czwartek, 30 marca 2017

Kilka porad co zrobić, żeby nasze dziecko czytało

Nie od dziś wiadomo, że czytelnictwo w Polsce spada. Nie czytają dorośli, a co za tym idzie nie czytają dzieci. 

Nieczytające dzieci to nieszczęście, któremu trzeba przeciwdziałać. I to z całą mocą. Tragedia narodowa, katastrofa i wszystkie plagi egipskie. I nie, to nie jest sarkazm. Dorośli są dorośli i jeżeli nie chcą czytać to ich sprawa. Mogą się nawet tłumaczyć, że już się w życiu naczytali (sru-tu-tu-tu) lub podawać inne powody, dla których nie lubią zagłębiać się w lekturze, ale nie mam zamiaru biegać za podobno inteligentną istotą i wciskać jej w ręce powieści.

Z dziećmi i młodzieżą to inna sprawa. Napisano już wiele artykułów o pozytywnych skutkach czytania książek (link - punkt 8 oczywiście nie dla dzieci) i negatywnych też (link - zawsze się na tym śmieję), dlatego nie będę się tutaj zagłębiać w ten temat. Dzisiaj postanowię napisać o tym co my, dorośli możemy zrobić, żeby zachęcić nasze dzieci do czytania.

Słyszałam lub czytałam mnóstwo porad jak to zrobić. 

W tym roku minęło 10 lat mojej pracy w bibliotece, najczęściej z Wypożyczalni dla Dzieci i Młodzieży. 
10 lat obserwowania młodych czytelników i rozmów z nimi. 
10 lat prowadzenia lekcji, warsztatów i bibliotecznych zabaw. 
10 lat "profesjonalnego" zajmowania się literaturą dziecięcą i młodzieżową. 
No i dlatego myślę, że mając za sobą te lata praktyki wolno mi wypowiedzieć się na taki temat.

1. Czytać samemu

Tata rozłożony na kanapie z książką w nosie lub mama relaksująca się w fotelu z herbatą i lekturą działają jak najlepsza reklama. Dziecko nas obserwuje i widzi, że chwila z dobrą powieścią to sama przyjemność.

Nie raz musiałam gryźć się w język, kiedy przychodziła dorosła kobieta i skarżyła się, że jej dziecko nie czyta i prosi o polecenie czegoś ciekawego.
- A co Pani ostatnio czytała? - pytam
- Och, wie pani ja nie mam czasu, tyle rzeczy na głowie...

Z mojej własnej obserwacji wynika, że większość moich stałych czytelników przychodziło do biblioteki we dwójkę - rodzic do dorosłych, a dziecko na dziecięcą.

2. Kupować książki na prezent

Zawsze, na każdą uroczystość należy kupić książkę w prezencie. Dla dziecka będzie to skojarzenie, że książka to coś przyjemnego i ważnego, coś na co się czeka - prezent. Książki są drogie albo kupiliście już jakąś wypaśną zabawkę? Nie denerwujcie mnie zgranym i dawno obalonym "książki są drogie"! Są promocje, allegro, olx, kiermasze i antykwariaty. Dziecko się na was nie obrazi, że kupiliście używaną książkę. Poza tym wiele osób sprzedaje tanio książki przeczytane raz lub nietrafione prezenty, więc czasami nawet nie widać, że egzemplarz był już używany.

3. Brać przykład z innych


Z tego co wszędzie słychać i o czym informują nas media, Polska jest na samym dole tabelek ze statystykami czytelnictwa. Co w takim razie dzieje się w innych krajach, że czytelnictwo kwitnie, a pisarze żyją z pisania (u nas mogłaby żyć z pisania garstka najpopularniejszych autorów - cała reszta ma normalne prace)? Poszukajmy, podowiadujmy się! Niektóre rozwiązania można wprowadzić we własnym domu, inne zaproponować w klasie lub szkole. 
Sama jak tylko Mały Pędzik i Słoneczny Filozof pójdą do szkoły mam zamiar namówić ich nauczycielki na "rzuć wszystko i czytaj". Polega to na tym, że uczniowie mają ze sobą książki. Co pewien czas ze szkolnych głośników rozlega się sygnał, a wówczas wszyscy odkładają pióra, wyłączają komputery, przestają mnożyć i oddają się na 10 minut lekturze. Taką akcję znam z bloga polki, która mieszka w Katarze i jej dzieci miały tam taką zabawę. Blog już nie działa, ale jakby ktoś chciał poczytać to proszę link - tu o czytaniu, link - tu blog

4. Czytać od najmłodszych lat

O tym punkcie chyba nie muszę się rozpisywać. Akcja Cała Polska Czyta Dzieciom robi to za mnie od lat. 
Dlaczego warto czytać dziecku? - wypisane w punktach.

