czwartek, 12 października 2017

Blog Book Meeting - 07.10.2017

    O BBM dowiedziałam się, a jakże - z Facebooka. I to dowiedziałam się za późno, bo po pierwszym spotkaniu. O nie! Takie fajne, a ja przegapiłam? Nie ma mowy - na drugim będę na pewno!

I byłam :) I było super!

     Blog Book Meeting to spotkanie skierowane przede wszystkim do blogerów książkowych, ale każdy kto będzie zainteresowany może się na nim pojawić. Zawsze są zaproszeni autorzy, wymiana książkowa, gadżety do książek i ta unikalna atmosfera spotkania ludzi, którzy nigdy nie zapytają - "Po co czytasz książki" mierząc cię jednocześnie wzrokiem wypełnionym pogardą.

    Drugie spotkanie blogerów odbyło się w pizzerii "Radełko" w Sosnowcu. I o ile dojazd dla bezsamochodowców był tam dosyć utrudniony, to samo miejsce rekompensowało kłopotliwe dotarcie. Bardzo sympatyczne, przestronne, z dwiema strefami - po jednej stoliczki + miejsce dla dzieci z zabawkami, po drugiej kanapy i niskie stoliczki. I pyszna, bardzo syta pizza. Znalazłam też dowód na to, że właściciele mają poczucie humoru, a z takimi przecież najlepiej współpracować :)


Kiedy się już wszyscy rozsiedli, nadszedł czas na spotkania z autorami.

     Halina Socha -  terapeutka reiki, autorka dwóch książek, które opublikowała sama, a właściwie zrobił to jej mąż w ramach prezentu :) Najpierw pisała opowiadania i rozsyłała je po przyjaciółkach. Sama mówi, że książka jej się przyśniła. 
     Pisze dla przyjemności, najczęściej w nocy, nie ma żadnych rytuałów, . Czas na pisanie zaakceptowała rodzina i daje jej spokój w czasie napadów twórczości.

   Pani Halina to przede wszystkim fascynujący człowiek, pełen pasji i życzliwości. Chętnie dzieliła się swoim doświadczeniem, podpowiadała gdzie się udać, żeby "ruszyć" z swoimi marzeniami. Spotkanie z nią było naprawdę ciekawym doświadczeniem i myślę, że nawet jeśli ktoś w ogóle nie czyta książek to sama Pani Halina jest tak barwną i interesującą postacią, że nie powinien żałować czasu spędzonego z nią. Ja osobiście wiele się od niej dowiedziałam nie tylko o świecie literackim, ale też o wszystkim co Panią Sochę ciekawi.

     Drugim zaproszonym autorem był Pan Jacek Getner - wyjątkowy dżentelmen i sympatyczny człowiek. Ze spotkania z nim nie mam praktycznie notatek, bo żal mi było pisać kiedy ktoś opowiada takie rzeczy. Pierwszą rzeczą, którą zrobiłam po spotkaniu z nim to wyczarowałam sobie jego książki i zamierzam je przeczytać. A warto nadmienić, że pisze on kryminały, za którymi przecież nie przepadam.
    Oprócz książek o Panu Przypadku, jest scenarzystą "Klanu" i gry "Wiedźmin. Zabójcy królów". Przez wiele lat współpracował z kobiecym pismem (nie zdradził z jakim), pisał też dla "Malanowski i partnerzy". 

     Pomimo tego, że najbliższy moim zainteresowaniom jest "Wiedźmin" to właśnie książki Pana Getnera zainteresowały mnie najbardziej. Dlaczego? Dlatego, że kiedy o tym opowiadał czuć było pasję. I to taką zaraźliwą. Trudno - muszę czytać kryminały :)


  

      Trzecim spotkaniem i niestety ostatnim, na którym mogłam być było spotkanie z Katarzyną Targosz. Pani Kasia to człowiek renesansu. Pisze książki dla dorosłych i dla dzieci, prowadzi bloga (jedna z nas ;) ), robi zdjęcia (piękne!) i robi biżuterię. Była również modelką. Mały zazdrośnik we mnie kazał ją od razu znielubić, ale się nie udało. Pani Targosz okazała się być przemiłą osobą, a na dodatek fascynującą. Nie pisze "bo trzeba", pisze kiedy ma natchnienie i już.
      I tu również ze wstydem przyznaję, że książek jeszcze nie czytałam. Zwracam jednak uwagę na słowo "jeszcze". Szczególnie zainteresowało mnie porównanie książek Pani Katarzyny do Joanny Chmielewskiej. To trzeba sprawdzić!

    Niestety na ostatnim spotkaniu nie mogłam już zostać. A bardzo żałowałam, bo było to spotkanie, na którym chyba najbardziej mi zależało, bo gościem miała być Magdalena Pioruńska - autorka fantasy.

     Mały Pędzik i Słoneczny Filozof wzywali...

    Jadąc autobusem do domu analizowałam sobie wszystko w głowie. Nie mogłam uwierzyć, że czas minął tak szybko, że przesiedziałam w "Radełku" ponad 6 godzin. A chciałabym jeszcze!

    Dziękuję Wam Dziewczyny  za Blog Book Meeting! Na następnym spotkaniu również będę :)

   Organizatorkami BBM są Kasia z Poligonu Domowego oraz Paulina z Yakie Fayne

wtorek, 19 września 2017

Jeden dzień na MFKiG 2017

   Na fejsbukowych grupach od tygodni pojawiały się informacje na temat tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier. Kto będzie, jakie gwiazdy, czy będą autografy? A stoiska? A zapowiedzi premier? A będzie coś można kupić przedpremierowego? Informacje były na wagę złota - prawie wszyscy czekali, wybierali się, planowali iiii... wreszcie nadszedł ten dzień.
    Na MFKiG byłam po raz pierwszy. Nie udało mi się wyczarować wolnego czasu na wszystkie trzy dni, dlatego pojechałam w sobotę.


Tak Atlas Arena prezentowała się w środku.
   W temacie komiksów nadal uważam się za początkującą, dlatego na tego typu imprezach najbardziej interesują mnie spotkania i wykłady. Kiedy przeglądam relację innych uczestników ze zdumnieniem stwierdzam, że często piszemy o zupełnie innych rzeczach. Oni piszą o zdobytych autografach czy białych krukach komiksowych, ja przeżywam historie poznanych twórców czy możliwość porozmawiania z nimi. Kiedy inni kręcą się po stoiskach wypatrując figurek do kolekcji, okazji komiksowych, trzymają miejsca na spotkanie z gwiazdą - ja latam od sali do sali, notując informacje, które starzy wyjadacze już dawno wiedzą. Byłam oczywiście w Atlas Arenie, obeszłam ją na około, kupiłam parę komiksów z lat 90-tych, pośliniłam się na widok figurek, które sobie kupię jak tylko sprzedam nerkę lub część wątroby, ale najważniejsza była dla mnie ta część festiwalu, która odbywała się w salach Stadionu Miejskiego.

     To wszystko jest dla mnie ogromnie przydatne zarówno zawodowo, jak i prywatnie. W tym roku załapałam się na "Maluchy w pelerynach - Jak wykorzystać zainteresowanie przedszkolaka superbohaterami w procesie jego rozwoju", gdzie prowadząca, co prawda Ameryki nie odkryła, ale miała kilka ciekawych spostrzeżeń, które na pewno wykorzystam w pracy.
   Po "DC Odrodzenie dla początkujących" mam co najmniej 3 strony notatek, z których na pewno zrobię w przyszłości użytek.
    Zanim jednak trafiłam na "Odrodzenie" miałam okazję obejrzeć rozmowę z laureatami konkursu im. Janusza Christy i porozmawiać z jedną z nich, z Panią Agnieszką Surmą. Nie mogę się już doczekać kiedy będę miała okazję przeczytać jej komiks i przetestować go na swoich czytelnikach :)

    Udało mi się załapać na spotkanie z Willem Simpsonem - prze-fantastycznym człowiekiem, który jest odpowiedzialny za większość rzeczy, które widzicie na ekranie oglądając "Grę o tron". Relacja z tego wywiadu będzie w osobnym wpisie.

