piątek, 4 sierpnia 2017

Biusty... wszędzie biusty. Słodka szarlotka

     W literaturze kobiecej słodkie romansiki mają poważnego konkurenta - literaturę erotyczną. Nawał książek pikantnych zapoczątkował niesławny Grey i w sumie chwała mu za to, bo najwyraźniej w jakiś sposób odblokowało polki, nie tylko w sensie seksualnym, ale też czytelniczym, bo po "50 twarzach" chciały przeczytać coś jeszcze. O poziom nie ma co się kłócić, bo to jest niekończąca się dyskusja.
      Jakiś czas temu w nowościach wydawniczych wypatrzyłam "Słodką szarlotkę" i postanowiłam ją sprawdzić. Historia trzech młodych, pięknych Francuzek, które szukają mieszkania jakoś pasowała mi do tych wszystkich lekkich erotyków.

      W "Słodkiej szarlotce" główne bohaterki narysowane są jak wyuzdane wersje disneyowskich księżniczek. Patrzę na nie i widzę niegrzeczną Mulan (Mei), rozbudzonego Kopciuszka (Szarlota) i wyzwoloną Tianę (Alice). Strasznie mi się to podoba - takie mrugnięcie okiem do dużych dziewczynek, które pamiętają swoje ulubione bajki. W ogóle wizualnie komiks jest śliczny, uroczy i robi bardzo pozytywne wrażenie. I niestety to wszystko.
     Fabularnie, coś co powinno być prostą historyjką, zmieniło się w  pulpę wszystkiego i niczego. Wątki są nawalone jeden na drugim - tam gdzie miało być humorystycznie i lekko, nagle są jakieś śledztwa, napaści i tajemnice. Niby fajnie, ale kompletnie bez sensu, urywane nagle i absolutnie nie mieszczące się w 48 stronach albumu. Gdyby to była pierwsza część cyklu, albo 100-stronicowy komiks, gdzie te wątki miałyby szansę na rozwinięcie - wtedy miałoby to jakiś sens. A tak twórcy z niezrozumiałych dla mnie powodów próbowali upchnąć wszystko w ten jeden tom. Najlepszym przykładem są ci kolesie, którzy trzeciego pchnęli nożem - wiem po co byli w tym komiksie, ale dodawanie im jakiejś z pomiędzy pośladków wyjętej historyjki jest zupełnie niepotrzebna.
     Erotyka to po prostu podkreślanie na każdym możliwym rysunku - cycków i innych intymnych części ciała. "Momenty" są faktycznie momentami i tam gdzie można było sobie pozwolić na odrobinę śmiałości są... cycki i inne intymne części ciała. Nie ma w tym wyczucia, intymności. Nie wiem czego się spodziewałam, ale nie tego.
    Największy minus, budzący we mnie niesłabnącą odrazę, która zabiła nawet urocze ilustracje to scena "gwałtu" (jak większość scen w tym komiksie - niepotrzebna). Ten temat, potraktowany w taki sposób - nie piszę dokładnie, bo nie chcę popsuć tego uczucia absolutnego niesmaku, który dopada czytelnika - jest przesadą. Grubą przesadą. Nie potrafię jakoś przyjąć tej sceny z luzem, zrozumieć, że takie przedstawienie sprawy miało pasować do humorystycznej całości. Nie i już.

     "Słodka szarlotka" wizualnie jest przepiękna. Nie są to rysunki artystyczne, ale za to bardzo wdzięczne, jak już wspomniałam w takim "disneyowskim" stylu. Warstwa erotyczna - no, może być, że momentami jest zmysłowo i może się czepiam (poza sceną z gwałtem). Fabularnie to niestety taka katastrofa, że nawet ilustracje nie ratują całości.  Za taką cenę jestem naprawdę rozczarowana... Już lepsza była "Paula".


Moja ocena: 4/10 (dawno niczego tak nisko nie oceniłam)
Autorzy: Ennio Ecuba, Vincenzo Lauria
Rysunek: Vincenzo Cucca
Tytuł: Słodka szarlotka
   
    

czwartek, 3 sierpnia 2017

Player One - Ernest Cline

      8 marca obchodzony jest Dzień Kobiet. Panowie wcześniej wymyślają co dać swoim kobietom tego dnia - czy będą to piękne kwiaty, może biżuteria. Może zrezygnują z prezentu i zabiorą je gdzieś na kolację? Jeszcze innym wystarczy komplement lub całus z "wszystkiego najlepszego".
     Dlaczego o tym piszę w lipcu na 8 miesięcy przed tą datą? Ponieważ mój mąż nie musi się martwić o Dzień Kobiet 2018. Chcę bilet. Bilet do kina na "Ready Player One". 

      Już wcześniej słyszałam o tej książce - same zachwyty. Oczywiście od razu się napaliłam i chciałam przeczytać iiiii... nikt jej nie miał. Moja biblioteka nie posiada,  w sklepach internetowych nakład wyczerpany, na allegro - jeden używany egzemplarz 139 zł. O co chodzi z ta książką?

     Na tegorocznych wakacjach jak zawsze poddałam się mojej chorobie zawodowej i poszłam zwiedzić lokalną bibliotekę. I na półkach co widzę? "Player One" Ernesta Cline'a stoi sobie i czeka na mnie. Po chwili stałam się szczęśliwym nabywcą karty bibliotecznej biblioteki w Jednorożcu i dziarskim krokiem ruszyłam do domu, żeby móc zacząć czytać.

     Wade żyje w świecie, gdzie podziały biedni-bogaci bardzo się pogłębiły. Większość ludzi ucieka w wirtualny świat OASIS, który pochłonął większość gier, portali społecznościowych i komunikatorów. Kiedy twórca OASIS umiera okazuje się, że nie ma spadkobiercy. Zostawia więc wirtualny testament i szereg zagadek - kto je rozwiąże dostanie jego fortunę. Zaczyna się mega-gra.

Nigdy wcześniej tego nie pisałam, ani nie mówiłam, ale muszę:
OMG!

       Autor wziął wszystko co najlepsze z książek, pomieszał i wyszedł mu rewelacyjny "Player One":

      1. Mamy tu młodego protagonistę, który z czystym sercem i nadzieją, ratuje świat (wirtualny).

     2. Mamy również ZŁĄ korporację, która chce przejąć wirtualny świat i zalać go reklamami i dodatkowymi opłatami. Korporację, która nie bawi się w kotka i myszkę. Pracujesz dla nas? Mamy dla Ciebie ofertę. Nie? Giniesz.

     3. Jest trochę młodzieńczej miłości i przyjaźni, takiej nieobdarowanej jeszcze goryczą złych doświadczeń.

      4. No i, oczywiście, jest EPICKA, WIELKA KOŃCOWA NAWALANKA prowadząca do (spoiler) endu.

     Jak to jest więc możliwe, że używając samych standardowych rozwiązań powstała książka tak fajna, która nie zniesmacza używaniem utartych schematów?

       Autor w rewelacyjny sposób łączy przyszłość z przeszłością: bohaterowie używają super-nowoczesnego sprzętu, wizjerów, komputerów i oprogramowania, żeby trafić do nostalgicznego świata lat 80-tych. Połączenie to wyszło zdumiewająco dobrze - akcja napędzana nowinkami technicznymi wysyła nas do świata pełnego nawiązań do przedostatniej dekady XX wieku. Nawiązań do tamtego okresu jest bardzo wiele i myślę, że większość czytelników odkryje coś co zna i lubi. A jeśli nie zna? Zupełnie nie będzie to przeszkadzało w odbiorze lektury.
    
     Już na pierwszych stronach Wade informuje nas o tym, że to on jest tym, który rozwiązał pierwszą zagadkę. Zanim to jednak stanie się w książce minie 100 stron, w którym czytelnik odkrywa świat - ten prawdziwy i wirtualny. Często jest tak, że "książka super, ale akcja zaczyna się w połowie". Tutaj jest trochę podobnie, ale te światy stworzone przez autora jest tak fascynujące, że to w ogóle nie przeszkadza. Sytuacja Wade, historia stworzyciela OASIS i wyjaśnienia reguł tego wirtualnego świata są równie ciekawe co akcja łamania zagadek Jamesa Hallidaya.

    Co baaaardzo mi się podobało, główny bohater jest do tego ratowania światów świetnie przygotowany. Nie jest przypadkowym przechodniem wciągniętym w wir wydarzeń, tylko graczem z ogromną wiedzą, którą przyswajał przez lata. Jego przetrwanie nie zależy od szczęścia (no może trochę ;) ), tylko od zdobytych informacji.

    Osobiście  nie mogę doczekać się filmu. Po pierwsze wydaje mi się, i trailer to raczej potwierdza, że będzie to bardzo efektowne widowisko. Po drugie jeśli za Taką Książkę bierze się Steven Spielberg to mamy wielką szansę, że tego nie sknoci. Po trzecie z okazji premiery filmu można liczyć na nowe wydanie książki, a to znaczy, że będę mogła kupić własny egzemplarz i czytać ją jeszcze wiele razy. Sama radość :)

    Spróbujcie przeczytać przed premierą! Polecam!


Moja ocena: 9,5/10
Autor: Ernest Cline
Tytuł: Player One

czwartek, 20 lipca 2017

Żniwiarz. Pusta noc - Paulina Hendel

     Na nowa książkę Pauliny Hendel czekałam bardzo niecierpliwie. Jej poprzednia trylogia, "Zapomniana księga" baaardzo trafiła w moje gusta i w związku z tym ustawiłam autorkę wysoko na liście lubianych pisarzy.
     W jakiś magiczny sposób doczekałam do premiery, wreszcie dorwałam się do książki iii... no właśnie, i co?

      Wujek Magdy jest żniwiarzem - postacią, której zadaniem jest uśmiercaniem potworów, o których większość ludzi sądzi, że nie istnieją. Takie tam wiecie - słowiańskie legendy - kto by w to wierzył? Dopóki, oczywiście, nie atakuje Cię bezkost... Wtedy zaczynasz wierzyć błyskawicznie i marzysz o spotkaniu z Feliksem. Oby zdążył.
     Magda lubi pomagać wujkowi - ona też widzi "martwiaków" i chciałaby z nimi walczyć, chociaż jako zwykły człowiek nie ma tyle siły. Ale jak się dziewczyna na coś uprze i wmówi sobie, że ma szanse - no cóż, sami wiecie.

     Mam z "Pustą nocą" ogromny problem. To dobra książka i naprawdę ma świetny klimat, ale, niestety, nie mój. "Strażnik" i jego kontynuacje były bardziej "w moim typie" - przygodowa postapokalipsa i z fajnym, czasem wkurzającym bohaterem. W "Żniwiarzu" klimat jest bardziej mroczny, nastawiony mniej na przygodę, a bardziej na horror przez co uciekła gdzieś ta lekkość, która lubię w książkach. Spięta Magda jest też zupełnie innym bohaterem niż porywczy Hubert.
    Paradoksalnie to właśnie sprawia, że książka jest dojrzalsza i myślę, że może lepiej trafić w gusta czytelników.