5. Nie wciskać swoich ulubionych książek

Rodzice, aby zachęcić dziecko do czytania często polecają pociechom swoje ulubione książki z dzieciństwa. W 90% przypadków to błąd. Dlaczego? 
Załóżmy, że od dzieciństwa rodzica minęło około 20 lat. Zmienił się styl pisania, sposób wydawania książki, pojawiły się technologie, których wcześniej nie było, porusza się inne tematy. Owszem są powieści, które nigdy nie odejdą w zapomnienie, jak "Dzieci z Bullerbyn" czy "Ania z Zielonego Wzgórza", ale niestety wiele książek powoli zostaje na bibliotecznych półkach. Z ogromnym smutkiem obserwuję, że niegdyś wyrywana sobie "Ala Makota" stoi zapomniana, coraz ciężej przekonać mi dziewczyny do pierwszych tomów "Jeżycjady". W przypadku książek dla najmłodszych jest trochę lepiej, ale i tam widać zmiany gusta czytelników

6. Zorganizować dziecku jego własną półkę z książkami

W skrócie - własna półeczka to również powód do dumy, zwłaszcza jeśli rodzic wypełni ją odpowiednimi pozycjami. Kiedy ją zorganizować i jak dobrać książki - o tym będzie osoby artykuł i to niedługo.

7. Nie naciskać na czytanie, lektur też.

Na warsztatach zorganizowanych przez CPCD, w których brałam udział, pani psycholog tłumaczyła, że nawet czytać dziecku należy wtedy kiedy ono samo chce, a nie zmuszać do słuchania. 
Wiadomo - im bardziej naciskamy, tym bardziej dziecko uparte i nie chce.
Co do samych lektur wszyscy wiemy - kanon prawie nie zmieniony od lat, na wspomnienie niektórych "dzieł" budzimy się z krzykiem w nocy. Coraz więcej uczniów czyta streszczenia - nawet ci dobrzy uczniowie. Nie te tematy, nie ten styl i bardzo często - nie ten czas. Czytania Literatury (celowo z dużej litery) trzeba się nauczyć. Zanim pobiegniemy w wyścigu musimy wstać, nauczyć się chodzić, potem biegać w ogóle i dopiero możemy się ścigać. Mówi się, że każdy Polak powinien przeczytać "Pana Tadeusza" i sienkiewiczowską trylogię. No jasne, ale niech to będzie dorosły Polak świadomy swojego wyboru i świadomy tego co czyta. Nie męczmy nastolatka, którego największym czytelniczym osiągnięciem jest czytanie internetowych wiadomości sportowych, "Krzyżakami"! A potem wielkie dziwo, że nastolatek nie wie, że czytanie to frajda.

8. Komiks to nie głupota!

Pomijany, niedoceniany, czasem w artykułach o czytaniu wskazywany jako "mniejsze zło", bo więcej obrazków niż tekstów.
Boleśnie lekceważony, krytykowany za infantylność, potrafi być lepszy niż niejedna książka.
To też się nadaje na osoby artykuł - komiks, w dzisiejszych czasach jest trwałym elementem kultury. Czasem to świetne historie, masowo ekranizowane jak uniwersa Marvela i DC, czasem dzieła sztuki jak seria Azymut, a czasem, tak jak tzw. "czytadła", rewelacyjny sposób na relaks. 

Ile w samym "Kaczorze Donaldzie" odniesień do literatury! Mnóstwo historii zostało opartych na klasykach - "Cierpienia młodego kaczora", "Zakochany złośnik" i wiele innych. Pojawiają się ciekawe postacie - artyści, bohaterowie, sportowcy, których znamy z realnego świata.

9. Poszukajcie książek, które spodobają się i Dziecku i Tobie

Kiedy z westchnieniem bierzemy do ręki książkę, przewracamy oczami i  mówimy zrezygnowanym głosem "Dobrze, poczytam Ci o konikach" to dajemy raczej negatywny obraz czytania. Czasem trzeba zacisnąć zęby i przeczytać córce książeczkę o kucykach. I to z entuzjazmem! Albo poszukać powieści, które spodobają się wam wszystkim.
Nie istnieje (jeszcze!) w Polsce coś takiego jak literatura rodzinna. Znaczy istnieje, ale nie jest traktowana jako osoby dział. Rozmawiałam o niej z autorem książek dla dzieci i młodzieży, panem Pawłem Beręsewiczem, który stara się tworzyć taką właśnie literaturę (i mu się udaje :) )
Najprościej rzecz ujmując - chodzi po prostu o książki, których czytanie sprawi przyjemność i małym czytelnikom i dużym. Coś jak film "Shrek" - niby bajka, a to dorośli najwięcej się śmiali (że nie wspomnę o scenach, które dla dziecka w ogóle nie były odpowiednie)
Takich książek jest coraz więcej - Mikołajek, Ciumkowie i inne powieści Pawła Beręsewicz, książki Łukasza Wierzbickiego. Trzeba szukać.
 

10. Przyjdźcie do biblioteki.

Z chodzenia do biblioteki można zrobić wspólny rytuał. Może być to naprawdę miła wycieczka. Biblioteki mają coraz większą ofertę nie tylko książkową, ale też lekcje, zabawy, zajęcia.
No i nawiązując do punktu 5, kto jeśli nie bibliotekarka poleci ciekawą, współczesną i "na topie" książkę dla Twojej pociechy?