    Zaraz po Willu, w tej samej sali, pojawił się Achde - rysownik Lucky Luka i zupełnie przykuło mnie do krzesła. Organizatorzy (lub los) zrobił uczestnikom niespodziankę i na spotkaniu pojawił się również Jul, czyli scenarzysta najnowszej części komiksu o przygodach kowboja. 
   
    Ten los pokrzyżował trochę plany prowadzącemu - dało się odczuć, że Jakub Syty był bardziej przygotowany na rozmowę z samym Achde, ale stanął na wysokości zadania i porządnie przepytał obu panów.
    Ciekawostką jest, że obydwaj twórcy początkowo w ogóle nie byli związani zawodowo ze światem komiksów. Jul był nauczycielem, specjalizował się w historii Chin, a Achde ukończył medycynę. Rysował dla dzieci w szpitalu, żeby mali pacjenci czuli się lepiej (w tym miejscu babskie westchnienie oooouuuuu).

    Dzień zakończyłam "Kajkiem i Kokoszem", czyli dyskusją o nowych przygodach sympatycznej pary z udziałem ekipy tworzącej. Było to dosyć luźne spotkanie, po którym miałam okazję rozmawiać Maciejem Kurem - szalonym scenarzystą, który nie dość, że jest odpowiedzialny za nowe części historii o słowiańskich wojach, to jeszcze jest twórcą prześmiesznej serii "Lil i Put" (muszę wreszcie zrecenzować!). W czasie rozmowy o komiksach o małoludach, po prostu wyjął z plecaka swój notatnik i pokazał mi storyboard do 4 części. Suuupeeer!
Maciej Kur - wszystkie zdjęcia są rozmazane,
bo nie ustoi nawet pół sekundy w miejscu.

    I to mnie właśnie na festiwalach najbardziej zaskakuje. Ta cała uprzejmość. Podchodzę do obcego człowieka, myślę o tym, że to bezczelność tak zaczepiać, że będzie jakieś "spływaj", a tu uśmiech, rozmowa, pomoc. "Nie ma problemu, trochę się spieszę, ale spoko nie aż tak bardzo. A możesz iść ze mną?". Gdybym jeszcze była hmmm... bardziej reprezentacyjna to może mnie by mnie to dziwiło ;)

    I ta sympatyczność nie odnosi się tylko do gości, ale również do uczestników. Mam chwilkę czasu, marzę o jakimś jedzeniu, dosiadam się do obcych ludzi. Rozmowa przychodzi naturalnie i po chwili gadamy jakbyś się znali od lat.
   - Nie czytałaś tego, musisz koniecznie...
   - A znasz...?
   - Daj zapiszę ci tytuł, żebyś nie zapomniała.
   - Wybierasz się na ..., może pójdziemy razem?

    20 minut później pędzę do sali spóźniona, bo zagadałam się z obcą osobą.
 
    Na pociąg wracamy grupą - może przyjechałam sama, ale na festiwalu wszyscy są "sami swoi", więc uczestnicy jadący w stronę Katowic to już dobrzy znajomi. W pociągu też siadamy jako grupa - jakieś tam rezerwowane miejsca nikogo nie obchodzą. Na swoim peronie wysiadam uśmiana, z zapisanymi nowymi kontaktami i znajomymi na FB.  

    W podsumowaniu dodam zaskakujący dla mnie wniosek - okazało się, że jestem geekiem/ nerdem. Uświadomiono mnie o tym fakcie w pociągu relacji Łódź - Katowice. I wiecie co? Po poznaniu tych wszystkich fantastycznych ludzi, czy to na Pyrkonie, czy teraz ma MFKiG , uważam, że to komplement.

    Już się nie mogę doczekać kolejnego festiwalu :)

Ps. Nie darowałam i w Łodzi zatrzymałam się dodatkowo, żeby obejrzeć sławną "stajnię jednorożców". No i nie dość, że nerd ze mnie to jeszcze gustu nie mam, bo mi się podobała

poniedziałek, 11 września 2017

"Koniec świata" - Izabela Frączyk

    Książka, o której będę teraz pisać tak mnie rozczarowała, że nie chce mi się nawet wymyślać ładnego wstępu. Zwłaszcza, że to druga taka czytelnicza wpadka w ostatnim czasie. 
    Zanim napiszę o powieści to chwilka na przemyślenie: zawsze uważałam, że lubię "babską literaturę" - czy możliwe jest, że przeczytałam jej za dużo? Czy po prostu naprawdę miałam pecha ostatnio? Najpierw Musso nie przypadł mi do gustu, potem ta nieszczęsna "Wszystko wina kota", a teraz "Koniec świata".

     Izabela Frączyk  parę lat temu rozbawiła mnie "Klarą" i "Kobietami z odzysku". Potem przeczytałam jeszcze jakąś jej powieść, ale była tak przeciętna, że nawet nie zapamiętałam tytułu. Natomiast jestem zdumiona, że ktokolwiek zdecydował się na wydanie "Końca świata". Dla mnie to takie "napisz cokolwiek, a my to wydamy, bo ludzie kupią wszystko co stworzysz".
    Mam taką zasadę, że jeśli przeczytałam książkę i chcę napisać jej recenzję to nie sprawdzam wcześniej innych opinii. W tym wypadku, aż mnie ręce świerzbią, żeby zobaczyć jaką ma ocenę na "lubimy czytać" i tego typu portalach.

      Historia wygląda mniej więcej tak - Marylka jest super atrakcyjną singielką. Podrywa ją super atrakcyjny kolega z pracy, a ona zmaga się z upierdliwym klientem, który jest super atrakcyjny. Kolega z pracy przystawia się do niej i tak kombinuje, że wyjeżdżają razem służbowo, spędzają romantyczny łikend, a potem kolo nagle znika. Wtedy zaczyna ją podrywać super atrakcyjny klient, który dodatkowo okazuje się być uroczym człowiekiem.


    Ręka w górę, kto wie jak to się skończy?
Zgadliście!

        Plusy książki:
  • ładna okładka
  • duże litery, więc wygodnie i szybko się czyta
  • zabawna była pani sprzedawczyni, która wciskała kupującym konserwy, bo nadchodzi koniec świata
  • ... nie ma więcej
    Minusów jest znacznie więcej i, o dziwo, przewidywalna fabuła nie jest wcale największym. Największym jest Marylka, czyli Mary Sue w czystej postaci. Dawno nie trafiłam na bohaterkę, która tak idealnie pasuje do tego określenia. Narrator co rusz informuje nas o jej merysujkowatości (cytaty z pamięci, bo nie mam już książki):

"Marylka spojrzała na siebie w lustrze. Większość kobiet byłaby zachwycona tym co było w odbiciu, jednak ona tylko smutno westchnęła"

"Po kilku lekcjach opanowała to, co profesjonalnym lektorom zajmowało miesiące"

      No i oczywiście wszyscy na nią lecą, a ona strzela fochy, bo jest "brzydka i gruba". Była w książce scena rozmowy z koleżanką, w której dziewczyna zażartowała z naszej Mary. W odpowiedzi na żart nasza Cudowna-i-Najwspanialsza obraziła się, przekręciła słowa współpracownicy i straciła humor.

     Powieść przestałam czytać w momencie kiedy podrywający Marylkę kolega z pracy polizał ją w palec. Miała oparzenie, a on spojrzał opiekuńczo i polizał miejsce oparzenia. Dziewczyna oczywiście udawała oburzenie, a potem cały dzień nie mogła pracować z wrażenia. Po tej scenie resztę przekartkowałam i przeczytałam 20 ostatnich stron.


    Podsumowując - "Koniec świata" został napisany i wydany na zasadzie "jestem popularna, więc i tak będziecie mnie czytać". Wiem, że są czytelniczki, którym ta książka się podoba i nie jest moim celem obrażenie ich. Nie jestem w stanie jednak inaczej myśleć o tej pozycji, która w moim przypadku sprawiła tylko jedno - na jakiś czas rezygnuję z czytania "babskiej literatury".


    Spojrzałam na oceny i recenzję na "lubimy czytać". Chyba jestem stara i zgorzkniała.