     Jeśli zaś chodzi o samo użycie mrocznych bohaterów mitologii słowiańskiej - jak zawsze ogromny plus. Widać jak wiele pracy wcześniej włożyła pani Paulina w przygotowanie się do pisania powieści z wplecioną tą tematyką .

     Jedyne co mam do zarzucenia to dosyć przewidywalne zakończenie. Wiem, że pewnie miało być "szokujące", ale nie ma się co czarować - wszyscy wiedzą do czego dąży akcja. Ten minus redukuje jednak to, że "Pusta noc" jest dopiero pierwszą częścią. Mam wrażenie, że to dopiero wstęp do tego co szykuje autorka dla czytelnika i osobiście nie mogę się doczekać.



Moja ocena: 7/10
Autor: Paulina Hendel
Tytuł: Żniwiarz. Pusta noc
Dla kogo: W sumie to każdy mógłby przeczytać.

środa, 19 lipca 2017

Na wakacje z sympatyczną rodzinką

     6 lat temu pewna książka rzuciła na mnie zaklęcie. Zaklęcie kazało kochać ją na zawsze i uwielbiać do końca życia. Czar nadal działa - nawet po tylu latach wspominam tamtą książkę i myślę o niej z sympatią. Powiem więcej - urok się rozprzestrzenił na każdą inną książkę tego autora i zachwyca mnie każda jego kolejna powieść. 
     A wszystko zaczęło się od Ciumków - zwykłej fajnej rodziny, której przygody Paweł Beręsewicz opisał w czterech książkach, a które pochłonęłam jedna po drugiej:

Tutaj jest moja recenzja, która jednak nie oddaje całego zachwytu (przypominam, że blog został przeniesiony, dlatego jest data z 2016 roku).

     Dlaczego jednak po tak długiej przerwie wracam do Ciumków? Na świecie pojawiły się moje dzieci - Mały Pędzik i Słoneczny Filozof. Poczekałam trochę, aż podrosną i postanowiłam przekazać im to straszne brzemię uwielbiania książek Pana Beręsewicza. Ponieważ są wakacje chwyciłam "Wielką Wyprawę" i zaczęłam im czytać codziennie przed zaśnięciem kilka kartek. I o ile Słoneczny jest za mały, żeby zrozumieć o co w Ciumkach chodzi, to Pędzik się wciągnął. Rykoszetem dostał Pan Tata, który pomagając przy usypianiu również musiał słuchać i też złapał ciumko-chorobę.

       O co w tej Wielkiej Wyprawie chodzi? Otóż tata Ciumko zamarzył o Prowansji. Zamarzył, ale nie tak zwyczajnie w hotelach w pakiecie z lenistwem, tylko na rowerach. Codziennie w drodze, codziennie gdzie indziej. 

      W "Wielkiej Wyprawie Ciumków" po raz kolejny wychodzi niezwykła umiejętność autora opisywania zwykłych rzeczy w ciekawy sposób. Przecież wyjazd rodzinny, choćby w najpiękniejsze miejsca, nie może być przecież zajmujący dla czytelnika. Błąd! Paweł Beręsewicz tak cudownie nam to przedstawia, że nieraz można wybuchnąć śmiechem (scena z kaskami na lotnisku), zazdrościć (ta Prowansja!), wstrzymywać oddech (zjazdy) i zastanawiać się (no to była złamana?). Ciumkowie też nie zawodzą - Grzesiek kupuje bagietki, Kasia tworzy Ameryki, mama jak zawsze daje radę, a tata Ciumko... to tata Ciumko ;) 
      
     Jeżeli jeszcze nie czytaliście to polecam - w przypadku książek o sympatycznej rodzinie nie jest ważny wiek czytającego. "Wielka Wyprawa" to przede wszystkim literatura rodzinna - zwykłe historie podane w przyjazny sposób. Idealna lektura na wakacje, ale uwaga! Kiedy tylko skończymy czytać w naszym umyśle powstaje specjalne miejsce o nazwie "gdzie-by-tu-pojechać". Właściwie od kiedy "ciumkorączka" opanowała moją rodzinę wymyślamy z Panem Tatą gdzie my pojedziemy i na ile dni. I nie ważne, że taka wyprawa w naszym wypadku możliwa jest dopiero za kilka lat - sprawdziłam już nawet ceny namiotów :))

Moja ocena: 10/10
Tytuł: Wielka Wyprawa Ciumków
Autor: Paweł Beręsewicz
Dla kogo: Dla czytelników od lat 5 do 155
   
      

środa, 31 maja 2017

Łopatą w rodzica

       Nie będę was okłamywać - najpierw była okładka. Urzekł mnie ten wielki niedźwiedź, domek i niebanalna kreska. Bajkowo, ale nie plastikowo. Potem zaintrygował mnie opis - krótki, ale obiecujący wiele. Pozwolę sobie go tu wkleić:

     "Przepiękna, mądra opowieść o sile dziecięcej wyobraźni, mocy braterskiej więzi i potędze rodzicielskiej wiary w dziecko. Książka nagrodzona w konkursie Wielokropek 2016."

       Duszan to kilkuletni chłopiec, który wraz z bratem musi zostać na wakacjach u babci. Babcia mieszka na skraju lasu, leczy sąsiadów ziołami i jest bardzo tajemnicza. Dom ekscentrycznej staruszki i okolica to zupełnie coś innego, świat, którego "miastowi" chłopcy właściwie nie znają. Na początku się boją, potem swoboda oraz możliwości nowych zabaw i przygód sprawiają, że chłopcy zakochują się w tym magicznym miejscu.

    "Duszan" jest mało subtelnym, łopatologicznym wytłumaczeniem rodzicom z miasta, co robią źle. A może dokładniej co złego robi cyfrowa cywilizacja, która zatrzymuje dzieci przy ekranach (telewizorów, komputerów, tabletów itp.), a nam każe wierzyć w reklamy, które tłumaczą, że dzieci nie powinny dotykać dozownika do mydła, bo tam są bakterie i dobrze jest kupić taki "bezdotykowy" oraz w ogóle, że jak dziecko dotknie kurzu, albo co gorsza błota to nastąpi koniec świata.

     Nie, nie przesadzam - cała książka wypełniona jest takimi "zdaniami-kluczami":

"Pościągajcie te czyściutkie ubranka, bo przyjechaliście do lasu"
"Podrapaliśmy sobie nogi, przedzierając się przez krzaki"
"Pierwszy raz w życiu położyliśmy się spać bez mycia, brudni, rozczochrani i trochę głodni"

    Aż mnie dziwiło, że każde z takich zdań nie kończyło się podsumowaniem "i, patrzcie, dzieci to przeżyły!"

    Trochę mnie to mierzwiło w tej powieści - czułam się wytykana palcem, ganiona niczym zły uczeń przez srogiego nauczyciela. Co nie znaczy, że się nie zgadzam. Wyznaję zasadę, że dziecko brudne to szczęśliwe dziecko, ale przysięgam, że miałam ochotę powiedzieć autorce - "nie wtrącaj się w nie swoje sprawy, bo każdy ma swój sposób wychowywania swojego dziecka". Powieść Antoniny Todorovic w zamyśle chyba miała być "dobrą poradą", ale zabrakło właśnie tej subtelności. Dzieci na każdej stronie budowały domek, tajną bazę, jeździły na ośle, uczyły się języka natury, odbywały bitwy na grudki gliny. Dobry Pan Śmiejko tłumaczy, że "nie ma dobrych i złych prac, jeśli tylko są wytworem naszej wyobraźni". Taka oda do "bezkomputerowego dzieciństwa" kiedy zdzierało się kolana, przyjaciół poznawało na trzepaku, nie było klucza odpowiedzi na egzaminach, a ludzkość nie była świadoma obecności glutenu ;)

    Książkę, wbrew temu co może się wydawać, polecam. Jest przygoda, jest magia, jest dzieciństwo, jest wiara we własne umiejętności i, wreszcie, jest sztama między rodzeństwem - wspieranie się i rozumienie. A że to wszystko podane łopatologiczne? Nie ma co się bawić z dziećmi w aluzje i nie ma co się bawić w aluzje z rodzicami, skoro ostatnio mam wrażenie, że dla niektórych zdarte kolano jest większym nieszczęściem niż fakt, że ich pociecha spędziła ostatnie kilka godzin oglądając bajki i grając na tablecie.

     Warto wspomnieć o ilustracjach do tej książki. Wszystkie narysowane są tym samym stylem. Naprawdę piękne i ciekawe, wpadające w oko. Znakomicie oddają  przygodowo-magiczny klimat.

     Zastanawia mnie jak przyjmie "Duszana" mały czytelnik. Przetestuję na swoich i dam znać (Mały Pędzik i Słoneczny Filozof są jeszcze trochę za mali i nie zrozumieją tej powieści)

Moja ocena: 7,5/10
Tytuł: Duszan
Autor: Antonina Todorovic
Dla kogo: Dla czytelników od lat 4 i dla rodziców bojących się kurzu, którzy zapomnieli o tym jakie fajne było budowanie szałasów.
   

piątek, 26 maja 2017

Skąd się biorą zabawki?

    Kiedy byłam małą dziewczynką nie lubiłam lalek. Moimi zabawkami były maskotki, a najukochańszy był niebieski, pluszowy delfin. Dużo rozmawialiśmy, razem się bawiliśmy, nie było możliwości zaśnięcia bez Delfina.

      Jak każde dziecko, wyrosłam z mojego pluszaka. Wyrósł również Kaj, bohater komiksu "I tak nie uwierzysz!". Wypowiada magiczne słowa - "jestem już dużym chłopcem" i wyrzuca maskotkę z łóżka. W związku z tym Kubatu musi wracać do domu. Ale... gdzie właściwie mieszkają maskotki? Poza tym nasz bohater wcale nie jest zadowolony z tego co zrobił i postanawia odzyskać swojego przyjaciela. Chłopiec i papuga ruszają w podróż, do Twórcy Zabawek, a będzie to wyprawa niezwykła, pełna niespodzianek, a czasem nawet niebezpieczeństw.

     Komiks "Kubatu" jest kwintesencją dzieciństwa: pragnienia przygód, wiary, że zabawki żyją, chęci odkrywania nowych krain. Tego wszystkiego co czuło się oglądając "Goonies" lub "Hooka" i myślało "Wow, ja też tak chcę!". Kaj i Kubatu przechodzą przez ciemny tunel, docierają do nieznanej krainy, spotykają czarodzieja. Mają też do odkrycia tajemnicę, muszą pokonać Maskota Burego i podać... przepis na szarlotkę?