11. Dostosuj temat do swojego dziecka

Znowu nawiązanie do punktu 5. Choćbyś był nie wiem jakim fanem Harrego Pottera i jaka by nie była świetna Ania Shirley to nie dawaj ich dziecku, jeżeli najbardziej na świecie lubi zwierzątka lub pojazdy. Poszukaj ciekawych książek o tym co lubi dziecko - podpowie Ci bibliotekarka lub internet.

12. Pogódźcie się z tym, że wasze dziecko po prostu czytać nie lubi...

Mam nadzieję, że w tym punkcie się mylę. Niestety osobiście znam rodzinę, gdzie pasjonaci książek mają trójkę dzieci. Najmłodsze i najstarsze kocha czytanie, za to średniego nie namówisz żadną siłą. Nie lubi i już...


poniedziałek, 20 marca 2017

Mój pierwszy raz z Musso

    Wracam do życia blogowego - mam nadzieję, że szpitale, choróbska i inne paskudztwa już za mną i moją rodziną. Nareszcie czytam i mam chwilkę, żeby pomyśleć o tym, że czytam. Wierzcie mi - naprawdę czasem trudniej jest znaleźć czas na myślenie niż czytanie.

    Jednak ten czas nadal mam mocno ograniczony i w związku z tym postanowiłam, że wrócę do literackiego świata czymś co uchodzi za lekkie i sprawdzone. Mój wybór padł na książki Guillaume Musso, w którym wiele moich koleżanek zaczytuje się z przyjemnością.

    W domu mam kilka jego książek - kupionych na wyprzedażach, nabytych na wymianach książkowych. Przyznaję, że nie zastanawiałam się, którą pozycję mam wybrać - wzięłam "Kim byłbym bez ciebie?", bo była pierwsza z brzegu.
 
    "Kim byłbym bez Ciebie" opowiada o miłości Martina i Gabrielle. Zakochują się w sobie jako dwudziestolatkowie, ale los ich rozdziela. Martin próbuje jeszcze walczyć, ale przegrywa. Mijają lata, a mężczyzna nadal żyje wspomnieniem miłości swojego życia. Wiedzie samotne życie policjanta, a jego celem jest złapanie nieuchwytnego przestępcy - złodzieja obrazów. Archibald skradł wiele dzieł sztuki - czym zakończy się jego pojedynek z młodym policjantem?

      Wrażenie? Jestem jednocześnie zadowolona, zaintrygowana i rozczarowana.

    Zadowolona, bo książka  faktycznie była tym czego oczekiwałam - uroczym, napisanym przyzwoicie romansem, który przeczytałam błyskawicznie. Nie musiałam się skupiać, wysilać, myśleć, bo lektura po prostu płynęła przed moimi oczami. 

    Zaintrygowana, ponieważ autor nie bał się przełamać granicy fantastyki, dzięki czemu wyłamał się typowemu romansidłu. Miałam okazję zobaczyć jego wyobrażenie "życia w śpiączce" i wyłamanie się barierom logiki. To miła odmiana, ponieważ zwykle autorzy wyciskaczy łez unikają czegoś takiego jak ognia. Nawet jeśli czasem ich książki "łamią bariery logiki" to robią to w inny, niezbyt pozytywny sposób ;)  - mówię oczywiście o momentach kiedy bohaterowie robią coś wbrew zdrowemu rozsądkowi i zachowują się idiotycznie, a dzieje się tak tylko dlatego, że autor nie wiedział jak popchnąć historię do przodu.

    Niestety, żeby nie było zbyt miło i cukierkowo mam również kilka dosyć poważnych zarzutów. Przede wszystkim autor niestety nie unika owych idiotycznych zachowań. Motorem całej historii jest rozdzielenie kochanków, ale kiedy Martin podejmuje desperacką próbę zachowania ich miłości i leci do Nowego Jorku, Gabrielle nie przyjeżdża. Czemu akurat tam, skoro poznali się w San Francisco i tam mieszkała dziewczyna?  I czemu nie powiedziała Martinowi, dlaczego nie przybyła na spotkanie? Nie była to tajemnica, której nie można by było powiedzieć ukochanemu. 
    Takich  "sztucznych napędzaczy akcji" jest jeszcze kilka, ale można powiedzieć, że to się zdarza. Nie rozumiem jednak, dlaczego autor wprowadził wątki Swietłany i dziewczynki z ośrodka wychowawczego? Oba są bardzo ciekawe, ale potraktowane tak pobieżnie, że aż przykro. Takie "Wow, Martin jest taki super ekstra, ma złote serce, patrzcie" i poza tym nic.
     Najgorsze jednak jest zbyt płytkie potraktowanie postaci Archiego. Wiem, że "Kim byłbym bez Ciebie" nie miała być powieścią sensacyjną, ale parę szczegółów dotyczących jego włamań mogłoby być interesujące.
     Najdziwniejsze było jednak zakończenie, które sprawiało wrażenie jakby autorowi znudziło się pisanie i chciał je zakończyć jak najszybciej.