Moja ocena: 4/10
Tytuł: Koniec świata
Autor: Izabela Frączyk

poniedziałek, 4 września 2017

Lotto książka Wyzwanie czytlnicze :D

    Jestem wielką fanką wyzwań czytelniczych :) Uważam, że to świetna zabawa, ale przede wszystkim, że dzięki nim można trafić na rewelacyjne książki, które często nam umykają. 
    Pomyślałam jednak, że trafiają one przede wszystkim wyłącznie do blogerów, a przecież na takie "wyzwanie" warto namówić innych pożeraczy książek.

    Postanowiłam zaprosić do takiej zabawy czytelników z mojej filii i oto powstała: 

LOTTO KSIĄŻKA


Na czym to polega? Zasady są proste:
Losujemy po jednym jajeczku z trzech pojemników:

NIESPODZIANKA - nietypowe zadania (można trafić m.in. polecenia doboru książki o odpowiednim kolorze okładki, wytyczne dotyczące długości tytułu lub roku wydania)

HASŁO - czyli skojarzenia. Na wylosowanej karteczce napisane jest hasło np. Woda, Czas, Zima. Wybrana przez nas pozycja musi w jakikolwiek sposób kojarzyć się z tematem.

GEOGRAFIA - zalecenia dotyczące lokalizacji powieści. Możemy trafić na konkretne polecenie, np. Polska, lub bardzo ogólne - np. Mały kraj.

Staramy się tak dobrać książkę, żeby pasowała do wylosowanych przez nas określeń.

Przykład:
Pierwsza uczestniczka zabawy wylosowała karteczki "Popularna Europa (np. Anglia, Francja, Niemcy), "Przeszłość" i "Żółta/Pomarańczowa okładka".
I wybrała "Jeźdźca miedzianego" Paulliny Simons dopasowując ją do dwóch wylosowanych poleceń.




Przykład 2:
Druga uczestniczka wylosowała "Czas", "Nie polska", "Nie więcej niż 300 stron". Zdecydowała się na wypożyczenie książki "Jeszcze jeden dzień".

Przykład 3:
Kolejny uczestnik wylosował "Jedzenie", "Książka, która nie została zekranizowana" i "Nie polska". W tym wypadku czytelnik wybrał i wypożyczył książkę, chociaż wątpi, że przeczyta, bo wydaje mu się "babska" :) - Ceclilia Samartin "Mofongo".


Każdy kto wypożyczy książkę związana z zabawą dostaje śliczną zakładkę :)

Po co w ogóle taka zabawa?
Po pierwsze - a czemu nie? Niech się coś dzieje?
Po drugie - wielu czytelników wpada w przyzwyczajenia i zapomina, że inne książki też mogą być fascynujące.
Po trzecie - ratujmy zapomniane książki! One cierpią, chcą być czytane. A dzięki takiej zabawie może ktoś je ruszy. "Mofongo" w 2013 i 2014 była wypożyczona 17 razy, a potem przeleżała 3 lata na półce.

Co myślicie o takiej formie zabawy w bibliotece?

piątek, 1 września 2017

"Wszystko wina kota" - Agnieszka Lingas - Łoniewska

     Już od jakiegoś czasu planowałam przeczytać jedną z książek Agnieszki Lingas-Łoniewskiej. Na nasze pierwsze spotkanie wybrałam jej najnowszą powieść "Wszystko wina kota". To było bardzo dziwne spotkanie, bo książka po miłym początku jednak mi się nie podobała.

     Lidka jest bardzo popularną pisarką - nikt jednak, poza wąskim gronem zaufanych ludzi, nie wie, że to ona jest Różą Mak. Nigdy nie pokazała się publicznie, wywiadów udzielała tylko poprzez e-maile. Jednak jej agentka i przyjaciółka zaczyna popychać ją w stronę ujawnienia swojej prawdziwej twarzy. Bohaterka zaczyna się nad tym zastanawiać, boi się jednak zmiany, zwłaszcza, że w prywatnym życiu czeka ją sporo zawirowań za sprawą przystojnego sąsiada... 

     Książkę przeczytałam błyskawicznie. To jedna z tych typu "lekko i przyjemnie" - zresztą tego się spodziewałam. Każdy z bohaterów dostał swoje rozdziały i własną historię, dlatego można powiedzieć, że w tym jednym tomie mamy tak naprawdę 3-4 książki. Historie przyjaciółek Lidki mają swój tor, który z innymi łączy je tylko przyjaźń naszych bohaterek. Ma to swój plus - dostajemy inne miłosne opowieści bez typowych dłużyzn, które często mają za cel wypełnianie jak największej ilości stron.
     Jeśli zaś chodzi o nasze bohaterki, to teoretycznie mają swoje charaktery, są fajne, wierne, ufają sobie i wspierają się. Taka gromadka babeczek, z którymi każda chciałaby się napić wina.

   I to by było na tyle jeśli chodzi o plusy. W momencie kiedy jednak zaczęłam zastanawiać się nad książką, a nie tylko "płynąć" z tekstem to zobaczyłam, że to niestety nie jest dobra książka.

     Przede wszystkim mężczyźni. Są jakby żywcem wyjęci z marzeń dziewczynek o idealnym księciu - jednego można jeszcze znieść, ale czterech czy pięciu w jednej książce? Pojawiają się w życiu bohaterek prawie w tym samym momencie, wszyscy zakochani od pierwszego wejrzenia i gotowi rzucić przyjaciółkom świat do stóp. Więcej - autorka próbuje nam wmówić, że stalkerstwo jest seksi, podejrzana przeszłość nie ma absolutnie znaczenia, a zdradę łatwo można wybaczyć, jeśli nasza druga połowa zdradza nas w tym samym momencie. Istnieją też bohaterowie, których jedynym zadaniem jest po prostu zakochać się w naszych kobietkach, zupełnie nielogicznie (oczywiście od pierwszego wejrzenia) i bez jakichkolwiek podstaw.
    Nawet motyw tajemniczego "Jacka Sparrowa" pomimo ciekawego początku został rozwiązany sztucznie i mało zaskakująco.

      Jeśli zaś  chodzi o kobiety - wplecenie w jednej książce tyle wątków okropnie wszystko spłyciło. Niby dowiadujemy się, że Karolina to silna, przeklinająca babka, a Tatiana nieugięta pani prezes, ale nie mamy na to żadnego dowodu. Dziewczyny spotykają się i gadają o facetach i problemach z nimi związanymi. Jedyny wyjątek to motyw ujawnienia się Lidki jako Róży Mak. W osobnych historiach również widzimy ich tylko w sytuacjach związanych z mężczyznami. 
     "Wszystko wina kota" zostało stworzone niczym "Atomówki" - Cukier! Słodkości! I różne śliczności! Agnieszka Lingas-Łoniewska nie dodała jednak do tego nic więcej - jakiegoś realizmu. Smutne wątki nie są smutne, bo nie potrafiliśmy poznać, ani tym bardziej polubić postaci z książki.
       Muszę przeczytać inną książkę tej autorki, bo opisy innych mimo wszystko wydają się kuszące. Liczyłam po prostu, że książka autorki o takim dorobku uniknie tego infantylizmu, który aż wylewa się z całej powieści oraz nagromadzenia stereotypowych rozwiązań. Ciężko mi uwierzyć, że to nie jest debiut jakiejś dojrzewającej dziewczyny.

Moja ocena: 3/10 
Autorka: Wszystko wina kota
Tytuł: Agnieszka Lingas-Łoniewska

wtorek, 22 sierpnia 2017

Lista "do przeczytania" ciągle się powiększa? Oto mój sposób!

    Znacie ten mem powyżej? Dotyczy was? Mnie na pewno. Swego czasu miałam założony adresownik - alfabetycznie, po tytule zapisywałam w nim ciekawe książki, które chciałabym przeczytać.  A jeszcze w czasach "przedinternetowych" wklejałam do niego wycinki z gazet - polecanki, recenzje i różne wzmianki o książkach. Zapełniałam te kartki i zapełniałam... Aż któregoś dnia odkryłam, że zapisanych pozycji mam już setki.
     Potem zaczęłam pracę w bibliotece i to już była totalna masakra. Co druga, trzecia książka wydawała się zachęcająca, a jeszcze czytelnicy mówili "polecam" z takim ogniem w oczach... Blogosfera też mi nie ułatwiała życia - na ulubionych stronach co rusz pojawiała się wysoko oceniona powieść, do której autor recenzji skutecznie mnie zachęcał.
    Efekt był taki, że już nie wiedziałam za co się łapać, zawrót głowy, pomieszanie z poplątaniem.