         Moje serce zdobyli jednak bohaterowie - odważny Kaj, który chce odzyskać przyjaciela i nie boi się ruszyć dla niego w podróż, Kubatu - wierny i oddany papug, Czarodziej-Inżynier - uroczy dziwak z szalonymi pomysłami. No i mama - może nie pojawia się w komiksie za często, ale jak się już pojawi to ho, ho! - uratuje sytuacje (jak to mama ;) ).

       Komiks Jakuba Sytego i Przemysława Surmy  można zaliczyć do "literatury rodzinnej". Jest wprost stworzony do tego, żeby czytać go wspólnie z dzieckiem. Dla dorosłego czytelnika będzie to lektura bardzo sentymentalna, która odkurzy poukrywane gdzieś w zakamarkach pamięci wspomnienia o ukochanych zabawkach i dziecięcych marzeniach. Dla małego człowieka "Kubatu" będzie przelaniem na papier własnej wyobraźni - bo czy nie jest tak, że każdy maluch tuląc swojego pluszowego przyjaciela marzy, żeby ożył? I śni o wspaniałych przygodach?


     Rysunki urzekają prostotą, ale kiedy uważnie się przyjrzymy to zobaczymy, że wcale proste nie są. Bardzo podoba mi się sposób kolorowania - zwłaszcza tych elementów, z którymi wiąże się jakaś tajemnica (np. przejście przez tunel). W opisie rysownika - "Surpiko" - jest napisana informacja, że "najbardziej ze wszystkiego lubi bycie tatą". Nie wiem czy sobie tego nie wymyślam, ale mam wrażenie, że ilustracje to odzwierciedlają - są dla dzieci, ale rysownik chciał czegoś więcej niż tylko prostych kolorów. Chciał barw, pasji i radości. I udało mu się.


     "Kubatu" uświadomił mi jeszcze jedną rzecz - bardzo żałuję, że Delfin został wyrzucony przez "dorosłą" dziewczynkę, którą byłam. Żałuję, że w momencie kiedy stałam się "za duża na zabawki" nie schowałam go do jakiegoś kufra. Mogłabym teraz - po lekturze "I tak nie uwierzysz!" wyjąć go i podziękować mu za opiekę. Należałoby mu się.



Moja ocena: 8/10
Seria: Kubatu
Tytuł: I tak nie uwierzysz!
Autorzy: Jakub Syty, Przemysław Surma
Dla kogo: Dla dzieci, dla rodziców, dla wspólnego czytania
    

środa, 17 maja 2017

Jak skompletować biblioteczkę dla dziecka

     Przed nami Dzień Dziecka - jedno z ulubionych świąt dzieci i producentów zabawek ;) To straszny czas dla rodzica - wejście z dzieckiem do sklepu, gdzie ilość proponowanych produktów dla dzieci zwiększyła się o jakieś 500%, to absolutny koszmar ("Mamooo!!! Kuuup mi!!!). Na samą myśl o Małym Pędziku w sklepie dostaję dreszczy...
    Powiem to od razu - książka jest zawsze dobrym prezentem, ale jestem realistką - nasi milusińscy czekają na nową lalkę, samochodzik, kucyka - przynajmniej większość z nich. Niech więc słowo pisane będzie chociaż dodatkiem do upominku.

    Zadaniem dorosłych jest (a przynajmniej powinno być) nauczenie dziecka miłości do książek. O tym co powinniśmy robić pisałam w osobnym wpisie:


     Jako poradę nr 6 wpisałam "Zorganizuj dziecku własną półkę z książkami". Zawsze uważałam, że fajnie mieć własną biblioteczkę (zresztą, który miłośnik czytania nie chce mieć własnej?). Dobrze dobrana dziecięca biblioteczka może być naprawdę powodem do dumy i zachęcać naszego potomka do czytania. Co to jednak znaczy "dobrze dobrana biblioteczka"?

    Jasne - możemy wejść do księgarni, kupić kilka najładniejszych książek i tych "polecanych". Dobre i to. Jednak to co będzie stało na półce musi kusić małego czytelnika i, w jakiś sposób, musi kusić nas. Od kiedy dowiedziałam się, że na świecie ma pojawić się Pędzik robiłam sobie listę pozycji, która powinna być w jego pokoju. Część tej listy udało mi się zrealizować, niektóre pozycje uległy zmianie, ale ZAWSZE na każdą okazję (czasem bez okazji) staram się dokupić coś na półkę chłopców (tak, Słoneczny Filozof też już czyta - znaczy ja mu czytam, ale wiecie o co chodzi).

      To jest właśnie półka z książkami moich synów i na jej podstawie opiszę wam jak dobrać książki dla waszych pociech:



1. Z telewizora.
    Nie odkryję Ameryki stwierdzeniem, że jeśli dziecko lubi coś oglądać to może chętnie też przeczyta. Zwłaszcza, że cieniutkie książki na podstawie seriali animowanych można teraz kupić za parę złotych w kioskach. Na półce stoi "Scooby-doo" i "Przygody Tomka", ale mamy też w domu pozycje ze "Stacyjkowa" i "Psiego patrolu". W planach mam kupno opowiadań z filmu "Auta". Po prostu to co chłopaki oglądają.

2. Co zachwyca dorosłego?
    Ciężko jest nie przewrócić oczami jak dziecko chce po raz setny przeczytać opowiadanie o tym jak Tomek wiózł żyrafę do ZOO. Dlatego czasem próbuję przemycić do czytania książkę, która w jakiś sposób podoba się mnie. Raz, że zawsze to jakaś odmiana, a dwa, że szczerego zachwytu nie da się udawać. Na półce stoją "Niezwykłe przygody latającej myszy", której ilustracje mnie absolutnie "rozwalają", zresztą treść też jest niesamowita. 
    Warto poszukać czegoś wartościowego, może właśnie z wyjątkowymi ilustracjami. "Przygody latającej myszy" są przepiękne, ale łatwo jest zaleźć jakąś inną wyróżniającą się książkę. Polecam np. "Lenkę", "Mysi domek", a z nowości, niedawno wydanego "Duszana".

3. Co interesuje dziecko?
    Podobnie jak z oglądanymi bajkami - warto poszukać książek o tym co lubi nasz potomek. Można też w drugą stronę - za pomocą pięknych opracowań dla najmłodszych możemy podzielić się z dzieckiem naszą pasją. Mały Pędzik uwielbia samochody i pociągi, więc na półce mamy "Co robią auta" z serii "Opowiem ci, mamo" oraz "Pociągi. Książka z okienkami". Są to chyba najczęściej oglądane i czytane przez Pędzika książki. Słoneczny Filozof na razie jest na etapie pozycji o nauce kształtów i kolorów i takimi książkami się zajada.

4. Coś innego...
     Herve Tullet sprawił, że książka jest wydarzeniem. Dzięki niemu czytanie z dzieckiem jest formą zabawnej współpracy. Na półce stoi tylko "Naciśnij mnie", ale planuję kupić więcej tego typu książek. Nie tylko tego autora, bo Tullet zapoczątkował coś wspaniałego. Na pewno w biblioteczce prędzej czy później pojawi się "W kieszonce" Iwony Chmielewskiej.
     W tym punkcie warto też wspomnieć o książkach obrazkowo-edukacyjnych jak te pisane przez Mizielińskich. Świetna jest seria "Mamoko", a w tym roku na Dzień Dziecka moi chłopcy dostaną ich "Mapy".

5. Coś wyjątkowego.
     Parę lat temu historia Kazimierza Nowaka skradła moje serce. "Afryka Kazika" była już kupiona dla moich dzieci, jeszcze zanim byli w planach :)
    Wszystkie książki Łukasza Wierzbickiego stworzone na podstawie prawdziwych historii są powieściami tak wyjątkowymi, że zasługują na osobny punkt. Dodatkowo, jak dziecko będzie już trochę starsze możemy mu pokazać materiały dotyczące opisanych wydarzeń.

6. Literatura rodzinna.
      Właściwie nie istnieje taki dział jak "Literatura rodzinna", ale jest naprawdę coraz więcej książek, które są tak napisane i opowiadają takie historie, że czytanie ich będzie przyjemnością i dla rodziców i dla dzieci. Przykłady to nieśmiertelne "Dzieci z Bullerbyn", moi ukochani "Ciumkowie", przezabawny "Mikołajek" czy wspomniane w punkcie 5 książki Łukasza Wierzbickiego. Dla starszych - "Dynastia Miziołków".

7. Klasyk.
    Nowe lub stare, jak kto woli, wydanie wierszy Tuwima, Brzechwy czy innych polskich autorów powinny być w biblioteczce. Ponadczasowe, rytmiczne i zabawne. I tak się przydadzą, bo w podstawówce są lekturą. 
     My dodatkowo posiadamy nowe zbiorowe wydanie książeczek "Poczytaj mi, mamo", które z sentymentem wspominam z dzieciństwa.

8. Krótko, ślicznie, kolorowo.
     Nie zawsze musi być ambitnie i wyjątkowo. Warto mieć w domu książeczki, które możemy uznać za po prostu fajne lub urocze. Trafiłam kiedyś w "Biedronce" na książki z serii "Poczytajmy razem" z Zielonej sowy i tak mi się spodobały, że mamy wszystkie tytuły z tej serii. Najważniejsze - chłopcy też je lubią.

9. Nie tylko bajeczki.
     Nela, mała reporterka i jej książki. W bibliotece nie stoją, bo są ciągle wypożyczane. My mamy swoje własne. Na razie jeszcze za wcześnie dla chłopaków - czasami pooglądamy zdjęcia, poczytam ciekawostki, ale szału nie ma. Myślę, że nadejdzie jeszcze jej czas. Oprócz Neli, mamy też książkę Szymona, a podejrzewam, że "Dzieciaki świata" oraz "Zwierzaki świata" Martyny Wojciechowskiej też kiedyś u nas zagoszczą.