    Minusem jest niestety również nasze polskie wydanie. Opis książki z tyłu okładki zawiera błąd i to w imieniu głównej bohaterki. Czcionka jest ogromna, jak w wypracowaniu ucznia, który miał oddać 5 stron, a napisał tylko 3 (chociaż to, dla niektórych pewnie będzie akurat plus).

     Kiedy w bibliotece pojawia się jakaś nowa książka Musso natychmiast robi się kolejka czytających - rozumiem teraz dlaczego tak się dzieje, ale ja do tych kolejek nie dołączę. Dam autorowi jeszcze jedną szansę i przeczytam inną jego powieść, ale tym razem postaram się dobrze przemyśleć którą. 

Moja ocena: 5/10
Tytuł: Kim byłbym bez Ciebie?
Autor: Guillaume Musso
Dla kogo: Nie wiem

wtorek, 14 lutego 2017

1 by wszystkimi rządzić, a 11 by zostać legendą ;)

    Kiedy ktoś interesuje się koszykówką, a zwłaszcza NBA to są pewne nazwiska, które musiał słyszeć. Jordan, Bryant, Rodman, O'Neal, Malone, Barkley, Chamberlain i wiele innych. Kiedyś muszę siąść i z ciekawości zacząć spisywać - ile byłabym w stanie wypisać z pamięci nazwisk koszykarzy z amerykańskiej ligi. Oczywiście znakomita większość to byliby gracze z lat 90-tych, ale, nie chwaląc się, myślę, że lista byłaby długa. Mam po prostu ogromny sentyment do czasów kiedy na parkietach królowało Chicago Bulls, Michael Jordan był bogiem, a najnowszy numer Magic Basketball przechodził z rąk do rąk.
    W domu mieliśmy film dokumentalny o Harlem Globetrotters, który oglądaliśmy z bratem tak często, że "Sweet Georgia Brown" (hymn drużyny) była chyba najczęściej nuconym (gwizdać nie umiałam) przeze mnie utworem.
     
     Wiem, że kluczę wokół tematu, ale zaraz przyznam się dlaczego. Wśród całej plejady gwiazd, nazwisk, które zapamiętam do końca życia było też jedno dosyć szczególne - Phil Jackson, trener-geniusz. Jego biografia, kiedy tylko się pojawiła, wskoczyła na szczyt mojej osobistej listy "do przeczytania". Wreszcie ją dorwałam i no... mam problem.

    Phil Jackson jest uważany za jednego z najlepszych trenerów w historii NBA. Historia jego kariery jest bardzo rozległa - zaczyna się pod koniec lat 60-tych i nadal trwa. Materiału na biografię zebrało się sporo. 

    "11 pierścieni" tradycyjnie rozpoczyna się dzieciństwem i młodością, ale jest to niesamowicie krótkie - takie "dzień dobry, czytelniku, muszę o tym powiedzieć, bo wypada, ale już kończę". I właściwie bardzo dobrze, bo w przypadku takiej postaci nie bardzo chce mi się czytać o jego kłótniach z rodzeństwem itp. Potem następują opowieści o początkach kariery Phila, o latach kiedy sam był koszykarzem i przyznam się wam - dla mnie to była droga przez mękę, dwa razy byłam bliska odłożyć tę pozycję na zawsze.
     Dlaczego?
   Przytłoczyła mnie ilość nazwisk, o których wspomniał autor - koledzy z drużyny, działacze, trenerzy, przeciwnicy, ludzie, którzy byli jakąś inspiracją. Jeżeli ktoś nie interesował się koszykówką lat 70-tych (czyli na przykład ja) to byli to anonimowi ludzie, których mnogość tylko mieszała w głowie. Były jednak w tym fragmencie informacje istotne, tam pojawiają się początki taktyki ofensywy trójkątów, które były tak ważne w pracy trenera. Nie wydaje się, że można pominąć ten fragment opowieści, więc po prostu brnęłam przez kolejne 100 stron, aż dotarłam wreszcie do ery Chicago i mój odbiór biografii zmienił się o 180°.
      
     W stylu nic się nie zmieniło, ale nagle postacie, które pojawiały się wokół trenera były mi znane - to właśnie na te czasy czekałam. I w tym momencie książka stała się dla mnie chyba jedną z najlepszych biografii sportowych. Phil Jackson był w centrum wszystkiego, a ja chciwie łapałam informacje o nim, jego inspiracjach, ciekawostkach i całej galerii osobowości kręcącej się w okolicy. Współpraca z gwiazdami, dążenie do zdobycia mistrzostwa, a przede wszystkim ta pasja w trenowaniu tych młodych chłopaków było wyjątkowe. Nie wiem na ile to upiększenie samego bohatera, a ile czysta prawda, ale sposób prowadzenia drużyny, wzorce, z których Jackson czerpał i jego pomysły - to wszystko wywarło na mnie duże wrażenie.
     Swoje życie prywatne Phil w większości pomija, czasem pojawia się jakieś wtrącenie, ale generalnie nie ma większego wpływu na główne przesłanie książki, które można streścić w jednym zdaniu: "Kocham koszykówkę, chcę być najlepszym trenerem i oddaję się temu w 100%".