    Na szczęście znalazłam na to sposób, który u mnie zadziałał i to bardzo skutecznie:

    Zrobiłam sobie listę 50-ciu książek, które chcę przeczytać.  I tylko 50-ciu. Jeżeli chcę dodać jakąś książkę, a lista jest zapełniona muszę skreślić inny tytuł. Jeżeli nie chcę żadnego skreślić - nie dopisuję książki - no bo skoro mam 50 powieści, które chcę przeczytać bardziej to po co zawracać sobie głowę książką?
   Jeżeli przeczytam coś z listy to zwalnia się numer. Nie dopisuję sobie 51, tylko liczbę przeczytanej pozycji. Dzięki temu nie przekraczam limitu.

    Powiem więcej - dzięki temu systemowi zaczęłam naprawdę uważać na to co daję na listę i rzadko mam ją całą zapełnioną. Oczywiście nie trzymam się tylko jej - czytam to na co mam ochotę, a lista ma mi przypominać o tych pozycjach, które wydały mi się naprawdę interesujące (czasami jest to samo nazwisko autora - żeby przeczytać jakąkolwiek jego książkę).

    Jak wam się podoba taki pomysł?

Oto co mam na liście obecnie, akurat zbliża się nowy rok szkolny, więc w przyszłym roku po wakacjach sprawdzę co z niej przeczytałam:

  1. Alice Munro
  2. Haruki Murakami
  3. Awaria małżeńska
  4. Sanderson - Calamity
  5. Jedyny i niepowtarzany Ivan
  6. Manning - Ostatni wieczór
  7. Wolitzer - Wyjątkowi
  8. Światło, którego nie widać
  9. Ostatnie dni królika
  10. Tysiąc drzewek pomarańczowych
  11. Dopóki ni zgasną gwiazdy
  12. Idź i czekaj mrozów
  13. Dziewczynka z pomarańczami
  14. Cherezińska - Harda
  15. Kubasiewicz - Spalić wiedźmę
  16. Czochrałem arktycznego słonia
  17. Forsy jak lodu
  18. Tintera - restart
  19. Ukochany z piekła rodem
  20. Ahern - Skaza
  21. Shusterman - Podzieleni
  22. Lingas - Łoniewska
  23. Pisane szkarłatem
  24. Caraval
  25. Dwór cierni i róż
  26. Rodzeń - Zimowa miłość
  27. Porwana pieśniarka
  28. W rytmie passady
  29. Kobieta na schodach
  30. Piekara - Ani słowa prawdy
  31. Shantaram
  32. Łosoś norwesko-chiński
  33. Chmielewska - uczeń czarnoksiężnika
  34. Wszystko wina kota
  35. Historia naturalna smoków
  36. Król kruków
  37. Atrament i krew
  38. Wodnikowe wzgórze
  39. Stan Lee - Narodziny mocy
  40. Forman - Ten jeden dzień
  41. Colin Firth. jak zostać królem
  42. Jak przejąć kontrolę nad światem nie wychodząc z domu
  43. Koncert cudzych życzeń
  44. Chajzerów dwóch
  45. Osobliwy dom peregrine
  46.  
  47.  
  48.  
  49.  
  50.    
    43.

    I tak to wygląda. Nr 43 właściwie skończyłam, nr 44  i 33 właśnie czytam. 17 chyba wypadnie, bo jest na liście już dosyć długo i jakoś nie mogę po nią sięgnąć. 35 chyba kupię na własność i wtedy książka też znika z listy.

    Hmm... Nie skomplikowałam tego?


piątek, 4 sierpnia 2017

Biusty... wszędzie biusty. Słodka szarlotka

     W literaturze kobiecej słodkie romansiki mają poważnego konkurenta - literaturę erotyczną. Nawał książek pikantnych zapoczątkował niesławny Grey i w sumie chwała mu za to, bo najwyraźniej w jakiś sposób odblokowało polki, nie tylko w sensie seksualnym, ale też czytelniczym, bo po "50 twarzach" chciały przeczytać coś jeszcze. O poziom nie ma co się kłócić, bo to jest niekończąca się dyskusja.
      Jakiś czas temu w nowościach wydawniczych wypatrzyłam "Słodką szarlotkę" i postanowiłam ją sprawdzić. Historia trzech młodych, pięknych Francuzek, które szukają mieszkania jakoś pasowała mi do tych wszystkich lekkich erotyków.

      W "Słodkiej szarlotce" główne bohaterki narysowane są jak wyuzdane wersje disneyowskich księżniczek. Patrzę na nie i widzę niegrzeczną Mulan (Mei), rozbudzonego Kopciuszka (Szarlota) i wyzwoloną Tianę (Alice). Strasznie mi się to podoba - takie mrugnięcie okiem do dużych dziewczynek, które pamiętają swoje ulubione bajki. W ogóle wizualnie komiks jest śliczny, uroczy i robi bardzo pozytywne wrażenie. I niestety to wszystko.
     Fabularnie, coś co powinno być prostą historyjką, zmieniło się w  pulpę wszystkiego i niczego. Wątki są nawalone jeden na drugim - tam gdzie miało być humorystycznie i lekko, nagle są jakieś śledztwa, napaści i tajemnice. Niby fajnie, ale kompletnie bez sensu, urywane nagle i absolutnie nie mieszczące się w 48 stronach albumu. Gdyby to była pierwsza część cyklu, albo 100-stronicowy komiks, gdzie te wątki miałyby szansę na rozwinięcie - wtedy miałoby to jakiś sens. A tak twórcy z niezrozumiałych dla mnie powodów próbowali upchnąć wszystko w ten jeden tom. Najlepszym przykładem są ci kolesie, którzy trzeciego pchnęli nożem - wiem po co byli w tym komiksie, ale dodawanie im jakiejś z pomiędzy pośladków wyjętej historyjki jest zupełnie niepotrzebna.
     Erotyka to po prostu podkreślanie na każdym możliwym rysunku - cycków i innych intymnych części ciała. "Momenty" są faktycznie momentami i tam gdzie można było sobie pozwolić na odrobinę śmiałości są... cycki i inne intymne części ciała. Nie ma w tym wyczucia, intymności. Nie wiem czego się spodziewałam, ale nie tego.
    Największy minus, budzący we mnie niesłabnącą odrazę, która zabiła nawet urocze ilustracje to scena "gwałtu" (jak większość scen w tym komiksie - niepotrzebna). Ten temat, potraktowany w taki sposób - nie piszę dokładnie, bo nie chcę popsuć tego uczucia absolutnego niesmaku, który dopada czytelnika - jest przesadą. Grubą przesadą. Nie potrafię jakoś przyjąć tej sceny z luzem, zrozumieć, że takie przedstawienie sprawy miało pasować do humorystycznej całości. Nie i już.

     "Słodka szarlotka" wizualnie jest przepiękna. Nie są to rysunki artystyczne, ale za to bardzo wdzięczne, jak już wspomniałam w takim "disneyowskim" stylu. Warstwa erotyczna - no, może być, że momentami jest zmysłowo i może się czepiam (poza sceną z gwałtem). Fabularnie to niestety taka katastrofa, że nawet ilustracje nie ratują całości.  Za taką cenę jestem naprawdę rozczarowana... Już lepsza była "Paula".


Moja ocena: 4/10 (dawno niczego tak nisko nie oceniłam)
Autorzy: Ennio Ecuba, Vincenzo Lauria
Rysunek: Vincenzo Cucca
Tytuł: Słodka szarlotka
   
    

czwartek, 3 sierpnia 2017

Player One - Ernest Cline

      8 marca obchodzony jest Dzień Kobiet. Panowie wcześniej wymyślają co dać swoim kobietom tego dnia - czy będą to piękne kwiaty, może biżuteria. Może zrezygnują z prezentu i zabiorą je gdzieś na kolację? Jeszcze innym wystarczy komplement lub całus z "wszystkiego najlepszego".
     Dlaczego o tym piszę w lipcu na 8 miesięcy przed tą datą? Ponieważ mój mąż nie musi się martwić o Dzień Kobiet 2018. Chcę bilet. Bilet do kina na "Ready Player One". 