10. Na przyszłość.
     Książki, które z jakiegoś powodu wydały mi się wyjątkowe, ale chłopcy są jeszcze za mali, żeby je czytać. Nie chciałabym, żeby mi umknęły + liczę na magiczne, zachęcające "przeczytasz jak będziesz starszy". U nas na półce - "Pax", "Jedyny i niepowtarzalny Ivan" oraz "Noah ucieka"

11. Lokalny pisarz.
     Taka ciekawska - jeżeli w naszym lub sąsiednim mieście tworzy jakiś ciekawy pisarz dziecięcy warto wyposażyć się w jego książki. Pisarze jeżdżą na spotkania autorskie i myślę, że prędzej czy później będzie gościł w przedszkolu lub szkole naszej pociechy. Spotkanie autora powieści, którą mamy w domu może być fajnym przeżyciem dla naszego malucha.
     U nas na półce jeszcze nie ma, ale to dlatego, że "nasz pisarz" pisze raczej książki na poziomie podstawówki. mamy czas :)

12. A może komiks?
    Jeśli walczę o większą popularność komiksu to muszę zacząć od siebie. Chłopaki mają "Giganty", a na dzień dziecka dostaną "Kubatu" Jakuba Sytego - recenzja tu :) "Kaczor Donald" jeszcze do nich nie trafia, liczę na to, że album z rysunkami Przemysława Surmy będzie dla nich odpowiedniejszy.

      Na półce jest jeszcze kilka książek, ale chciałam napisać o tych najbardziej przemyślanych zakupach. Poza tym w domu jest dużo książek, do których dzieciaki mają normalny dostęp - bajeczki z twardymi kartkami, wspomniane "Giganty", gazetki, książki używane kupione za grosze. Takie, których mi nie będzie żal jeśli się zniszczą. Na szczęście niszczą się już coraz rzadziej.

     Trochę się rozpisałam, ale mam nadzieję, że komuś przyda się mój tekst. W razie pytań - piszcie w komentarzach.

niedziela, 14 maja 2017

Pyrkon po raz pierwszy

 Początek
    Zacznijmy od tego kiedy zaczyna się PYRKON. To, wbrew pozorom, wcale nie jest data kiedy hale zostają otwarte dla uczestników festiwalu. O nie - PYRKON zaczyna się już wtedy kiedy pomyślisz "Jadę" i zaczynasz wszystko planować. Przeglądasz program z rosnącą ekscytacją, a czasem niedowierzaniem - "TA AUTORKA tam będzie? Z prelekcją? Muszę, muszę, muszę!" I te wszystkie tematy, zagraniczni goście. Ogarnia Cię podniecenie, a myśl, że mogłoby Cię zabraknąć na tej imprezie jest absolutnie nierealna! Bilet wstępu kupiony? To planujemy przejazd.
     Samochód, bus, pociąg - do Poznania można się dostać na wiele sposobów. Ja wybrałam "Blabla car". Trochę strasznie - w końcu jedziesz z obcymi ludźmi. Nagle wszyscy, z Twoją Mamą na czele, wyobrażają sobie jak sprzedają Cię talibom na żywe tarcze.
     Nic takiego się nie stało :) - dojechałam na PYRKON. Wymieniam bilet na wejściówkę.
     I zaczyna się magia...

Radość i swoboda
    Pyrkon to świat, w którym obowiązują inne normy i zasady niż te, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Na festiwalu możesz być kim chcesz. Na identyfikatorach, które dostajesz po okazaniu biletu trzeba się podpisać. Niewiele osób ma napisane po prostu swoje imię. Spotykasz Princessę Agitę, Ryuu, Lutherin, Waleczną Sandrę, Tostera, Kushiego. Wśród nich jestem ja - Norsevia.
    Identyfikatory to jednak tylko preludium. Tłum pyrkonowców to wielka, kolorowa masa indywidualistów, cosplayowców i różnych, pozytywnych wariatów. Na przykład - na co dzień osoba z zielonymi włosami to na ulicy mini-sensacja. Tutaj co trzecia dziewczyna ma kolorową fryzurę, piękny wianek albo zwierzęce uszy. Ja też kupuję sobie uszy, bo są urocze. Zakładam je i chodzę w nich przez cały czas trwania Pyrkonu. Nikomu to nie przeszkadza, żę 30-latka chodzi z mysimi uszami. Przecież tutaj to norma! Uszy, ogony, dziwne pasy, wisiorki - dziewczyny i chłopaki, kobiety i mężczyźni, dzieci i dorośli.

Pokemony i Assasyni
     Ważnym punktem Pyrkonu są cosplayowcy. Cosplay, czyli zabawa w przebieranie. Drogi czytelniku - pomyśl teraz o jakieś znanej postaci z popkultury. Zaręczam Ci, że ją spotkasz. Wiedźmin, Indiana Jones, Harry Potter i paczka, Iron Men, Voldemort, Harley Quinn, nazgule, Karton, który zabił Hankę. Oni wszyscy tam byli. Odbyła się nawet wspólna przebieżka Pikatchów i Assasinów.
     Świat mangi i anime też był dobrze reprezentowany. Niestety moja wiedza na ten temat jest niewielka, dlatego ciężko jest mi powiedzieć kogo właściwie spotkałam. Za to miałam frajdę, bo podchodziłam do różnych "przebierańców" i pytałam o ich stroje. Aż żal, że nie miałam dyktafonu. Nikt, absolutnie nikt nie odmówił opowieści. A były to historie piękne, pełne pasji, zainteresowań i ciężkiej pracy. "Większość elementów wykonałam sama" powtarzało się jak refren w wielu wypowiedziach, kiedy pytałam skąd mają swój strój. Jasne - często to też duże nakłady pieniężne - na materiały, peruki czy krawcową, ale nie powinno to umniejszać poświęcenia i czasu włożonego w przygotowanie kostiumu.
Kolejkowo
     Kolejki to stały punkt festiwalu. Po wejściówkę, do toalety, na wykład, na zajęcia, na konkurs. Na te najpopularniejsze najlepiej zjawić się jakieś 40 minut wcześniej, żeby mieć pewność, że się dostanę. I liczą się tylko miejsca siedzące - kto myślał, że posiedzi na podłodze to niestety musi opuścić salę.
     Wiele osób się o to oburza, w relacjach z festiwalu na YouTube ten temat powraca jak bumerang, a uczestnicy wymyślają pomysły jak usunąć ten problem.
     Jako, że dla mnie szklanka jest w połowie pełna - w ogóle mi to nie przeszkadza. 
    W kolejce czekają ludzie, którzy lubią to samo - wystarczy zagadać. A poza tym kiedy nie dostanę się na jeden wykład to mogę iść poczytać komiksy, pograć w gry, połazić po stoiskach, albo po prostu wejść na jakieś inne zajęcia. Możliwości jest mnóstwo, a najważniejsze, że wszystko jest ciekawe, bo przecież Pyrkon tworzą i odwiedzają przede wszystkim...

Ludzie pełni pasji
(Uwaga - ten fragment będzie słodko-sentymetalny)
     Można na Pyrkonie być samemu, ale ani przez chwilkę człowiek nie czuje się samotny. To co w moim otoczeniu wywołuje pobłażliwy uśmiech, czyli moje uwielbienie do komiksów, fantastyki itp., tutaj dla ludzi jest normalne. Już wcześniej to napisałam, ale powtórzę - na festiwalu możesz być kim chcesz i dla uczestników to jest OK, bo najczęściej są tacy sami jak ty.
     Co chwilkę mijasz kogoś kto jest Twoją bratnią duszą - nie w kontekście romantycznym - tylko kogoś z kim da się przegadać pół nocy o wspólnych pasjach.

[   W tym momencie pozdrawiam Tostera, który stał ze mną godzinę w kolejce i uświadomił mi jak niska jest moja wiedza na temat Harrego Pottera ;) do zobaczenia za rok w tej samej kolejce :)  ]
    
     Kiedy w sobotę latałam po spotkaniach i prelekcjach ciągle coś mnie zachwycało - wykładowcy, temat prelekcji, autorzy książek, reakcje uczestników. To było niezwykłe, bo w momencie kiedy nie dostałam się na warsztaty poszłam do sali komiksowej i zostałam tam na dwa kolejne wykłady, bo nie dałam rady wyjść - było po prostu zbyt ciekawie.

       Warto też wspomnieć o różnych stowarzyszeniach i fundacjach, którzy maja możliwość działania i zareklamowania się na Pyrkonie. Spotkanie Deadpoola z Ligi Superbohaterów było ciekawym punktem mojego pobytu w Poznaniu - przyjemnie było słuchać jak zapaleńcy używają swoich pasji, żeby zrobić coś naprawdę dobrego. Tutaj macie link do ich strony LIGA SUPERBOHATERÓW - przeglądajcie, może prześlijcie jakiś datek - sympatyczni ludzie, z prawdziwą misją.

     Wieczorem zamiast zasypiać rozmawiałam z ludźmi, którzy mieli "legowisko" obok (moja "ekipa" szalała wtedy na jakiś akcjach związanych z mangą) - ot tak, o pierdołach, o bajkach braci Grimm (jak my dotarliśmy do tego tematu???). Co prawda, jeśli chodzi o sleeproomy to nie do końca załapałam ideę "Zaraz będzie ciemno", klaskania czy "przegrałam" (o, przegrałam ;) ), ale i tak było w tym miejscu coś naprawdę fajnego.
Zakończenie
     W niedzielę w pociągu dociera do mnie jak bardzo jestem zmęczona. I nie - to nie znużenie podróżą. Po prostu przez cały Pyrkon napędzały mnie ekscytacja, endorfiny i ciekawość. Teraz to wszystko zniknęło, a intensywność ostatnich dwóch dni i nocy daje o sobie znać.
    Dociera do mnie też jeszcze jedno - uszy i identyfikator schowane w plecaku, a ja wracam do rzeczywistości - znów jestem Agatą.
     "Zaraz będzie ciemno"...



 Ps. Jakość zdjęć taka sobie, bo robiłam telefonem. Na ostatnim zdjęciu z księżniczkami widać moje uszy - już bardzo krzywe, bo to koniec dnia :)


Baśń o palanciku

     Pierwszy raz o książce "Robot w ogrodzie" usłyszałam w blogosferze. Recenzja blogerki była pełna zachwytu i zadowolenia. Blurb też był zachęcający. Po przeczytaniu książki, zanim ją zrecenzuję, postanowiłam napisać własny:

      "Ben jest palancikiem. Ma fajną żonę, ale tego nie docenia, więc żona odchodzi. Zanim jednak odejdzie w ich ogrodzie pojawi się dziwny robot. Palancik z sobie tylko znanego powodu postanawia się nim zaopiekować, co jest fajne, bo robot jest sympatyczny. Ben rozpocznie wielką podróż - jak myślicie? Czy przestanie być palancikiem?"

      Książka Deborah Install nie powala na kolana - nie jest literackim cudem. Szczerze mówiąc miałam nadzieję, że będzie to książka w rodzaju "Alchemika" - prosta, lekko filozoficzna, wypełniona banałami "ku pokrzepieniu serc"  (proszę tego źle nie zrozumieć - uwielbiam "Alchemika"). Nie była. "Robot w ogrodzie" i "Alchemik" to dwie zupełnie różne bajki.

