie ma co się bawić z dziećmi w aluzje i nie ma co się bawić w aluzje z rodzicami, skoro ostatnio mam wrażenie, że dla niektórych zdarte kolano jest większym nieszczęściem niż fakt, że ich pociecha spędziła ostatnie kilka godzin oglądając bajki i grając na tablecie.

     Warto wspomnieć o ilustracjach do tej książki. Wszystkie narysowane są tym samym stylem. Naprawdę piękne i ciekawe, wpadające w oko. Znakomicie oddają  przygodowo-magiczny klimat.

     Zastanawia mnie jak przyjmie "Duszana" mały czytelnik. Przetestuję na swoich i dam znać (Mały Pędzik i Słoneczny Filozof są jeszcze trochę za mali i nie zrozumieją tej powieści)

Moja ocena: 7,5/10
Tytuł: Duszan
Autor: Antonina Todorovic
Dla kogo: Dla czytelników od lat 4 i dla rodziców bojących się kurzu, którzy zapomnieli o tym jakie fajne było budowanie szałasów.
   

piątek, 26 maja 2017

Skąd się biorą zabawki?

    Kiedy byłam małą dziewczynką nie lubiłam lalek. Moimi zabawkami były maskotki, a najukochańszy był niebieski, pluszowy delfin. Dużo rozmawialiśmy, razem się bawiliśmy, nie było możliwości zaśnięcia bez Delfina.

      Jak każde dziecko, wyrosłam z mojego pluszaka. Wyrósł również Kaj, bohater komiksu "I tak nie uwierzysz!". Wypowiada magiczne słowa - "jestem już dużym chłopcem" i wyrzuca maskotkę z łóżka. W związku z tym Kubatu musi wracać do domu. Ale... gdzie właściwie mieszkają maskotki? Poza tym nasz bohater wcale nie jest zadowolony z tego co zrobił i postanawia odzyskać swojego przyjaciela. Chłopiec i papuga ruszają w podróż, do Twórcy Zabawek, a będzie to wyprawa niezwykła, pełna niespodzianek, a czasem nawet niebezpieczeństw.

     Komiks "Kubatu" jest kwintesencją dzieciństwa: pragnienia przygód, wiary, że zabawki żyją, chęci odkrywania nowych krain. Tego wszystkiego co czuło się oglądając "Goonies" lub "Hooka" i myślało "Wow, ja też tak chcę!". Kaj i Kubatu przechodzą przez ciemny tunel, docierają do nieznanej krainy, spotykają czarodzieja. Mają też do odkrycia tajemnicę, muszą pokonać Maskota Burego i podać... przepis na szarlotkę?

         Moje serce zdobyli jednak bohaterowie - odważny Kaj, który chce odzyskać przyjaciela i nie boi się ruszyć dla niego w podróż, Kubatu - wierny i oddany papug, Czarodziej-Inżynier - uroczy dziwak z szalonymi pomysłami. No i mama - może nie pojawia się w komiksie za często, ale jak się już pojawi to ho, ho! - uratuje sytuacje (jak to mama ;) ).

       Komiks Jakuba Sytego i Przemysława Surmy  można zaliczyć do "literatury rodzinnej". Jest wprost stworzony do tego, żeby czytać go wspólnie z dzieckiem. Dla dorosłego czytelnika będzie to lektura bardzo sentymentalna, która odkurzy poukrywane gdzieś w zakamarkach pamięci wspomnienia o ukochanych zabawkach i dziecięcych marzeniach. Dla małego człowieka "Kubatu" będzie przelaniem na papier własnej wyobraźni - bo czy nie jest tak, że każdy maluch tuląc swojego pluszowego przyjaciela marzy, żeby ożył? I śni o wspaniałych przygodach?


     Rysunki urzekają prostotą, ale kiedy uważnie się przyjrzymy to zobaczymy, że wcale proste nie są. Bardzo podoba mi się sposób kolorowania - zwłaszcza tych elementów, z którymi wiąże się jakaś tajemnica (np. przejście przez tunel). W opisie rysownika - "Surpiko" - jest napisana informacja, że "najbardziej ze wszystkiego lubi bycie tatą". Nie wiem czy sobie tego nie wymyślam, ale mam wrażenie, że ilustracje to odzwierciedlają - są dla dzieci, ale rysownik chciał czegoś więcej niż tylko prostych kolorów. Chciał barw, pasji i radości. I udało mu się.


     "Kubatu" uświadomił mi jeszcze jedną rzecz - bardzo żałuję, że Delfin został wyrzucony przez "dorosłą" dziewczynkę, którą byłam. Żałuję, że w momencie kiedy stałam się "za duża na zabawki" nie schowałam go do jakiegoś kufra. Mogłabym teraz - po lekturze "I tak nie uwierzysz!" wyjąć go i podziękować mu za opiekę. Należałoby mu się.