      Już wcześniej słyszałam o tej książce - same zachwyty. Oczywiście od razu się napaliłam i chciałam przeczytać iiiii... nikt jej nie miał. Moja biblioteka nie posiada,  w sklepach internetowych nakład wyczerpany, na allegro - jeden używany egzemplarz 139 zł. O co chodzi z ta książką?

     Na tegorocznych wakacjach jak zawsze poddałam się mojej chorobie zawodowej i poszłam zwiedzić lokalną bibliotekę. I na półkach co widzę? "Player One" Ernesta Cline'a stoi sobie i czeka na mnie. Po chwili stałam się szczęśliwym nabywcą karty bibliotecznej biblioteki w Jednorożcu i dziarskim krokiem ruszyłam do domu, żeby móc zacząć czytać.

     Wade żyje w świecie, gdzie podziały biedni-bogaci bardzo się pogłębiły. Większość ludzi ucieka w wirtualny świat OASIS, który pochłonął większość gier, portali społecznościowych i komunikatorów. Kiedy twórca OASIS umiera okazuje się, że nie ma spadkobiercy. Zostawia więc wirtualny testament i szereg zagadek - kto je rozwiąże dostanie jego fortunę. Zaczyna się mega-gra.

Nigdy wcześniej tego nie pisałam, ani nie mówiłam, ale muszę:
OMG!

       Autor wziął wszystko co najlepsze z książek, pomieszał i wyszedł mu rewelacyjny "Player One":

      1. Mamy tu młodego protagonistę, który z czystym sercem i nadzieją, ratuje świat (wirtualny).

     2. Mamy również ZŁĄ korporację, która chce przejąć wirtualny świat i zalać go reklamami i dodatkowymi opłatami. Korporację, która nie bawi się w kotka i myszkę. Pracujesz dla nas? Mamy dla Ciebie ofertę. Nie? Giniesz.

     3. Jest trochę młodzieńczej miłości i przyjaźni, takiej nieobdarowanej jeszcze goryczą złych doświadczeń.

      4. No i, oczywiście, jest EPICKA, WIELKA KOŃCOWA NAWALANKA prowadząca do (spoiler) endu.

     Jak to jest więc możliwe, że używając samych standardowych rozwiązań powstała książka tak fajna, która nie zniesmacza używaniem utartych schematów?

       Autor w rewelacyjny sposób łączy przyszłość z przeszłością: bohaterowie używają super-nowoczesnego sprzętu, wizjerów, komputerów i oprogramowania, żeby trafić do nostalgicznego świata lat 80-tych. Połączenie to wyszło zdumiewająco dobrze - akcja napędzana nowinkami technicznymi wysyła nas do świata pełnego nawiązań do przedostatniej dekady XX wieku. Nawiązań do tamtego okresu jest bardzo wiele i myślę, że większość czytelników odkryje coś co zna i lubi. A jeśli nie zna? Zupełnie nie będzie to przeszkadzało w odbiorze lektury.
    
     Już na pierwszych stronach Wade informuje nas o tym, że to on jest tym, który rozwiązał pierwszą zagadkę. Zanim to jednak stanie się w książce minie 100 stron, w którym czytelnik odkrywa świat - ten prawdziwy i wirtualny. Często jest tak, że "książka super, ale akcja zaczyna się w połowie". Tutaj jest trochę podobnie, ale te światy stworzone przez autora jest tak fascynujące, że to w ogóle nie przeszkadza. Sytuacja Wade, historia stworzyciela OASIS i wyjaśnienia reguł tego wirtualnego świata są równie ciekawe co akcja łamania zagadek Jamesa Hallidaya.

    Co baaaardzo mi się podobało, główny bohater jest do tego ratowania światów świetnie przygotowany. Nie jest przypadkowym przechodniem wciągniętym w wir wydarzeń, tylko graczem z ogromną wiedzą, którą przyswajał przez lata. Jego przetrwanie nie zależy od szczęścia (no może trochę ;) ), tylko od zdobytych informacji.

    Osobiście  nie mogę doczekać się filmu. Po pierwsze wydaje mi się, i trailer to raczej potwierdza, że będzie to bardzo efektowne widowisko. Po drugie jeśli za Taką Książkę bierze się Steven Spielberg to mamy wielką szansę, że tego nie sknoci. Po trzecie z okazji premiery filmu można liczyć na nowe wydanie książki, a to znaczy, że będę mogła kupić własny egzemplarz i czytać ją jeszcze wiele razy. Sama radość :)

    Spróbujcie przeczytać przed premierą! Polecam!


Moja ocena: 9,5/10
Autor: Ernest Cline
Tytuł: Player One

czwartek, 20 lipca 2017

Żniwiarz. Pusta noc - Paulina Hendel

     Na nowa książkę Pauliny Hendel czekałam bardzo niecierpliwie. Jej poprzednia trylogia, "Zapomniana księga" baaardzo trafiła w moje gusta i w związku z tym ustawiłam autorkę wysoko na liście lubianych pisarzy.
     W jakiś magiczny sposób doczekałam do premiery, wreszcie dorwałam się do książki iii... no właśnie, i co?

      Wujek Magdy jest żniwiarzem - postacią, której zadaniem jest uśmiercaniem potworów, o których większość ludzi sądzi, że nie istnieją. Takie tam wiecie - słowiańskie legendy - kto by w to wierzył? Dopóki, oczywiście, nie atakuje Cię bezkost... Wtedy zaczynasz wierzyć błyskawicznie i marzysz o spotkaniu z Feliksem. Oby zdążył.
     Magda lubi pomagać wujkowi - ona też widzi "martwiaków" i chciałaby z nimi walczyć, chociaż jako zwykły człowiek nie ma tyle siły. Ale jak się dziewczyna na coś uprze i wmówi sobie, że ma szanse - no cóż, sami wiecie.

     Mam z "Pustą nocą" ogromny problem. To dobra książka i naprawdę ma świetny klimat, ale, niestety, nie mój. "Strażnik" i jego kontynuacje były bardziej "w moim typie" - przygodowa postapokalipsa i z fajnym, czasem wkurzającym bohaterem. W "Żniwiarzu" klimat jest bardziej mroczny, nastawiony mniej na przygodę, a bardziej na horror przez co uciekła gdzieś ta lekkość, która lubię w książkach. Spięta Magda jest też zupełnie innym bohaterem niż porywczy Hubert.
    Paradoksalnie to właśnie sprawia, że książka jest dojrzalsza i myślę, że może lepiej trafić w gusta czytelników.

     Jeśli zaś chodzi o samo użycie mrocznych bohaterów mitologii słowiańskiej - jak zawsze ogromny plus. Widać jak wiele pracy wcześniej włożyła pani Paulina w przygotowanie się do pisania powieści z wplecioną tą tematyką .

     Jedyne co mam do zarzucenia to dosyć przewidywalne zakończenie. Wiem, że pewnie miało być "szokujące", ale nie ma się co czarować - wszyscy wiedzą do czego dąży akcja. Ten minus redukuje jednak to, że "Pusta noc" jest dopiero pierwszą częścią. Mam wrażenie, że to dopiero wstęp do tego co szykuje autorka dla czytelnika i osobiście nie mogę się doczekać.



Moja ocena: 7/10
Autor: Paulina Hendel
Tytuł: Żniwiarz. Pusta noc
Dla kogo: W sumie to każdy mógłby przeczytać.