     Przede wszystkim bohater "Robota" to palancik - tak jak napisałam w moim streszczeniu. Nie palant - Ben nie jest postacią negatywną i po długim poszukiwaniu trafnego określenia dla tej dosyć irytującej postaci, stwierdziłam, że "palancik" będzie odpowiedni. Wiedzie sobie wygodne życie, które przypomina marzenie emeryta (proszę o wybaczenie emerytów - wiem, że to co teraz napiszę to paskudny stereotyp) - nie musi pracować, ma wygodny fotel z widokiem na telewizor i żonkę, która dostarcza mu pod nos posiłki. Do pracy nie pójdzie - no bo po co. Nie rozumie potrzeby żony, która pracować chce - przecież przez to nie może o każdej porze dnia podawać mu jedzenia. Tyle, że jest sympatyczny, czasem miły i towarzyski i ogólnie lubiany przez otoczenie. Po prostu palancik - fajnie z nim pogadać na imprezie, ale żyć w ten jego wegetatywny sposób już nie bardzo.

     Nagle, w jego ogrodzie pojawia się robot. Zaskoczony Ben postanawia się z nim porozumieć i między tymi istotami pojawia się iskra wzajemnej sympatii. Tang okazuje się być uszkodzony, a Ben wiedziony sobie tylko wiadomymi powodami wyrusza w podróż, żeby go uratować.

     Ta wspólna podróż człowieka i robota wiedzie czytelnika przez różne dziwne miejsca i intrygujących ludzi. W tym miejscu ciężko mi się rozpisywać, żeby nie zdradzić zbyt wiele. Moim zdaniem najważniejszą wartością tej książki są właśnie poszczególne etapy wędrówki naszych bohaterów. To właśnie spotkani ludzie i miejsca, w których pojawiają się Ben i Tang, są tym co ma wpływać na zacieśnianie się więzi tej dziwnej pary. No i oczywiście sprawić, że Ben odkryje, że jest palancikiem ;)

      "Robot w ogrodzie" mimo wszystko trochę mnie zawiódł. Nie wiem dlaczego - w końcu to sympatyczna historia, krzepiąca, napisane wcale nieźle. Może to moje oczekiwania sprawiły, że za dużo oczekiwałam. Książka Deborah Install jest przeciętna, może najwyżej dobrą książką. O tym, że ja przeczytałam zapomnę już za miesiąc, a miałam nadzieję, że będzie to powieść, o której będę jeszcze długo pamiętać.

Moja ocena: 5/10
Tytuł: Robot w ogrodzie
Autor: Deborah Install
Dla kogo: Dla tych, którzy akurat nigdzie się nie spieszą i chcą przeczytać jakąś spokojną książkę.

wtorek, 25 kwietnia 2017

Nie lubię, nie oglądam, ale... czytam

     Jak wygląda wieczór meczowy w moim domu? Pan Mąż ogląda mecz, a ja siedzę z nim na kanapie i czytam. Siedzimy wspólnie, ale każdy robi to co lubi. Nigdy, niestety, nie umiałam w sobie wykrzesać w sobie większego entuzjazmu do piłki nożnej. Moim sercem na zawsze zawładnęła koszykówka i nie zostawiła miejsca na zbyt wiele. Potrafię emocjonować się meczami naszej reprezentacji i właściwie nic ponadto.
    Pojawienie się książki "Bundesliga. Niezwykła opowieść o niemieckim futbolu" przyjęłam z zaciekawieniem. Moja uwagę zwróciły zwłaszcza dwa zwroty reklamujące książkę:
    - "To nie naszpikowana datami, nazwiskami i pustymi liczbami historia niemieckich rozgrywek piłkarskich. Ta opowieść sięga znacznie głębiej – do samego wnętrza ligi."
   - "To żywa, pełna niezwykłych ludzkich historii opowieść. Lektura daleko wykraczająca poza sport."

    I pomyślałam wtedy, że za dużo nazwisk zepsuło mi lekturę biografii Phila Jacksona, a za to uwielbiam historię Rondy Rousey, a przecież o MMA nie wiem praktycznie nic, to dlaczego nie spróbować książki o piłce nożnej? Challenge accepted :)


     Całość książki opiera się na dosyć niezwykłym pomyśle - historia powstania Bundesligi pokazana jest przez pryzmat życia jednego człowieka - zawodnika, a później trenera Heinza Höhera. To dosyć ciekawy zabieg, ponieważ zwykle w biografiach nie odbiega się od ich głównego bohatera. W tym wypadku nie brak tu sytuacji, w których Heinza w ogóle nie ma. Na przykład Höher poszedł do domu, a drużyna robi coś w tym czasie - czytelnik jest obserwatorem obu tych sytuacji. Faktem jest jednak, że życie naszego bohatera i dzieje niemieckiej ligi są nierozerwalne i dlatego było możliwe stworzenie takiej książki.

     Opowieść otwierająca całą książkę jest wybrana genialnie - zdradzana jest czytelnikowi tajemnica, o której do tej pory nikt nie wiedział. Czy może być coś lepszego? Aż się ręce rwą do kolejnych stron - co jeszcze tam znajdziemy, jakie tajemnice poznamy?

    Na początku nie poznajemy żadnej (poza ta otwierającą). Kilkadziesiąt pierwszych stron ma przedstawić czytelnikowi postać Heinza - kim był, skąd się wywodził i jakie były początki jego kariery. Nie będę ukrywała - przez tę część trzeba po prostu przebrnąć, żeby dowiedzieć się z kim mamy do czynienia i co się tam w tym historycznym tle dzieje, ale żebym wstrzymywała oddech - no niestety nie. Ale jak ktoś czytał inne biografie to wie, że taka część jest zawsze i nie da się z niej zrobić super lektury (bywają wyjątki). Kiedy już przez to przebrniemy to wtedy dostajemy to co było obiecane. Historię, osobowości, skandale, tragedie. Nie ciągle, nie na każdej kartce, ale są momenty kiedy oczy się rozszerzają ze zdumienia, są też takie kiedy parskałam śmiechem (taktyka na trzy słowa mnie rozwaliła).

      Tak naprawdę ciężko jest coś powiedzieć kiedy dostajemy pół wieku sportowej historii na ponad 400 stronach i nie zdradzić szczegółów. Można tylko pisać właśnie takie utarte, schematyczne zdania. A ja dopiszę może, że w tych utartych, schematycznych zdaniach próbuję przekonać czytelników tej recenzji, że mają okazje przeczytać książkę o człowieku, który schematyczny nie był. Parę razy ktoś nazywa go ekscentrycznym i może zostańmy przy tym dyplomatycznym określeniu.


    Gdzieś w tle całej tej historii o futbolu niemieckim mamy wydarzenia światowe, zimy stulecia, osobiste tragedie. Dla kogoś takiego jak ja - osoby, która nie żyje sportem, jest w tym coś fascynującego. Tyle się dzieje, świat się zmienia, a piłka nożna jest. A nawet JEST! Nie da się tego nie docenić - tej siły sportu, który kocha cały świat. I to jest kolejny powód, dla którego polecam tę książkę.

Moja ocena: 6,5/10
Tytuł: Bundesliga. Niezwykła opowieść o niemieckim futbolu
Autor: Ronald Reng
Dla kogo: Dla miłośników piłki nożnej, ale naprawdę myślę, że właściwie każdy mógłby ją przeczytać. Doskonała na prezent.



Za książkę, jak zawsze pięknie i z uśmiechem, dziękuję 
wydawnictwu Sine Qua Non


czwartek, 30 marca 2017

Kilka porad co zrobić, żeby nasze dziecko czytało

Nie od dziś wiadomo, że czytelnictwo w Polsce spada. Nie czytają dorośli, a co za tym idzie nie czytają dzieci. 

Nieczytające dzieci to nieszczęście, któremu trzeba przeciwdziałać. I to z całą mocą. Tragedia narodowa, katastrofa i wszystkie plagi egipskie. I nie, to nie jest sarkazm. Dorośli są dorośli i jeżeli nie chcą czytać to ich sprawa. Mogą się nawet tłumaczyć, że już się w życiu naczytali (sru-tu-tu-tu) lub podawać inne powody, dla których nie lubią zagłębiać się w lekturze, ale nie mam zamiaru biegać za podobno inteligentną istotą i wciskać jej w ręce powieści.

Z dziećmi i młodzieżą to inna sprawa. Napisano już wiele artykułów o pozytywnych skutkach czytania książek (link - punkt 8 oczywiście nie dla dzieci) i negatywnych też (link - zawsze się na tym śmieję), dlatego nie będę się tutaj zagłębiać w ten temat. Dzisiaj postanowię napisać o tym co my, dorośli możemy zrobić, żeby zachęcić nasze dzieci do czytania.

Słyszałam lub czytałam mnóstwo porad jak to zrobić. 

W tym roku minęło 10 lat mojej pracy w bibliotece, najczęściej z Wypożyczalni dla Dzieci i Młodzieży. 
10 lat obserwowania młodych czytelników i rozmów z nimi. 
10 lat prowadzenia lekcji, warsztatów i bibliotecznych zabaw. 
10 lat "profesjonalnego" zajmowania się literaturą dziecięcą i młodzieżową. 
No i dlatego myślę, że mając za sobą te lata praktyki wolno mi wypowiedzieć się na taki temat.

1. Czytać samemu

Tata rozłożony na kanapie z nosem w książce lub mama relaksująca się w fotelu z herbatą i lekturą działają jak najlepsza reklama. Dziecko nas obserwuje i widzi, że chwila z dobrą powieścią to sama przyjemność.

Nie raz musiałam gryźć się w język, kiedy przychodziła dorosła kobieta i skarżyła się, że jej dziecko nie czyta i prosi o polecenie czegoś ciekawego.
- A co Pani ostatnio czytała? - pytam
- Och, wie pani ja nie mam czasu, tyle rzeczy na głowie...

Z mojej własnej obserwacji wynika, że większość moich stałych czytelników przychodziło do biblioteki we dwójkę - rodzic do dorosłych, a dziecko na dziecięcą.

2. Kupować książki na prezent

Zawsze, na każdą uroczystość należy kupić książkę w prezencie. Dla dziecka będzie to skojarzenie, że książka to coś przyjemnego i ważnego, coś na co się czeka - prezent. Książki są drogie albo kupiliście już jakąś wypaśną zabawkę? Nie denerwujcie mnie zgranym i dawno obalonym "książki są drogie"! Są promocje, allegro, olx, kiermasze i antykwariaty. Dziecko się na was nie obrazi, że kupiliście używaną książkę. Poza tym wiele osób sprzedaje tanio książki przeczytane raz lub nietrafione prezenty, więc czasami nawet nie widać, że egzemplarz był już używany.