      "11 pierścieni" to naprawdę wyjątkowa pozycja wśród biografii ludzi koszykówki, ale trzeba być przygotowanym na to, że życiorys zawodowy Phila Jacksona idzie praktycznie równolegle z całą historią NBA od lat 70tych i ma to bardzo duży wpływ na treść książki i ilość nazwisk, które pojawiają się na jej kartkach. Nie wyobrażam sobie jednak, że jakiś fan koszykówki może pominąć tę pozycję, zwłaszcza, że pojawiają się na jej kartach historie związane chyba ze wszystkimi gwiazdami tego sportu z ostatniego ćwierćwiecza.

Moja ocena: 7,5/10
Tytuł: Phil Jackson. 11 pierścieni
Autor: Phil Jackson, Hugh Delehanty

Dla kogo: Dla fanów

piątek, 3 lutego 2017

Owocowe życie

     Owocowa trylogia Izabeli Sowy została już trochę zapomniana. Kiedyś bardzo popularna - te książki rzadko stały na bibliotecznych półkach - obecnie zginęła gdzieś pod nawałem innej babskiej literatury. Postanowiłam o niej przypomnieć, bo to naprawdę wyjątkowe książki.

Malina w szale odchudzania, który chyba zna każda kobieta:
"Przez dwa dni chodziłam dumna i blada. Pękłam trzeciego (...). Łupało mnie w głowie po mleku. Ser tofu smakował jak gips rozrobiony z kranówą. Trzeciego dnia stanęłam na wadze. Ani grama mniej. Tyle mordęgi na nic. Burczenie w żołądku. Koszmary o bitej śmietanie, ślina do ziemi na widok gorących drożdżówek. Bolesne marzenia o chrupiącej piętce razowca z masłem i pomidorem. Trzęsącym paluchem wykręciłam numer Telepizzy. Zamówiłam jedną dużą ze wszystkimi dodatkami. Była akurat promocja i dostałam drugą dużą, margaritę z oliwkami. Zjadłam obie. Popiłam piwem, a potem leżałam rozwalona jak jamnik. Pełna pizzy i pogardy dla siebie."
     Czy właściwie muszę pisać więcej? "Smak świeżych malin" i kolejne części to po prostu konkretne dawki humoru. Malina, jak mało która bohaterka, dostaje od życia w taki sposób, że czytający zwija się ze śmiechu. Kilka scen powinno mieć miano kultowych, ale nie będę dawać przykładów, żeby nic nie zdradzić.

     Kolejne części trylogii, a właściwie tetralogii to "Cierpkość wiśni", "Herbatniki z jagodami" i "Zielone jabłuszko". Każda książka ma nową bohaterkę, ale czasami gościnnie pojawia się jakaś postać z innej powieści. Nie muszę chyba uświadamiać nikogo, że wszystkie trzymają poziom, a autorka udowadnia, że potrafi stworzyć świetnych bohaterów, którzy nie są kalkami tych z poprzednich książek. Tutaj też pojawia się gigantyczny plus - bohaterki nie noszą znamion marysujkowatości, która tak często irytuje w przypadku babskiej literatury.

     Jedynym minusem tych książek jest upływający czas. Brak telefonów komórkowych i innych wynalazków ostatnich lat może nie przeszkadza w historii, ale momentami czytelnik odczuje przeskok cywilizacyjny.

     Polecam te książki, bo są naprawdę fajne i odprężające. Warto je odkopać, zdmuchnąć kurz i przeczytać historie, o których często możemy powiedzieć - znam to, miałam tak samo, czułam to samo.

Moja ocena 8/10
Tytuły: "Smak świeżych malin", "Cierpkość wiśni", "Herbatniki z jagodami" i "Zielone jabłuszko"
Autor: Izabela Sowa
Dla kogo: Dla kobiety, która zmęczona po pracy chciałaby usiąść na kanapie pod kocem i się zrelaksować.

wtorek, 31 stycznia 2017

Walka i przygoda

      Parę lat temu do biblioteki przychodził chłopiec, który przeczytał książkę Erin Hunter "Na wolności". Czytał sporo książek, ale za każdym razem kiedy coś wypożyczał pytał o kontynuację serii "Wojownicy". Nie udało nam się jej wtedy zakupić, ale chłopak jeszcze długo miał nadzieję, że uda mu się dostać drugą część.
      Przypomniało mi się to, bo w moje ręce trafiła książka, która została wydana w zeszłym roku i okazała się być tym oczekiwanym drugim tomem! Wydawnictwo Nowa Baśń najwidoczniej przejęło prawa do serii i wydało ją od początku. Trzymałam "Ogień i lód" w ręku i wspomniałam zachwyt tamtego chłopca (obecnie już dorosłego mężczyzny), jego upór, żeby zawsze zapytać o tę książkę i pomyślałam sobie - "sprawdzę jak się to czyta..."