środa, 19 lipca 2017

Na wakacje z sympatyczną rodzinką

     6 lat temu pewna książka rzuciła na mnie zaklęcie. Zaklęcie kazało kochać ją na zawsze i uwielbiać do końca życia. Czar nadal działa - nawet po tylu latach wspominam tamtą książkę i myślę o niej z sympatią. Powiem więcej - urok się rozprzestrzenił na każdą inną książkę tego autora i zachwyca mnie każda jego kolejna powieść. 
     A wszystko zaczęło się od Ciumków - zwykłej fajnej rodziny, której przygody Paweł Beręsewicz opisał w czterech książkach, a które pochłonęłam jedna po drugiej:

Tutaj jest moja recenzja, która jednak nie oddaje całego zachwytu (przypominam, że blog został przeniesiony, dlatego jest data z 2016 roku).

     Dlaczego jednak po tak długiej przerwie wracam do Ciumków? Na świecie pojawiły się moje dzieci - Mały Pędzik i Słoneczny Filozof. Poczekałam trochę, aż podrosną i postanowiłam przekazać im to straszne brzemię uwielbiania książek Pana Beręsewicza. Ponieważ są wakacje chwyciłam "Wielką Wyprawę" i zaczęłam im czytać codziennie przed zaśnięciem kilka kartek. I o ile Słoneczny jest za mały, żeby zrozumieć o co w Ciumkach chodzi, to Pędzik się wciągnął. Rykoszetem dostał Pan Tata, który pomagając przy usypianiu również musiał słuchać i też złapał ciumko-chorobę.

       O co w tej Wielkiej Wyprawie chodzi? Otóż tata Ciumko zamarzył o Prowansji. Zamarzył, ale nie tak zwyczajnie w hotelach w pakiecie z lenistwem, tylko na rowerach. Codziennie w drodze, codziennie gdzie indziej. 

      W "Wielkiej Wyprawie Ciumków" po raz kolejny wychodzi niezwykła umiejętność autora opisywania zwykłych rzeczy w ciekawy sposób. Przecież wyjazd rodzinny, choćby w najpiękniejsze miejsca, nie może być przecież zajmujący dla czytelnika. Błąd! Paweł Beręsewicz tak cudownie nam to przedstawia, że nieraz można wybuchnąć śmiechem (scena z kaskami na lotnisku), zazdrościć (ta Prowansja!), wstrzymywać oddech (zjazdy) i zastanawiać się (no to była złamana?). Ciumkowie też nie zawodzą - Grzesiek kupuje bagietki, Kasia tworzy Ameryki, mama jak zawsze daje radę, a tata Ciumko... to tata Ciumko ;) 
      
     Jeżeli jeszcze nie czytaliście to polecam - w przypadku książek o sympatycznej rodzinie nie jest ważny wiek czytającego. "Wielka Wyprawa" to przede wszystkim literatura rodzinna - zwykłe historie podane w przyjazny sposób. Idealna lektura na wakacje, ale uwaga! Kiedy tylko skończymy czytać w naszym umyśle powstaje specjalne miejsce o nazwie "gdzie-by-tu-pojechać". Właściwie od kiedy "ciumkorączka" opanowała moją rodzinę wymyślamy z Panem Tatą gdzie my pojedziemy i na ile dni. I nie ważne, że taka wyprawa w naszym wypadku możliwa jest dopiero za kilka lat - sprawdziłam już nawet ceny namiotów :))

Moja ocena: 10/10
Tytuł: Wielka Wyprawa Ciumków
Autor: Paweł Beręsewicz
Dla kogo: Dla czytelników od lat 5 do 155
   
      

środa, 31 maja 2017

Łopatą w rodzica

       Nie będę was okłamywać - najpierw była okładka. Urzekł mnie ten wielki niedźwiedź, domek i niebanalna kreska. Bajkowo, ale nie plastikowo. Potem zaintrygował mnie opis - krótki, ale obiecujący wiele. Pozwolę sobie go tu wkleić:

     "Przepiękna, mądra opowieść o sile dziecięcej wyobraźni, mocy braterskiej więzi i potędze rodzicielskiej wiary w dziecko. Książka nagrodzona w konkursie Wielokropek 2016."

       Duszan to kilkuletni chłopiec, który wraz z bratem musi zostać na wakacjach u babci. Babcia mieszka na skraju lasu, leczy sąsiadów ziołami i jest bardzo tajemnicza. Dom ekscentrycznej staruszki i okolica to zupełnie coś innego, świat, którego "miastowi" chłopcy właściwie nie znają. Na początku się boją, potem swoboda oraz możliwości nowych zabaw i przygód sprawiają, że chłopcy zakochują się w tym magicznym miejscu.

    "Duszan" jest mało subtelnym, łopatologicznym wytłumaczeniem rodzicom z miasta, co robią źle. A może dokładniej co złego robi cyfrowa cywilizacja, która zatrzymuje dzieci przy ekranach (telewizorów, komputerów, tabletów itp.), a nam każe wierzyć w reklamy, które tłumaczą, że dzieci nie powinny dotykać dozownika do mydła, bo tam są bakterie i dobrze jest kupić taki "bezdotykowy" oraz w ogóle, że jak dziecko dotknie kurzu, albo co gorsza błota to nastąpi koniec świata.

     Nie, nie przesadzam - cała książka wypełniona jest takimi "zdaniami-kluczami":

"Pościągajcie te czyściutkie ubranka, bo przyjechaliście do lasu"
"Podrapaliśmy sobie nogi, przedzierając się przez krzaki"
"Pierwszy raz w życiu położyliśmy się spać bez mycia, brudni, rozczochrani i trochę głodni"

    Aż mnie dziwiło, że każde z takich zdań nie kończyło się podsumowaniem "i, patrzcie, dzieci to przeżyły!"

    Trochę mnie to mierzwiło w tej powieści - czułam się wytykana palcem, ganiona niczym zły uczeń przez srogiego nauczyciela. Co nie znaczy, że się nie zgadzam. Wyznaję zasadę, że dziecko brudne to szczęśliwe dziecko, ale przysięgam, że miałam ochotę powiedzieć autorce - "nie wtrącaj się w nie swoje sprawy, bo każdy ma swój sposób wychowywania swojego dziecka". Powieść Antoniny Todorovic w zamyśle chyba miała być "dobrą poradą", ale zabrakło właśnie tej subtelności. Dzieci na każdej stronie budowały domek, tajną bazę, jeździły na ośle, uczyły się języka natury, odbywały bitwy na grudki gliny. Dobry Pan Śmiejko tłumaczy, że "nie ma dobrych i złych prac, jeśli tylko są wytworem naszej wyobraźni". Taka oda do "bezkomputerowego dzieciństwa" kiedy zdzierało się kolana, przyjaciół poznawało na trzepaku, nie było klucza odpowiedzi na egzaminach, a ludzkość nie była świadoma obecności glutenu ;)

    Książkę, wbrew temu co może się wydawać, polecam. Jest przygoda, jest magia, jest dzieciństwo, jest wiara we własne umiejętności i, wreszcie, jest sztama między rodzeństwem - wspieranie się i rozumienie. A że to wszystko podane łopatologiczne? Nie ma co się bawić z dziećmi w aluzje i nie ma co się bawić w aluzje z rodzicami, skoro ostatnio mam wrażenie, że dla niektórych zdarte kolano jest większym nieszczęściem niż fakt, że ich pociecha spędziła ostatnie kilka godzin oglądając bajki i grając na tablecie.

     Warto wspomnieć o ilustracjach do tej książki. Wszystkie narysowane są tym samym stylem. Naprawdę piękne i ciekawe, wpadające w oko. Znakomicie oddają  przygodowo-magiczny klimat.

     Zastanawia mnie jak przyjmie "Duszana" mały czytelnik. Przetestuję na swoich i dam znać (Mały Pędzik i Słoneczny Filozof są jeszcze trochę za mali i nie zrozumieją tej powieści)

Moja ocena: 7,5/10
Tytuł: Duszan
Autor: Antonina Todorovic
Dla kogo: Dla czytelników od lat 4 i dla rodziców bojących się kurzu, którzy zapomnieli o tym jakie fajne było budowanie szałasów.
   

piątek, 26 maja 2017

Skąd się biorą zabawki?

    Kiedy byłam małą dziewczynką nie lubiłam lalek. Moimi zabawkami były maskotki, a najukochańszy był niebieski, pluszowy delfin. Dużo rozmawialiśmy, razem się bawiliśmy, nie było możliwości zaśnięcia bez Delfina.