3. Brać przykład z innych


Z tego co wszędzie słychać i o czym informują nas media, Polska jest na samym dole tabelek ze statystykami czytelnictwa. Co w takim razie dzieje się w innych krajach, że czytelnictwo kwitnie, a pisarze żyją z pisania (u nas mogłaby żyć z pisania garstka najpopularniejszych autorów - cała reszta ma normalne prace)? Poszukajmy, podowiadujmy się! Niektóre rozwiązania można wprowadzić we własnym domu, inne zaproponować w klasie lub szkole. 
Sama jak tylko Mały Pędzik i Słoneczny Filozof pójdą do szkoły mam zamiar namówić ich nauczycielki na "rzuć wszystko i czytaj". Polega to na tym, że uczniowie mają ze sobą książki. Co pewien czas ze szkolnych głośników rozlega się sygnał, a wówczas wszyscy odkładają pióra, wyłączają komputery, przestają mnożyć i oddają się na 10 minut lekturze. Taką akcję znam z bloga polki, która mieszka w Katarze i jej dzieci miały tam taką zabawę. Blog już nie działa, ale jakby ktoś chciał poczytać to proszę link - tu o czytaniu, link - tu blog

4. Czytać od najmłodszych lat

O tym punkcie chyba nie muszę się rozpisywać. Akcja Cała Polska Czyta Dzieciom robi to za mnie od lat. 
Dlaczego warto czytać dziecku? - wypisane w punktach.

5. Nie wciskać swoich ulubionych książek

Rodzice, aby zachęcić dziecko do czytania często polecają pociechom swoje ulubione książki z dzieciństwa. W 90% przypadków to błąd. Dlaczego? 
Załóżmy, że od dzieciństwa rodzica minęło około 20 lat. Zmienił się styl pisania, sposób wydawania książki, pojawiły się technologie, których wcześniej nie było, porusza się inne tematy. Owszem są powieści, które nigdy nie odejdą w zapomnienie, jak "Dzieci z Bullerbyn" czy "Ania z Zielonego Wzgórza", ale niestety wiele książek powoli zostaje na bibliotecznych półkach. Z ogromnym smutkiem obserwuję, że niegdyś wyrywana sobie "Ala Makota" stoi zapomniana, coraz ciężej przekonać mi dziewczyny do pierwszych tomów "Jeżycjady". W przypadku książek dla najmłodszych jest trochę lepiej, ale i tam widać zmiany gusta czytelników

6. Zorganizować dziecku jego własną półkę z książkami

W skrócie - własna półeczka to również powód do dumy, zwłaszcza jeśli rodzic wypełni ją odpowiednimi pozycjami. Kiedy ją zorganizować i jak dobrać książki - o tym  osoby artykuł LINK

7. Nie naciskać na czytanie, lektur też.

Na warsztatach zorganizowanych przez CPCD, w których brałam udział, pani psycholog tłumaczyła, że nawet czytać dziecku należy wtedy kiedy ono samo chce, a nie zmuszać do słuchania. 
Wiadomo - im bardziej naciskamy, tym bardziej dziecko uparte i nie chce.
Co do samych lektur wszyscy wiemy - kanon prawie nie zmieniony od lat, na wspomnienie niektórych "dzieł" budzimy się z krzykiem w nocy. Coraz więcej uczniów czyta streszczenia - nawet ci dobrzy uczniowie. Nie te tematy, nie ten styl i bardzo często - nie ten czas. Czytania Literatury (celowo z dużej litery) trzeba się nauczyć. Zanim pobiegniemy w wyścigu musimy wstać, nauczyć się chodzić, potem biegać w ogóle i dopiero możemy się ścigać. Mówi się, że każdy Polak powinien przeczytać "Pana Tadeusza" i sienkiewiczowską trylogię. No jasne, ale niech to będzie dorosły Polak świadomy swojego wyboru i świadomy tego co czyta. Nie męczmy nastolatka, którego największym czytelniczym osiągnięciem jest czytanie internetowych wiadomości sportowych, "Krzyżakami"! A potem wielkie dziwo, że nastolatek nie wie, że czytanie to frajda.

8. Komiks to nie głupota!

Pomijany, niedoceniany, czasem w artykułach o czytaniu wskazywany jako "mniejsze zło", bo więcej obrazków niż tekstów.
Boleśnie lekceważony, krytykowany za infantylność, potrafi być lepszy niż niejedna książka.
To też się nadaje na osoby artykuł - komiks, w dzisiejszych czasach jest trwałym elementem kultury. Czasem to świetne historie, masowo ekranizowane jak uniwersa Marvela i DC, czasem dzieła sztuki jak seria Azymut, a czasem, tak jak tzw. "czytadła", rewelacyjny sposób na relaks. 

Ile w samym "Kaczorze Donaldzie" odniesień do literatury! Mnóstwo historii zostało opartych na klasykach - "Cierpienia młodego kaczora", "Zakochany złośnik" i wiele innych. Pojawiają się ciekawe postacie - artyści, bohaterowie, sportowcy, których znamy z realnego świata.

9. Poszukajcie książek, które spodobają się i Dziecku i Tobie

Kiedy z westchnieniem bierzemy do ręki książkę, przewracamy oczami i  mówimy zrezygnowanym głosem "Dobrze, poczytam Ci o konikach" to dajemy raczej negatywny obraz czytania. Czasem trzeba zacisnąć zęby i przeczytać córce książeczkę o kucykach. I to z entuzjazmem! Albo poszukać powieści, które spodobają się wam wszystkim.
Nie istnieje (jeszcze!) w Polsce coś takiego jak literatura rodzinna. Znaczy istnieje, ale nie jest traktowana jako osoby dział. Rozmawiałam o niej z autorem książek dla dzieci i młodzieży, panem Pawłem Beręsewiczem, który stara się tworzyć taką właśnie literaturę (i mu się udaje :) )
Najprościej rzecz ujmując - chodzi po prostu o książki, których czytanie sprawi przyjemność i małym czytelnikom i dużym. Coś jak film "Shrek" - niby bajka, a to dorośli najwięcej się śmiali (że nie wspomnę o scenach, które dla dziecka w ogóle nie były odpowiednie)
Takich książek jest coraz więcej - Mikołajek, Ciumkowie i inne powieści Pawła Beręsewicz, książki Łukasza Wierzbickiego. Trzeba szukać.

10. Przyjdźcie do biblioteki.

Z chodzenia do biblioteki można zrobić wspólny rytuał. Może być to naprawdę miła wycieczka. Biblioteki mają coraz większą ofertę nie tylko książkową, ale też lekcje, zabawy, zajęcia.
No i nawiązując do punktu 5, kto jeśli nie bibliotekarka poleci ciekawą, współczesną i "na topie" książkę dla Twojej pociechy?

11. Dostosuj temat do swojego dziecka

Znowu nawiązanie do punktu 5. Choćbyś był nie wiem jakim fanem Harrego Pottera i jaka by nie była świetna Ania Shirley to nie dawaj ich dziecku, jeżeli najbardziej na świecie lubi zwierzątka lub pojazdy. Poszukaj ciekawych książek o tym co lubi dziecko - podpowie Ci bibliotekarka lub internet.

12. Pogódźcie się z tym, że wasze dziecko po prostu czytać nie lubi...

Mam nadzieję, że w tym punkcie się mylę. Niestety osobiście znam rodzinę, gdzie pasjonaci książek mają trójkę dzieci. Najmłodsze i najstarsze kocha czytanie, za to średniego nie namówisz żadną siłą. Nie lubi i już...


poniedziałek, 20 marca 2017

Mój pierwszy raz z Musso

    Wracam do życia blogowego - mam nadzieję, że szpitale, choróbska i inne paskudztwa już za mną i moją rodziną. Nareszcie czytam i mam chwilkę, żeby pomyśleć o tym, że czytam. Wierzcie mi - naprawdę czasem trudniej jest znaleźć czas na myślenie niż czytanie.

    Jednak ten czas nadal mam mocno ograniczony i w związku z tym postanowiłam, że wrócę do literackiego świata czymś co uchodzi za lekkie i sprawdzone. Mój wybór padł na książki Guillaume Musso, w którym wiele moich koleżanek zaczytuje się z przyjemnością.

    W domu mam kilka jego książek - kupionych na wyprzedażach, nabytych na wymianach książkowych. Przyznaję, że nie zastanawiałam się, którą pozycję mam wybrać - wzięłam "Kim byłbym bez ciebie?", bo była pierwsza z brzegu.
 
    "Kim byłbym bez Ciebie" opowiada o miłości Martina i Gabrielle. Zakochują się w sobie jako dwudziestolatkowie, ale los ich rozdziela. Martin próbuje jeszcze walczyć, ale przegrywa. Mijają lata, a mężczyzna nadal żyje wspomnieniem miłości swojego życia. Wiedzie samotne życie policjanta, a jego celem jest złapanie nieuchwytnego przestępcy - złodzieja obrazów. Archibald skradł wiele dzieł sztuki - czym zakończy się jego pojedynek z młodym policjantem?

      Wrażenie? Jestem jednocześnie zadowolona, zaintrygowana i rozczarowana.

    Zadowolona, bo książka  faktycznie była tym czego oczekiwałam - uroczym, napisanym przyzwoicie romansem, który przeczytałam błyskawicznie. Nie musiałam się skupiać, wysilać, myśleć, bo lektura po prostu płynęła przed moimi oczami. 

    Zaintrygowana, ponieważ autor nie bał się przełamać granicy fantastyki, dzięki czemu wyłamał się typowemu romansidłu. Miałam okazję zobaczyć jego wyobrażenie "życia w śpiączce" i wyłamanie się barierom logiki. To miła odmiana, ponieważ zwykle autorzy wyciskaczy łez unikają czegoś takiego jak ognia. Nawet jeśli czasem ich książki "łamią bariery logiki" to robią to w inny, niezbyt pozytywny sposób ;)  - mówię oczywiście o momentach kiedy bohaterowie robią coś wbrew zdrowemu rozsądkowi i zachowują się idiotycznie, a dzieje się tak tylko dlatego, że autor nie wiedział jak popchnąć historię do przodu.