     Powiem jedno - strasznie cieszę się, że nie przeczytałam tej powieści wtedy! Cieszę się, bo tak jak tamten czytelnik, niecierpliwie czekałabym na kontynuację, która przyszła dopiero po około 12 latach. A wierzcie mi - czekałabym.
    
     W lesie polują cztery kocie klany. Ich terytoria ustalili przed wiekami przodkowie. Jednak nie wszystkim to pasuje - jeden z klanów chce dla siebie więcej terenów i zdobyczy. Spokój zostaje zachwiany, koty szykują się do walk. W tym czasie w jednym z klanów pojawia się Rudzielec - kot domowy, który postanawia zmienić swoje życie - zostać kocim wojownikiem.

    Słuchajcie, ja sobie zdaję sprawę jak infantylnie to brzmi. Koty, las, wojownicy, klany. Dlatego jest bardzo ciężko pisać mi tę recenzję, ponieważ naprawdę, naprawdę chcę, żeby ktoś kto trafi na ten wpis zrozumiał, że piszę o niesamowitej książce. To prawdziwa powieść przygodowa - taka jakiej już dawno nie czytałam (właściwie od czasów pierwszej części "Zwiadowców"). 
    
    Skończyłam już trzeci tom i jestem zachwycona właściwie wszystkim co składa się na tę powieść. Od strony wizualnej - nowe okładki są zdecydowanie lepsze i fajniejsze od poprzedniego wydania. Jeśli chodzi o treść - akcja biegnie do przodu cały czas, wątki przeplatają się ze sobą, tematy ucichają, żeby za parę stron wrócić ze zdwojoną mocą. Dodatkowo trzeba przyznać, że autorka nie ucieka od tematów ciężkich - jak śmierć, zabijanie, czy wygnanie i równoważy to współczuciem, odwagą i poświęceniem. Świetne postaci, sceny walk, a wszystko to wspaniale opisane - bez dłużyzn, nudów czy irytujących, nielogicznych rozwiązań. Każdy kto po "Wojowników" sięgnie, może mieć pewność, że czyta naprawdę wartościową książkę.

      Erin Hunter stworzyła świat, który wciąga i nie puszcza. Łatwo jest zapomnieć, że czytamy książkę dla młodzieży. I te koty, które teoretycznie powinny odrzucać dorosłego czytelnika (jest ta myśl w głowie, że czytasz książkę o zwierzątkach), wprowadzają taki element dzikości, poczucia wolności oraz zachowań, które u ludzi byłyby nienaturalne, że z powodzeniem można by reklamować to jako powieść dla dorosłych. W końcu "Shrek" też nie był bajką dla dzieci, a w tym roku widzowie zachwycali się rewelacyjną "Zootopią" - dlaczego więc "Ucieczka w dzicz" nie mogłaby trafić w gusta dorosłego człowieka?

     Polecam i cieszę się, że kolejny tom już w księgarniach!



Moja ocena: a co mi tam -  9/10
Tytuł: 1. Ucieczka w dzicz, 2. Ogień i lód, 3. Las tajemnic, 4. Cisza przed burzą
Seria: Wojownicy
Autor: Erin Hunter
Dla kogo: Dla wszystkich od lat 12-u

wtorek, 24 stycznia 2017

Komiksy X-men - gdzie zacząć czytać?

     Superbohaterowie ostatnimi czasy rządzą ekranami kinowymi. W 2016 filmy z ich udziałem pojawiały się co chwilka, fundując widzom lepszą lub gorszą rozrywkę. Mówiło się swego czasu, że to filmy tylko dla fanów komiksów, ale liczba sprzedanych biletów porównana z liczbą czytelników zdecydowanie przeczy tej tezie. Reklama i marketing, efekty specjalne, znani aktorzy, czy po prostu ciekawe historie przyciągają do kin również tych, którzy wcześniej do oryginału nie zajrzeli. Natomiast po obejrzeniu fajnego filmu mogą mieć ochotę na przeczytanie takiego komiksu i tu zaczynają się schody.
     Wypożyczalnie komiksowe, jeżeli już w ogóle są, to raczej w dużych miastach, a i tak rożnie bywa z zasobami. Dlatego najlepiej taki komiks kupić na własność. Wchodzimy na strony sklepu, albo idziemy osobiście do księgarni, a tam...dużo tytułów. Od czego zacząć?
   
     Grupa X-men skradła moje serce już dawno - i nie komiksowo, ale filmowo właśnie. Moja przygoda zaczęła się kiedy zobaczyłam ekranizację z 2000 roku. Film leciał sobie w telewizji, a ja nie miałam nic do roboty, no to pomyślałam spojrzę. I przepadłam - to była miłość ;) Druga część utrwaliła tylko to uczucie i po kilku seansach zaczęłam szukać możliwości przeczytania komiksów. Dla was przedstawię efekt moich poszukiwań.