Moja ocena: 8/10
Seria: Kubatu
Tytuł: I tak nie uwierzysz!
Autorzy: Jakub Syty, Przemysław Surma
Dla kogo: Dla dzieci, dla rodziców, dla wspólnego czytania
    

środa, 17 maja 2017

Jak skompletować biblioteczkę dla dziecka

     Przed nami Dzień Dziecka - jedno z ulubionych świąt dzieci i producentów zabawek ;) To straszny czas dla rodzica - wejście z dzieckiem do sklepu, gdzie ilość proponowanych produktów dla dzieci zwiększyła się o jakieś 500%, to absolutny koszmar ("Mamooo!!! Kuuup mi!!!). Na samą myśl o Małym Pędziku w sklepie dostaję dreszczy...
    Powiem to od razu - książka jest zawsze dobrym prezentem, ale jestem realistką - nasi milusińscy czekają na nową lalkę, samochodzik, kucyka - przynajmniej większość z nich. Niech więc słowo pisane będzie chociaż dodatkiem do upominku.

    Zadaniem dorosłych jest (a przynajmniej powinno być) nauczenie dziecka miłości do książek. O tym co powinniśmy robić pisałam w osobnym wpisie:


     Jako poradę nr 6 wpisałam "Zorganizuj dziecku własną półkę z książkami". Zawsze uważałam, że fajnie mieć własną biblioteczkę (zresztą, który miłośnik czytania nie chce mieć własnej?). Dobrze dobrana dziecięca biblioteczka może być naprawdę powodem do dumy i zachęcać naszego potomka do czytania. Co to jednak znaczy "dobrze dobrana biblioteczka"?

    Jasne - możemy wejść do księgarni, kupić kilka najładniejszych książek i tych "polecanych". Dobre i to. Jednak to co będzie stało na półce musi kusić małego czytelnika i, w jakiś sposób, musi kusić nas. Od kiedy dowiedziałam się, że na świecie ma pojawić się Pędzik robiłam sobie listę pozycji, która powinna być w jego pokoju. Część tej listy udało mi się zrealizować, niektóre pozycje uległy zmianie, ale ZAWSZE na każdą okazję (czasem bez okazji) staram się dokupić coś na półkę chłopców (tak, Słoneczny Filozof też już czyta - znaczy ja mu czytam, ale wiecie o co chodzi).

      To jest właśnie półka z książkami moich synów i na jej podstawie opiszę wam jak dobrać książki dla waszych pociech:



1. Z telewizora.
    Nie odkryję Ameryki stwierdzeniem, że jeśli dziecko lubi coś oglądać to może chętnie też przeczyta. Zwłaszcza, że cieniutkie książki na podstawie seriali animowanych można teraz kupić za parę złotych w kioskach. Na półce stoi "Scooby-doo" i "Przygody Tomka", ale mamy też w domu pozycje ze "Stacyjkowa" i "Psiego patrolu". W planach mam kupno opowiadań z filmu "Auta". Po prostu to co chłopaki oglądają.

2. Co zachwyca dorosłego?
    Ciężko jest nie przewrócić oczami jak dziecko chce po raz setny przeczytać opowiadanie o tym jak Tomek wiózł żyrafę do ZOO. Dlatego czasem próbuję przemycić do czytania książkę, która w jakiś sposób podoba się mnie. Raz, że zawsze to jakaś odmiana, a dwa, że szczerego zachwytu nie da się udawać. Na półce stoją "Niezwykłe przygody latającej myszy", której ilustracje mnie absolutnie "rozwalają", zresztą treść też jest niesamowita. 
    Warto poszukać czegoś wartościowego, może właśnie z wyjątkowymi ilustracjami. "Przygody latającej myszy" są przepiękne, ale łatwo jest zaleźć jakąś inną wyróżniającą się książkę. Polecam np. "Lenkę", "Mysi domek", a z nowości, niedawno wydanego "Duszana".

3. Co interesuje dziecko?
    Podobnie jak z oglądanymi bajkami - warto poszukać książek o tym co lubi nasz potomek. Można też w drugą stronę - za pomocą pięknych opracowań dla najmłodszych możemy podzielić się z dzieckiem naszą pasją. Mały Pędzik uwielbia samochody i pociągi, więc na półce mamy "Co robią auta" z serii "Opowiem ci, mamo" oraz "Pociągi. Książka z okienkami". Są to chyba najczęściej oglądane i czytane przez Pędzika książki. Słoneczny Filozof na razie jest na etapie pozycji o nauce kształtów i kolorów i takimi książkami się zajada.

4. Coś innego...
     Herve Tullet sprawił, że książka jest wydarzeniem. Dzięki niemu czytanie z dzieckiem jest formą zabawnej współpracy. Na półce stoi tylko "Naciśnij mnie", ale planuję kupić więcej tego typu książek. Nie tylko tego autora, bo Tullet zapoczątkował coś wspaniałego. Na pewno w biblioteczce prędzej czy później pojawi się "W kieszonce" Iwony Chmielewskiej.
     W tym punkcie warto też wspomnieć o książkach obrazkowo-edukacyjnych jak te pisane przez Mizielińskich. Świetna jest seria "Mamoko", a w tym roku na Dzień Dziecka moi chłopcy dostaną ich "Mapy".