      Jak każde dziecko, wyrosłam z mojego pluszaka. Wyrósł również Kaj, bohater komiksu "I tak nie uwierzysz!". Wypowiada magiczne słowa - "jestem już dużym chłopcem" i wyrzuca maskotkę z łóżka. W związku z tym Kubatu musi wracać do domu. Ale... gdzie właściwie mieszkają maskotki? Poza tym nasz bohater wcale nie jest zadowolony z tego co zrobił i postanawia odzyskać swojego przyjaciela. Chłopiec i papuga ruszają w podróż, do Twórcy Zabawek, a będzie to wyprawa niezwykła, pełna niespodzianek, a czasem nawet niebezpieczeństw.

     Komiks "Kubatu" jest kwintesencją dzieciństwa: pragnienia przygód, wiary, że zabawki żyją, chęci odkrywania nowych krain. Tego wszystkiego co czuło się oglądając "Goonies" lub "Hooka" i myślało "Wow, ja też tak chcę!". Kaj i Kubatu przechodzą przez ciemny tunel, docierają do nieznanej krainy, spotykają czarodzieja. Mają też do odkrycia tajemnicę, muszą pokonać Maskota Burego i podać... przepis na szarlotkę?

         Moje serce zdobyli jednak bohaterowie - odważny Kaj, który chce odzyskać przyjaciela i nie boi się ruszyć dla niego w podróż, Kubatu - wierny i oddany papug, Czarodziej-Inżynier - uroczy dziwak z szalonymi pomysłami. No i mama - może nie pojawia się w komiksie za często, ale jak się już pojawi to ho, ho! - uratuje sytuacje (jak to mama ;) ).

       Komiks Jakuba Sytego i Przemysława Surmy  można zaliczyć do "literatury rodzinnej". Jest wprost stworzony do tego, żeby czytać go wspólnie z dzieckiem. Dla dorosłego czytelnika będzie to lektura bardzo sentymentalna, która odkurzy poukrywane gdzieś w zakamarkach pamięci wspomnienia o ukochanych zabawkach i dziecięcych marzeniach. Dla małego człowieka "Kubatu" będzie przelaniem na papier własnej wyobraźni - bo czy nie jest tak, że każdy maluch tuląc swojego pluszowego przyjaciela marzy, żeby ożył? I śni o wspaniałych przygodach?


     Rysunki urzekają prostotą, ale kiedy uważnie się przyjrzymy to zobaczymy, że wcale proste nie są. Bardzo podoba mi się sposób kolorowania - zwłaszcza tych elementów, z którymi wiąże się jakaś tajemnica (np. przejście przez tunel). W opisie rysownika - "Surpiko" - jest napisana informacja, że "najbardziej ze wszystkiego lubi bycie tatą". Nie wiem czy sobie tego nie wymyślam, ale mam wrażenie, że ilustracje to odzwierciedlają - są dla dzieci, ale rysownik chciał czegoś więcej niż tylko prostych kolorów. Chciał barw, pasji i radości. I udało mu się.


     "Kubatu" uświadomił mi jeszcze jedną rzecz - bardzo żałuję, że Delfin został wyrzucony przez "dorosłą" dziewczynkę, którą byłam. Żałuję, że w momencie kiedy stałam się "za duża na zabawki" nie schowałam go do jakiegoś kufra. Mogłabym teraz - po lekturze "I tak nie uwierzysz!" wyjąć go i podziękować mu za opiekę. Należałoby mu się.



Moja ocena: 8/10
Seria: Kubatu
Tytuł: I tak nie uwierzysz!
Autorzy: Jakub Syty, Przemysław Surma
Dla kogo: Dla dzieci, dla rodziców, dla wspólnego czytania
    

środa, 17 maja 2017

Jak skompletować biblioteczkę dla dziecka

     Przed nami Dzień Dziecka - jedno z ulubionych świąt dzieci i producentów zabawek ;) To straszny czas dla rodzica - wejście z dzieckiem do sklepu, gdzie ilość proponowanych produktów dla dzieci zwiększyła się o jakieś 500%, to absolutny koszmar ("Mamooo!!! Kuuup mi!!!). Na samą myśl o Małym Pędziku w sklepie dostaję dreszczy...
    Powiem to od razu - książka jest zawsze dobrym prezentem, ale jestem realistką - nasi milusińscy czekają na nową lalkę, samochodzik, kucyka - przynajmniej większość z nich. Niech więc słowo pisane będzie chociaż dodatkiem do upominku.

    Zadaniem dorosłych jest (a przynajmniej powinno być) nauczenie dziecka miłości do książek. O tym co powinniśmy robić pisałam w osobnym wpisie:


     Jako poradę nr 6 wpisałam "Zorganizuj dziecku własną półkę z książkami". Zawsze uważałam, że fajnie mieć własną biblioteczkę (zresztą, który miłośnik czytania nie chce mieć własnej?). Dobrze dobrana dziecięca biblioteczka może być naprawdę powodem do dumy i zachęcać naszego potomka do czytania. Co to jednak znaczy "dobrze dobrana biblioteczka"?

    Jasne - możemy wejść do księgarni, kupić kilka najładniejszych książek i tych "polecanych". Dobre i to. Jednak to co będzie stało na półce musi kusić małego czytelnika i, w jakiś sposób, musi kusić nas. Od kiedy dowiedziałam się, że na świecie ma pojawić się Pędzik robiłam sobie listę pozycji, która powinna być w jego pokoju. Część tej listy udało mi się zrealizować, niektóre pozycje uległy zmianie, ale ZAWSZE na każdą okazję (czasem bez okazji) staram się dokupić coś na półkę chłopców (tak, Słoneczny Filozof też już czyta - znaczy ja mu czytam, ale wiecie o co chodzi).

      To jest właśnie półka z książkami moich synów i na jej podstawie opiszę wam jak dobrać książki dla waszych pociech:



1. Z telewizora.
    Nie odkryję Ameryki stwierdzeniem, że jeśli dziecko lubi coś oglądać to może chętnie też przeczyta. Zwłaszcza, że cieniutkie książki na podstawie seriali animowanych można teraz kupić za parę złotych w kioskach. Na półce stoi "Scooby-doo" i "Przygody Tomka", ale mamy też w domu pozycje ze "Stacyjkowa" i "Psiego patrolu". W planach mam kupno opowiadań z filmu "Auta". Po prostu to co chłopaki oglądają.

2. Co zachwyca dorosłego?
    Ciężko jest nie przewrócić oczami jak dziecko chce po raz setny przeczytać opowiadanie o tym jak Tomek wiózł żyrafę do ZOO. Dlatego czasem próbuję przemycić do czytania książkę, która w jakiś sposób podoba się mnie. Raz, że zawsze to jakaś odmiana, a dwa, że szczerego zachwytu nie da się udawać. Na półce stoją "Niezwykłe przygody latającej myszy", której ilustracje mnie absolutnie "rozwalają", zresztą treść też jest niesamowita. 
    Warto poszukać czegoś wartościowego, może właśnie z wyjątkowymi ilustracjami. "Przygody latającej myszy" są przepiękne, ale łatwo jest zaleźć jakąś inną wyróżniającą się książkę. Polecam np. "Lenkę", "Mysi domek", a z nowości, niedawno wydanego "Duszana".

3. Co interesuje dziecko?
    Podobnie jak z oglądanymi bajkami - warto poszukać książek o tym co lubi nasz potomek. Można też w drugą stronę - za pomocą pięknych opracowań dla najmłodszych możemy podzielić się z dzieckiem naszą pasją. Mały Pędzik uwielbia samochody i pociągi, więc na półce mamy "Co robią auta" z serii "Opowiem ci, mamo" oraz "Pociągi. Książka z okienkami". Są to chyba najczęściej oglądane i czytane przez Pędzika książki. Słoneczny Filozof na razie jest na etapie pozycji o nauce kształtów i kolorów i takimi książkami się zajada.