    Niestety, żeby nie było zbyt miło i cukierkowo mam również kilka dosyć poważnych zarzutów. Przede wszystkim autor niestety nie unika owych idiotycznych zachowań. Motorem całej historii jest rozdzielenie kochanków, ale kiedy Martin podejmuje desperacką próbę zachowania ich miłości i leci do Nowego Jorku, Gabrielle nie przyjeżdża. Czemu akurat tam, skoro poznali się w San Francisco i tam mieszkała dziewczyna?  I czemu nie powiedziała Martinowi, dlaczego nie przybyła na spotkanie? Nie była to tajemnica, której nie można by było powiedzieć ukochanemu. 
    Takich  "sztucznych napędzaczy akcji" jest jeszcze kilka, ale można powiedzieć, że to się zdarza. Nie rozumiem jednak, dlaczego autor wprowadził wątki Swietłany i dziewczynki z ośrodka wychowawczego? Oba są bardzo ciekawe, ale potraktowane tak pobieżnie, że aż przykro. Takie "Wow, Martin jest taki super ekstra, ma złote serce, patrzcie" i poza tym nic.
     Najgorsze jednak jest zbyt płytkie potraktowanie postaci Archiego. Wiem, że "Kim byłbym bez Ciebie" nie miała być powieścią sensacyjną, ale parę szczegółów dotyczących jego włamań mogłoby być interesujące.
     Najdziwniejsze było jednak zakończenie, które sprawiało wrażenie jakby autorowi znudziło się pisanie i chciał je zakończyć jak najszybciej.

    Minusem jest niestety również nasze polskie wydanie. Opis książki z tyłu okładki zawiera błąd i to w imieniu głównej bohaterki. Czcionka jest ogromna, jak w wypracowaniu ucznia, który miał oddać 5 stron, a napisał tylko 3 (chociaż to, dla niektórych pewnie będzie akurat plus).

     Kiedy w bibliotece pojawia się jakaś nowa książka Musso natychmiast robi się kolejka czytających - rozumiem teraz dlaczego tak się dzieje, ale ja do tych kolejek nie dołączę. Dam autorowi jeszcze jedną szansę i przeczytam inną jego powieść, ale tym razem postaram się dobrze przemyśleć którą. 

Moja ocena: 5/10
Tytuł: Kim byłbym bez Ciebie?
Autor: Guillaume Musso
Dla kogo: Nie wiem

wtorek, 14 lutego 2017

1 by wszystkimi rządzić, a 11 by zostać legendą ;)

    Kiedy ktoś interesuje się koszykówką, a zwłaszcza NBA to są pewne nazwiska, które musiał słyszeć. Jordan, Bryant, Rodman, O'Neal, Malone, Barkley, Chamberlain i wiele innych. Kiedyś muszę siąść i z ciekawości zacząć spisywać - ile byłabym w stanie wypisać z pamięci nazwisk koszykarzy z amerykańskiej ligi. Oczywiście znakomita większość to byliby gracze z lat 90-tych, ale, nie chwaląc się, myślę, że lista byłaby długa. Mam po prostu ogromny sentyment do czasów kiedy na parkietach królowało Chicago Bulls, Michael Jordan był bogiem, a najnowszy numer Magic Basketball przechodził z rąk do rąk.
    W domu mieliśmy film dokumentalny o Harlem Globetrotters, który oglądaliśmy z bratem tak często, że "Sweet Georgia Brown" (hymn drużyny) była chyba najczęściej nuconym (gwizdać nie umiałam) przeze mnie utworem.
     
     Wiem, że kluczę wokół tematu, ale zaraz przyznam się dlaczego. Wśród całej plejady gwiazd, nazwisk, które zapamiętam do końca życia było też jedno dosyć szczególne - Phil Jackson, trener-geniusz. Jego biografia, kiedy tylko się pojawiła, wskoczyła na szczyt mojej osobistej listy "do przeczytania". Wreszcie ją dorwałam i no... mam problem.

    Phil Jackson jest uważany za jednego z najlepszych trenerów w historii NBA. Historia jego kariery jest bardzo rozległa - zaczyna się pod koniec lat 60-tych i nadal trwa. Materiału na biografię zebrało się sporo. 

    "11 pierścieni" tradycyjnie rozpoczyna się dzieciństwem i młodością, ale jest to niesamowicie krótkie - takie "dzień dobry, czytelniku, muszę o tym powiedzieć, bo wypada, ale już kończę". I właściwie bardzo dobrze, bo w przypadku takiej postaci nie bardzo chce mi się czytać o jego kłótniach z rodzeństwem itp. Potem następują opowieści o początkach kariery Phila, o latach kiedy sam był koszykarzem i przyznam się wam - dla mnie to była droga przez mękę, dwa razy byłam bliska odłożyć tę pozycję na zawsze.
     Dlaczego?
   Przytłoczyła mnie ilość nazwisk, o których wspomniał autor - koledzy z drużyny, działacze, trenerzy, przeciwnicy, ludzie, którzy byli jakąś inspiracją. Jeżeli ktoś nie interesował się koszykówką lat 70-tych (czyli na przykład ja) to byli to anonimowi ludzie, których mnogość tylko mieszała w głowie. Były jednak w tym fragmencie informacje istotne, tam pojawiają się początki taktyki ofensywy trójkątów, które były tak ważne w pracy trenera. Nie wydaje się, że można pominąć ten fragment opowieści, więc po prostu brnęłam przez kolejne 100 stron, aż dotarłam wreszcie do ery Chicago i mój odbiór biografii zmienił się o 180°.
      
     W stylu nic się nie zmieniło, ale nagle postacie, które pojawiały się wokół trenera były mi znane - to właśnie na te czasy czekałam. I w tym momencie książka stała się dla mnie chyba jedną z najlepszych biografii sportowych. Phil Jackson był w centrum wszystkiego, a ja chciwie łapałam informacje o nim, jego inspiracjach, ciekawostkach i całej galerii osobowości kręcącej się w okolicy. Współpraca z gwiazdami, dążenie do zdobycia mistrzostwa, a przede wszystkim ta pasja w trenowaniu tych młodych chłopaków było wyjątkowe. Nie wiem na ile to upiększenie samego bohatera, a ile czysta prawda, ale sposób prowadzenia drużyny, wzorce, z których Jackson czerpał i jego pomysły - to wszystko wywarło na mnie duże wrażenie.
     Swoje życie prywatne Phil w większości pomija, czasem pojawia się jakieś wtrącenie, ale generalnie nie ma większego wpływu na główne przesłanie książki, które można streścić w jednym zdaniu: "Kocham koszykówkę, chcę być najlepszym trenerem i oddaję się temu w 100%".

      "11 pierścieni" to naprawdę wyjątkowa pozycja wśród biografii ludzi koszykówki, ale trzeba być przygotowanym na to, że życiorys zawodowy Phila Jacksona idzie praktycznie równolegle z całą historią NBA od lat 70tych i ma to bardzo duży wpływ na treść książki i ilość nazwisk, które pojawiają się na jej kartkach. Nie wyobrażam sobie jednak, że jakiś fan koszykówki może pominąć tę pozycję, zwłaszcza, że pojawiają się na jej kartach historie związane chyba ze wszystkimi gwiazdami tego sportu z ostatniego ćwierćwiecza.

Moja ocena: 7,5/10
Tytuł: Phil Jackson. 11 pierścieni
Autor: Phil Jackson, Hugh Delehanty

Dla kogo: Dla fanów

piątek, 3 lutego 2017

Owocowe życie

     Owocowa trylogia Izabeli Sowy została już trochę zapomniana. Kiedyś bardzo popularna - te książki rzadko stały na bibliotecznych półkach - obecnie zginęła gdzieś pod nawałem innej babskiej literatury. Postanowiłam o niej przypomnieć, bo to naprawdę wyjątkowe książki.

Malina w szale odchudzania, który chyba zna każda kobieta:
"Przez dwa dni chodziłam dumna i blada. Pękłam trzeciego (...). Łupało mnie w głowie po mleku. Ser tofu smakował jak gips rozrobiony z kranówą. Trzeciego dnia stanęłam na wadze. Ani grama mniej. Tyle mordęgi na nic. Burczenie w żołądku. Koszmary o bitej śmietanie, ślina do ziemi na widok gorących drożdżówek. Bolesne marzenia o chrupiącej piętce razowca z masłem i pomidorem. Trzęsącym paluchem wykręciłam numer Telepizzy. Zamówiłam jedną dużą ze wszystkimi dodatkami. Była akurat promocja i dostałam drugą dużą, margaritę z oliwkami. Zjadłam obie. Popiłam piwem, a potem leżałam rozwalona jak jamnik. Pełna pizzy i pogardy dla siebie."
     Czy właściwie muszę pisać więcej? "Smak świeżych malin" i kolejne części to po prostu konkretne dawki humoru. Malina, jak mało która bohaterka, dostaje od życia w taki sposób, że czytający zwija się ze śmiechu. Kilka scen powinno mieć miano kultowych, ale nie będę dawać przykładów, żeby nic nie zdradzić.

     Kolejne części trylogii, a właściwie tetralogii to "Cierpkość wiśni", "Herbatniki z jagodami" i "Zielone jabłuszko". Każda książka ma nową bohaterkę, ale czasami gościnnie pojawia się jakaś postać z innej powieści. Nie muszę chyba uświadamiać nikogo, że wszystkie trzymają poziom, a autorka udowadnia, że potrafi stworzyć świetnych bohaterów, którzy nie są kalkami tych z poprzednich książek. Tutaj też pojawia się gigantyczny plus - bohaterki nie noszą znamion marysujkowatości, która tak często irytuje w przypadku babskiej literatury.

     Jedynym minusem tych książek jest upływający czas. Brak telefonów komórkowych i innych wynalazków ostatnich lat może nie przeszkadza w historii, ale momentami czytelnik odczuje przeskok cywilizacyjny.

     Polecam te książki, bo są naprawdę fajne i odprężające. Warto je odkopać, zdmuchnąć kurz i przeczytać historie, o których często możemy powiedzieć - znam to, miałam tak samo, czułam to samo.

Moja ocena 8/10
Tytuły: "Smak świeżych malin", "Cierpkość wiśni", "Herbatniki z jagodami" i "Zielone jabłuszko"
Autor: Izabela Sowa
Dla kogo: Dla kobiety, która zmęczona po pracy chciałaby usiąść na kanapie pod kocem i się zrelaksować.

wtorek, 31 stycznia 2017

Walka i przygoda

      Parę lat temu do biblioteki przychodził chłopiec, który przeczytał książkę Erin Hunter "Na wolności". Czytał sporo książek, ale za każdym razem kiedy coś wypożyczał pytał o kontynuację serii "Wojownicy". Nie udało nam się jej wtedy zakupić, ale chłopak jeszcze długo miał nadzieję, że uda mu się dostać drugą część.
      Przypomniało mi się to, bo w moje ręce trafiła książka, która została wydana w zeszłym roku i okazała się być tym oczekiwanym drugim tomem! Wydawnictwo Nowa Baśń najwidoczniej przejęło prawa do serii i wydało ją od początku. Trzymałam "Ogień i lód" w ręku i wspomniałam zachwyt tamtego chłopca (obecnie już dorosłego mężczyzny), jego upór, żeby zawsze zapytać o tę książkę i pomyślałam sobie - "sprawdzę jak się to czyta..."