     Można sobie zadać pytanie, po co to piszę skoro mamy do dyspozycji wujka google i każdy sobie na pewno znajdzie odpowiedź sam? Otóż nie jest to takie proste, ponieważ w Internecie w znakomitej większości istnieją pasjonaci, którzy na pytanie "gdzie zacząć czytać X-men" wezmą pod uwagę WSZYSTKO - łącznie z komiksami anglojęzycznymi.

Przykłady:
1. Artykuł o kolejności czytania - spróbujcie przebrnąć przez połowę bez poplątania i bólu głowy
KLIK 

2. Mój ulubiony ICHABOD - ostatnio bez jego rekomendacji nie oglądam filmu (nie posłuchałam go jeśli chodzi o "Assassin's creed" i mam nauczkę, że NALEŻY SŁUCHAĆ ICHABODA!). Wszystko super, bardzo fajnie tłumaczy, ale to pasjonat, którzy bierze pod uwagę przede wszystkim niepolskie publikacje).

      No dobra - przechodzimy wreszcie do odpowiedzi, gdzie zacząć czytać X-men?
  
     Na początek proponuję obejrzeć sobie, jeszcze raz (albo pierwszy raz) filmy "X-men" z 2000 i "X-men 2" z 2003 roku. Nie żartuję - te filmy fajnie wprowadzą w klimat serii i będą dobrym początkiem podróży uniwersum. Nie przyzwyczajajcie się jednak do postaci. W komiksach, jeśli w ogóle żyją, to często zupełnie inne charaktery.

     Potem już sobie spokojnie można zacząć serię All-New X-men wydaną przez Egmont. A oto dlaczego właśnie ją:
    
     Generalnie nie wydano u nas wcześniej tak wiele komiksów o mutantach:
  1.  53 komiksy wydane przez TM-Semic w latach 90-tych
  2.  "Ultimate X-men" 8 tomów w kolekcji Dobry komiks
  3.  "New X-men" 4 tomy w kolekcji Dobry komiks
  4.  Astonishing X-Men wydanych przez Mucha Comics
  5.  Kilka komiksów w ramach Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela
      Dlaczego nie polecam tych wcześniejszych publikacji na pierwsze?
      Po pierwsze finanse. Można zacząć czytać od komiksów TM-Semic, ale o bibliotekach możecie zapomnieć. Albo macie kumpla, który wam komiksy pożyczy, albo kupujecie sami. Nie powinno być trudno - co rusz pokazuje się jakiś nieszczęśnik, który chce sprzedać całą serię. Za co najmniej 400 zł. Jeśli tyle macie to wystarczy przejrzeć allegro lub olx, kupić i zacząć czytać. Można też kupować po parę komiksów co jakiś czas, ale wtedy gdy zakończycie serię te wydawane obecnie będą daleko do przodu. I znów będzie trzeba nadganiać.
      Z tego samego powodu nie polecam serii Astonishing X-Men, który ma co prawda tylko 4 tomy, ale mają czasem masakryczne ceny. Osobiście jej nie czytałam i bardzo nad tym ubolewam, bo szczerze mówiąc, podobno jest świetna.
       
       "Ultimate X-men" jest obecnie najtańsza - poszczególne tomy można kupić dosłownie za parę złotych, ale jest to dziwaczna seria i lepiej ją przejrzeć dopiero kiedy już wkręcimy w temat.

      "New X-men" byłoby całkiem przyzwoite, gdyby nie to, że wydano 4 numery i potem cisza.

      Jeśli zaś chodzi o Wielką Kolekcję to mam bardzo mieszane uczucia. Wizualnie jest niesamowita, dodatki w środku ciekawe, ale to trochę tak jakbyście obejrzeli 20 minut filmu, który wam się podoba, a potem przerwali i nie wiedzieli kiedy będziecie mieli możliwość obejrzeć resztę. O ile w ogóle będzie taka możliwość.
    
      Przechodzimy do tego co jest wydawane obecnie.
      Egmont, póki co, wydaje 3 X-menowe serie:
  • All-new X-men
  • Uncanny X-men
  • Wolverine i X-men
    Dodatkowo wydawane są serie o wysokiej zawartości X-men w organizmie:
  • Uncanny Avengers
  • Deadpool
  • Thunderbolts
       Czyli jak widzicie też jest w czym wybierać. Osobiście tak jak wspomniałam polecałabym przede wszystkim All-New ze względu na to, że jesteśmy w stanie dość łatwo połapać się w mutantach - jest dużo tych, których znamy z filmów. 
       Dodatkowo warto też zaopatrzyć się w Uncanny, którego bohaterowie to Ci "z drugiej strony barykady". Na początek wystarczy, zwłaszcza, że te dwie serie łączą się potem w "Bitwie Atomu", która znowu cały układ sił przewróci do góry nogami... Oczywiście, fajnie by było czytać też Wolverina, ale myślę, że jeżeli na razie chcecie tyko "sprawdzić czy wam się podoba" to nie ma sensu od razu zakopywać się we wszystkie serie.
 