5. Coś wyjątkowego.
     Parę lat temu historia Kazimierza Nowaka skradła moje serce. "Afryka Kazika" była już kupiona dla moich dzieci, jeszcze zanim byli w planach :)
    Wszystkie książki Łukasza Wierzbickiego stworzone na podstawie prawdziwych historii są powieściami tak wyjątkowymi, że zasługują na osobny punkt. Dodatkowo, jak dziecko będzie już trochę starsze możemy mu pokazać materiały dotyczące opisanych wydarzeń.

6. Literatura rodzinna.
      Właściwie nie istnieje taki dział jak "Literatura rodzinna", ale jest naprawdę coraz więcej książek, które są tak napisane i opowiadają takie historie, że czytanie ich będzie przyjemnością i dla rodziców i dla dzieci. Przykłady to nieśmiertelne "Dzieci z Bullerbyn", moi ukochani "Ciumkowie", przezabawny "Mikołajek" czy wspomniane w punkcie 5 książki Łukasza Wierzbickiego. Dla starszych - "Dynastia Miziołków".

7. Klasyk.
    Nowe lub stare, jak kto woli, wydanie wierszy Tuwima, Brzechwy czy innych polskich autorów powinny być w biblioteczce. Ponadczasowe, rytmiczne i zabawne. I tak się przydadzą, bo w podstawówce są lekturą. 
     My dodatkowo posiadamy nowe zbiorowe wydanie książeczek "Poczytaj mi, mamo", które z sentymentem wspominam z dzieciństwa.

8. Krótko, ślicznie, kolorowo.
     Nie zawsze musi być ambitnie i wyjątkowo. Warto mieć w domu książeczki, które możemy uznać za po prostu fajne lub urocze. Trafiłam kiedyś w "Biedronce" na książki z serii "Poczytajmy razem" z Zielonej sowy i tak mi się spodobały, że mamy wszystkie tytuły z tej serii. Najważniejsze - chłopcy też je lubią.

9. Nie tylko bajeczki.
     Nela, mała reporterka i jej książki. W bibliotece nie stoją, bo są ciągle wypożyczane. My mamy swoje własne. Na razie jeszcze za wcześnie dla chłopaków - czasami pooglądamy zdjęcia, poczytam ciekawostki, ale szału nie ma. Myślę, że nadejdzie jeszcze jej czas. Oprócz Neli, mamy też książkę Szymona, a podejrzewam, że "Dzieciaki świata" oraz "Zwierzaki świata" Martyny Wojciechowskiej też kiedyś u nas zagoszczą.

10. Na przyszłość.
     Książki, które z jakiegoś powodu wydały mi się wyjątkowe, ale chłopcy są jeszcze za mali, żeby je czytać. Nie chciałabym, żeby mi umknęły + liczę na magiczne, zachęcające "przeczytasz jak będziesz starszy". U nas na półce - "Pax", "Jedyny i niepowtarzalny Ivan" oraz "Noah ucieka"

11. Lokalny pisarz.
     Taka ciekawska - jeżeli w naszym lub sąsiednim mieście tworzy jakiś ciekawy pisarz dziecięcy warto wyposażyć się w jego książki. Pisarze jeżdżą na spotkania autorskie i myślę, że prędzej czy później będzie gościł w przedszkolu lub szkole naszej pociechy. Spotkanie autora powieści, którą mamy w domu może być fajnym przeżyciem dla naszego malucha.
     U nas na półce jeszcze nie ma, ale to dlatego, że "nasz pisarz" pisze raczej książki na poziomie podstawówki. mamy czas :)

12. A może komiks?
    Jeśli walczę o większą popularność komiksu to muszę zacząć od siebie. Chłopaki mają "Giganty", a na dzień dziecka dostaną "Kubatu" Jakuba Sytego - recenzja tu :) "Kaczor Donald" jeszcze do nich nie trafia, liczę na to, że album z rysunkami Przemysława Surmy będzie dla nich odpowiedniejszy.

      Na półce jest jeszcze kilka książek, ale chciałam napisać o tych najbardziej przemyślanych zakupach. Poza tym w domu jest dużo książek, do których dzieciaki mają normalny dostęp - bajeczki z twardymi kartkami, wspomniane "Giganty", gazetki, książki używane kupione za grosze. Takie, których mi nie będzie żal jeśli się zniszczą. Na szczęście niszczą się już coraz rzadziej.

     Trochę się rozpisałam, ale mam nadzieję, że komuś przyda się mój tekst. W razie pytań - piszcie w komentarzach.