     Powiem jedno - strasznie cieszę się, że nie przeczytałam tej powieści wtedy! Cieszę się, bo tak jak tamten czytelnik, niecierpliwie czekałabym na kontynuację, która przyszła dopiero po około 12 latach. A wierzcie mi - czekałabym.
    
     W lesie polują cztery kocie klany. Ich terytoria ustalili przed wiekami przodkowie. Jednak nie wszystkim to pasuje - jeden z klanów chce dla siebie więcej terenów i zdobyczy. Spokój zostaje zachwiany, koty szykują się do walk. W tym czasie w jednym z klanów pojawia się Rudzielec - kot domowy, który postanawia zmienić swoje życie - zostać kocim wojownikiem.

    Słuchajcie, ja sobie zdaję sprawę jak infantylnie to brzmi. Koty, las, wojownicy, klany. Dlatego jest bardzo ciężko pisać mi tę recenzję, ponieważ naprawdę, naprawdę chcę, żeby ktoś kto trafi na ten wpis zrozumiał, że piszę o niesamowitej książce. To prawdziwa powieść przygodowa - taka jakiej już dawno nie czytałam (właściwie od czasów pierwszej części "Zwiadowców"). 
    
    Skończyłam już trzeci tom i jestem zachwycona właściwie wszystkim co składa się na tę powieść. Od strony wizualnej - nowe okładki są zdecydowanie lepsze i fajniejsze od poprzedniego wydania. Jeśli chodzi o treść - akcja biegnie do przodu cały czas, wątki przeplatają się ze sobą, tematy ucichają, żeby za parę stron wrócić ze zdwojoną mocą. Dodatkowo trzeba przyznać, że autorka nie ucieka od tematów ciężkich - jak śmierć, zabijanie, czy wygnanie i równoważy to współczuciem, odwagą i poświęceniem. Świetne postaci, sceny walk, a wszystko to wspaniale opisane - bez dłużyzn, nudów czy irytujących, nielogicznych rozwiązań. Każdy kto po "Wojowników" sięgnie, może mieć pewność, że czyta naprawdę wartościową książkę.

      Erin Hunter stworzyła świat, który wciąga i nie puszcza. Łatwo jest zapomnieć, że czytamy książkę dla młodzieży. I te koty, które teoretycznie powinny odrzucać dorosłego czytelnika (jest ta myśl w głowie, że czytasz książkę o zwierzątkach), wprowadzają taki element dzikości, poczucia wolności oraz zachowań, które u ludzi byłyby nienaturalne, że z powodzeniem można by reklamować to jako powieść dla dorosłych. W końcu "Shrek" też nie był bajką dla dzieci, a w tym roku widzowie zachwycali się rewelacyjną "Zootopią" - dlaczego więc "Ucieczka w dzicz" nie mogłaby trafić w gusta dorosłego człowieka?

     Polecam i cieszę się, że kolejny tom już w księgarniach!



Moja ocena: a co mi tam -  9/10
Tytuł: 1. Ucieczka w dzicz, 2. Ogień i lód, 3. Las tajemnic, 4. Cisza przed burzą
Seria: Wojownicy
Autor: Erin Hunter
Dla kogo: Dla wszystkich od lat 12-u

wtorek, 24 stycznia 2017

Komiksy X-men - gdzie zacząć czytać?

     Superbohaterowie ostatnimi czasy rządzą ekranami kinowymi. W 2016 filmy z ich udziałem pojawiały się co chwilka, fundując widzom lepszą lub gorszą rozrywkę. Mówiło się swego czasu, że to filmy tylko dla fanów komiksów, ale liczba sprzedanych biletów porównana z liczbą czytelników zdecydowanie przeczy tej tezie. Reklama i marketing, efekty specjalne, znani aktorzy, czy po prostu ciekawe historie przyciągają do kin również tych, którzy wcześniej do oryginału nie zajrzeli. Natomiast po obejrzeniu fajnego filmu mogą mieć ochotę na przeczytanie takiego komiksu i tu zaczynają się schody.
     Wypożyczalnie komiksowe, jeżeli już w ogóle są, to raczej w dużych miastach, a i tak rożnie bywa z zasobami. Dlatego najlepiej taki komiks kupić na własność. Wchodzimy na strony sklepu, albo idziemy osobiście do księgarni, a tam...dużo tytułów. Od czego zacząć?
   
     Grupa X-men skradła moje serce już dawno - i nie komiksowo, ale filmowo właśnie. Moja przygoda zaczęła się kiedy zobaczyłam ekranizację z 2000 roku. Film leciał sobie w telewizji, a ja nie miałam nic do roboty, no to pomyślałam spojrzę. I przepadłam - to była miłość ;) Druga część utrwaliła tylko to uczucie i po kilku seansach zaczęłam szukać możliwości przeczytania komiksów. Dla was przedstawię efekt moich poszukiwań.


     Można sobie zadać pytanie, po co to piszę skoro mamy do dyspozycji wujka google i każdy sobie na pewno znajdzie odpowiedź sam? Otóż nie jest to takie proste, ponieważ w Internecie w znakomitej większości istnieją pasjonaci, którzy na pytanie "gdzie zacząć czytać X-men" wezmą pod uwagę WSZYSTKO - łącznie z komiksami anglojęzycznymi.

Przykłady:
1. Artykuł o kolejności czytania - spróbujcie przebrnąć przez połowę bez poplątania i bólu głowy
KLIK 

2. Mój ulubiony ICHABOD - ostatnio bez jego rekomendacji nie oglądam filmu (nie posłuchałam go jeśli chodzi o "Assassin's creed" i mam nauczkę, że NALEŻY SŁUCHAĆ ICHABODA!). Wszystko super, bardzo fajnie tłumaczy, ale to pasjonat, którzy bierze pod uwagę przede wszystkim niepolskie publikacje).

      No dobra - przechodzimy wreszcie do odpowiedzi, gdzie zacząć czytać X-men?
  
     Na początek proponuję obejrzeć sobie, jeszcze raz (albo pierwszy raz) filmy "X-men" z 2000 i "X-men 2" z 2003 roku. Nie żartuję - te filmy fajnie wprowadzą w klimat serii i będą dobrym początkiem podróży uniwersum. Nie przyzwyczajajcie się jednak do postaci. W komiksach, jeśli w ogóle żyją, to często są to zupełnie inne charaktery.

     Potem już sobie spokojnie można zacząć serię All-New X-men wydaną przez Egmont. A oto dlaczego właśnie ją:
    
     Generalnie nie wydano u nas wcześniej tak wiele komiksów o mutantach:
  1.  53 komiksy wydane przez TM-Semic w latach 90-tych
  2.  "Ultimate X-men" 8 tomów w kolekcji Dobry komiks
  3.  "New X-men" 4 tomy w kolekcji Dobry komiks
  4.  Astonishing X-Men wydanych przez Mucha Comics
  5.  Kilka komiksów w ramach Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela
      Dlaczego nie polecam tych wcześniejszych publikacji na pierwsze?
      Po pierwsze finanse. Można zacząć czytać od komiksów TM-Semic, ale o bibliotekach możecie zapomnieć. Albo macie kumpla, który wam komiksy pożyczy, albo kupujecie sami. Nie powinno być trudno - co rusz pokazuje się jakiś nieszczęśnik, który chce sprzedać całą serię. Za co najmniej 400 zł. Jeśli tyle macie to wystarczy przejrzeć allegro lub olx, kupić i zacząć czytać. Można też kupować po parę komiksów co jakiś czas, ale wtedy gdy zakończycie serię te wydawane obecnie będą daleko do przodu. I znów będzie trzeba nadganiać.
      Z tego samego powodu nie polecam serii Astonishing X-Men, który ma co prawda tylko 4 tomy, ale mają czasem masakryczne ceny. Osobiście jej nie czytałam i bardzo nad tym ubolewam, bo szczerze mówiąc, podobno jest świetna.
       
       "Ultimate X-men" jest obecnie najtańsza - poszczególne tomy można kupić dosłownie za parę złotych, ale jest to dziwaczna seria i lepiej ją przejrzeć dopiero kiedy już wkręcimy w temat.

      "New X-men" byłoby całkiem przyzwoite, gdyby nie to, że wydano 4 numery i potem cisza.

      Jeśli zaś chodzi o Wielką Kolekcję to mam bardzo mieszane uczucia. Wizualnie jest niesamowita, dodatki w środku ciekawe, ale to trochę tak jakbyście obejrzeli 20 minut filmu, który wam się podoba, a potem przerwali i nie wiedzieli kiedy będziecie mieli możliwość obejrzeć resztę. O ile w ogóle będzie taka możliwość.
    
      Przechodzimy do tego co jest wydawane obecnie.
      Egmont, póki co, wydaje 3 X-menowe serie:
  • All-new X-men
  • Uncanny X-men
  • Wolverine i X-men
    Dodatkowo wydawane są serie o wysokiej zawartości X-men w organizmie:
  • Uncanny Avengers
  • Deadpool
  • Thunderbolts
       Czyli jak widzicie też jest w czym wybierać. Osobiście tak jak wspomniałam polecałabym przede wszystkim All-New ze względu na to, że jesteśmy w stanie dość łatwo połapać się w mutantach - jest dużo tych, których znamy z filmów. 
       Dodatkowo warto też zaopatrzyć się w Uncanny, którego bohaterowie to Ci "z drugiej strony barykady". Na początek wystarczy, zwłaszcza, że te dwie serie łączą się potem w "Bitwie Atomu", która znowu cały układ sił przewróci do góry nogami... Oczywiście, fajnie by było czytać też Wolverina, ale myślę, że jeżeli na razie chcecie tyko "sprawdzić czy wam się podoba" to nie ma sensu od razu zakopywać się we wszystkie serie.
 
      Co do tych trzech serii z zawartością X-men - najbardziej powiązane jest chyba Uncanny Avengers, w którym jedną z głównych postaci jest Havok (znany z filmów "Pierwsza klasa", "Przeszłość, która nadejdzie" i "Apocalypse") oraz Rogue (znana z pierwszych 3 części). 
     W "Deadpoolu" i "Thunderbolts" mamy raczej występy mocno gościnne, ale wymieniłam te serie, bo są ciekawe i klimatem pasują do universum.

     To by było na tyle - pytania możecie dawać w komentarzach. Będę wiedziała to odpowiem, nie będę wiedziała to podziękuję za komentarz ;)

      Niestety w temacie innych superbohaterów wątpię, żebym umiała pomóc. Spiderman jakoś mnie nigdy nie rajcował, w Avengersach dopiero raczkuję, ze Strażnikami Galaktyki niedawno zaczęłam swoją znajomość. Na Batmanie zatrzymałam się w XX wieku (ale to nadrobię!), a Superman... nigdy go nie doceniałam - może to się kiedyś zmieni.