      Co do tych trzech serii z zawartością X-men - najbardziej powiązane jest chyba Uncanny Avengers, w którym jedną z głównych postaci jest Havok (znany z filmów "Pierwsza klasa", "Przeszłość, która nadejdzie" i "Apocalypse") oraz Rogue (znana z pierwszych 3 części). 
     W "Deadpoolu" i "Thunderbolts" mamy raczej występy mocno gościnne, ale wymieniłam te serie, bo są ciekawe i klimatem pasują do universum.

     To by było na tyle - pytania możecie dawać w komentarzach. Będę wiedziała to odpowiem, nie będę wiedziała to podziękuję za komentarz ;)

      Niestety w temacie innych superbohaterów wątpię, żebym umiała pomóc. Spiderman jakoś mnie nigdy nie rajcował, w Avengersach dopiero raczkuję, ze Strażnikami Galaktyki niedawno zaczęłam swoją znajomość. Na Batmanie zatrzymałam się w XX wieku (ale to nadrobię!), a Superman... nigdy go nie doceniałam - może to się kiedyś zmieni.
 

niedziela, 22 stycznia 2017

Czy znowu dałam się nabrać?

     Wiele razy podkreślałam, że nie przepadam za czytaniem biografii piosenkarzy czy aktorów, ponieważ bardzo często to rozciągnięte do granic przynudzania zbiory ciekawostek rodem z kolorowych gazet. Fani chcą poczytać o swoim ulubionym artyście, ale niestety, poza koncertami/występami i pisaniem piosenek/uczeniem się roli, często nie robi on nic więcej, dlatego szpikuje się tekst opowieściami o dzieciństwie, a potem o skandalikach i historiach o spotkanych innych sławach. Oczywiście, to co napisałam, jest bardzo ogólne. Mowa tutaj przede wszystkim o młodych gwiazdkach, a nie wybitnych artystach z wieloletnim doświadczeniem, których biografie potrafią być autentycznie interesujące.

       No cóż, niby to człowiek taki mądry, ale jak dostał w łapki biografię młodej piosenkarki, której twórczość baaardzo lubi to się jakoś zapomniało, że lepiej takich pozycji nie czytać... I co? Czy znowu dałam się nabrać?

      Florence Welch ma obecnie 30 lat. Jej biografia ma tytuł "Głos wszechmogący" i, cholera, jest to chyba jeden z trafniejszych tytułów w historii. 
      Najważniejszym i największym plusem całej publikacji jest fakt, że autorka miała na nią pomysł. Zwykle biografie pisane są jednoosobowo: - poszedł - nagrał - spotkał - przeżył - w tym/ tamtym roku. Tutaj autorka dowcipkuje, czasami zwraca się do Flo, a czasem do czytelnika. Nie wyobrażam sobie, że o tej wokalistce można pisać wyłącznie z powagą i na moje szczęście Zoe Howe również tak myślała.

     Poza typowymi dla biografii faktami i ciekawostkami, znajdziemy tu takie dygresje:
"Narodziny Florence wypadły (...) tuż po tym, jak Chris De Burgh podbił listy przebojów w WB "Lady in Red". Zatem można uznać, że ten pamiętny rok (...), był równocześnie dobry i zły dla brytyjskiej muzyki"
     "Głos wszechmogący" czytałam wyjątkowo długo. Nie dlatego, że książka dłużyła się czy była nieciekawa. Wprost przeciwnie! Po prostu co chwila czytałam o jakiejś piosence, która zainspirowała Flo, lub o sposobie w jaki powstał jej utwór i natychmiast musiałam go posłuchać. Leciałam z książką do Youtuba, włączałam utwór i słuchałam go z nowo zdobyta wiedzą.

      Przyjemnie było odkrywać świat tej barwnej wokalistki. Tym bardziej, że często okazywało się, że mamy wiele wspólnego (nie tylko zamiłowanie do rudych włosów). Miłe też było to, że Florence przy całej swojej hippisowskiej naturze okazała się być profesjonalistką "dopieszczającą" swoje utwory (poza "Cosmic love", którego historia powstania mnie powaliła). Opisy pracy nad piosenką czy koncertem utrwaliły mnie w przekonaniu, że panna Welch to nie tylko niesamowity głos, ale po prostu niesamowite wszystko.

      Czy warto tę książkę przeczytać? No jasne! Jest takie zdanie, Gilberta Cesbrona, o którym ciągle myślałam w czasie czytania:
"Każdy z nas ma we wnętrzu muzykę, która mu akompaniuje. Jeśli słyszą ją także inni, nazywa się to osobowością". Myślę, że Flo pokazała tę swoją wewnętrzną muzykę doskonale. I dlatego warto ją lepiej poznać oraz The Machine - ludzi, którzy ją otaczają.

Jeżeli jeszcze nigdy nie trafiliście na Florence + The Machine to zapraszam, posłuchajcie:

Florence + The Machine - Cosmic Love


I błagam - wiem, że nie każdy lubi to samo, nie da się uwielbiać wszystkich, ale doceńcie ten jej niezwykły głos.

Moja ocena: 8/10


Tytuł: Florence + The Machine. Głos wszechmogący
Autor: Zoe Howe
Dla kogo: Dla fanów, ale polecam każdemu