4. Coś innego...
     Herve Tullet sprawił, że książka jest wydarzeniem. Dzięki niemu czytanie z dzieckiem jest formą zabawnej współpracy. Na półce stoi tylko "Naciśnij mnie", ale planuję kupić więcej tego typu książek. Nie tylko tego autora, bo Tullet zapoczątkował coś wspaniałego. Na pewno w biblioteczce prędzej czy później pojawi się "W kieszonce" Iwony Chmielewskiej.
     W tym punkcie warto też wspomnieć o książkach obrazkowo-edukacyjnych jak te pisane przez Mizielińskich. Świetna jest seria "Mamoko", a w tym roku na Dzień Dziecka moi chłopcy dostaną ich "Mapy".

5. Coś wyjątkowego.
     Parę lat temu historia Kazimierza Nowaka skradła moje serce. "Afryka Kazika" była już kupiona dla moich dzieci, jeszcze zanim byli w planach :)
    Wszystkie książki Łukasza Wierzbickiego stworzone na podstawie prawdziwych historii są powieściami tak wyjątkowymi, że zasługują na osobny punkt. Dodatkowo, jak dziecko będzie już trochę starsze możemy mu pokazać materiały dotyczące opisanych wydarzeń.

6. Literatura rodzinna.
      Właściwie nie istnieje taki dział jak "Literatura rodzinna", ale jest naprawdę coraz więcej książek, które są tak napisane i opowiadają takie historie, że czytanie ich będzie przyjemnością i dla rodziców i dla dzieci. Przykłady to nieśmiertelne "Dzieci z Bullerbyn", moi ukochani "Ciumkowie", przezabawny "Mikołajek" czy wspomniane w punkcie 5 książki Łukasza Wierzbickiego. Dla starszych - "Dynastia Miziołków".

7. Klasyk.
    Nowe lub stare, jak kto woli, wydanie wierszy Tuwima, Brzechwy czy innych polskich autorów powinny być w biblioteczce. Ponadczasowe, rytmiczne i zabawne. I tak się przydadzą, bo w podstawówce są lekturą. 
     My dodatkowo posiadamy nowe zbiorowe wydanie książeczek "Poczytaj mi, mamo", które z sentymentem wspominam z dzieciństwa.

8. Krótko, ślicznie, kolorowo.
     Nie zawsze musi być ambitnie i wyjątkowo. Warto mieć w domu książeczki, które możemy uznać za po prostu fajne lub urocze. Trafiłam kiedyś w "Biedronce" na książki z serii "Poczytajmy razem" z Zielonej sowy i tak mi się spodobały, że mamy wszystkie tytuły z tej serii. Najważniejsze - chłopcy też je lubią.

9. Nie tylko bajeczki.
     Nela, mała reporterka i jej książki. W bibliotece nie stoją, bo są ciągle wypożyczane. My mamy swoje własne. Na razie jeszcze za wcześnie dla chłopaków - czasami pooglądamy zdjęcia, poczytam ciekawostki, ale szału nie ma. Myślę, że nadejdzie jeszcze jej czas. Oprócz Neli, mamy też książkę Szymona, a podejrzewam, że "Dzieciaki świata" oraz "Zwierzaki świata" Martyny Wojciechowskiej też kiedyś u nas zagoszczą.

10. Na przyszłość.
     Książki, które z jakiegoś powodu wydały mi się wyjątkowe, ale chłopcy są jeszcze za mali, żeby je czytać. Nie chciałabym, żeby mi umknęły + liczę na magiczne, zachęcające "przeczytasz jak będziesz starszy". U nas na półce - "Pax", "Jedyny i niepowtarzalny Ivan" oraz "Noah ucieka"

11. Lokalny pisarz.
     Taka ciekawska - jeżeli w naszym lub sąsiednim mieście tworzy jakiś ciekawy pisarz dziecięcy warto wyposażyć się w jego książki. Pisarze jeżdżą na spotkania autorskie i myślę, że prędzej czy później będzie gościł w przedszkolu lub szkole naszej pociechy. Spotkanie autora powieści, którą mamy w domu może być fajnym przeżyciem dla naszego malucha.
     U nas na półce jeszcze nie ma, ale to dlatego, że "nasz pisarz" pisze raczej książki na poziomie podstawówki. mamy czas :)

12. A może komiks?
    Jeśli walczę o większą popularność komiksu to muszę zacząć od siebie. Chłopaki mają "Giganty", a na dzień dziecka dostaną "Kubatu" Jakuba Sytego - recenzja tu :) "Kaczor Donald" jeszcze do nich nie trafia, liczę na to, że album z rysunkami Przemysława Surmy będzie dla nich odpowiedniejszy.

      Na półce jest jeszcze kilka książek, ale chciałam napisać o tych najbardziej przemyślanych zakupach. Poza tym w domu jest dużo książek, do których dzieciaki mają normalny dostęp - bajeczki z twardymi kartkami, wspomniane "Giganty", gazetki, książki używane kupione za grosze. Takie, których mi nie będzie żal jeśli się zniszczą. Na szczęście niszczą się już coraz rzadziej.

     Trochę się rozpisałam, ale mam nadzieję, że komuś przyda się mój tekst. W razie pytań - piszcie w komentarzach.

niedziela, 14 maja 2017

Pyrkon po raz pierwszy

 Początek
    Zacznijmy od tego kiedy zaczyna się PYRKON. To, wbrew pozorom, wcale nie jest data kiedy hale zostają otwarte dla uczestników festiwalu. O nie - PYRKON zaczyna się już wtedy kiedy pomyślisz "Jadę" i zaczynasz wszystko planować. Przeglądasz program z rosnącą ekscytacją, a czasem niedowierzaniem - "TA AUTORKA tam będzie? Z prelekcją? Muszę, muszę, muszę!" I te wszystkie tematy, zagraniczni goście. Ogarnia Cię podniecenie, a myśl, że mogłoby Cię zabraknąć na tej imprezie jest absolutnie nierealna! Bilet wstępu kupiony? To planujemy przejazd.
     Samochód, bus, pociąg - do Poznania można się dostać na wiele sposobów. Ja wybrałam "Blabla car". Trochę strasznie - w końcu jedziesz z obcymi ludźmi. Nagle wszyscy, z Twoją Mamą na czele, wyobrażają sobie jak sprzedają Cię talibom na żywe tarcze.
     Nic takiego się nie stało :) - dojechałam na PYRKON. Wymieniam bilet na wejściówkę.
     I zaczyna się magia...

Radość i swoboda
    Pyrkon to świat, w którym obowiązują inne normy i zasady niż te, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Na festiwalu możesz być kim chcesz. Na identyfikatorach, które dostajesz po okazaniu biletu trzeba się podpisać. Niewiele osób ma napisane po prostu swoje imię. Spotykasz Princessę Agitę, Ryuu, Lutherin, Waleczną Sandrę, Tostera, Kushiego. Wśród nich jestem ja - Norsevia.
    Identyfikatory to jednak tylko preludium. Tłum pyrkonowców to wielka, kolorowa masa indywidualistów, cosplayowców i różnych, pozytywnych wariatów. Na przykład - na co dzień osoba z zielonymi włosami to na ulicy mini-sensacja. Tutaj co trzecia dziewczyna ma kolorową fryzurę, piękny wianek albo zwierzęce uszy. Ja też kupuję sobie uszy, bo są urocze. Zakładam je i chodzę w nich przez cały czas trwania Pyrkonu. Nikomu to nie przeszkadza, żę 30-latka chodzi z mysimi uszami. Przecież tutaj to norma! Uszy, ogony, dziwne pasy, wisiorki - dziewczyny i chłopaki, kobiety i mężczyźni, dzieci i dorośli.

Pokemony i Assasyni
     Ważnym punktem Pyrkonu są cosplayowcy. Cosplay, czyli zabawa w przebieranie. Drogi czytelniku - pomyśl teraz o jakieś znanej postaci z popkultury. Zaręczam Ci, że ją spotkasz. Wiedźmin, Indiana Jones, Harry Potter i paczka, Iron Men, Voldemort, Harley Quinn, nazgule, Karton, który zabił Hankę. Oni wszyscy tam byli. Odbyła się nawet wspólna przebieżka Pikatchów i Assasinów.
     Świat mangi i anime też był dobrze reprezentowany. Niestety moja wiedza na ten temat jest niewielka, dlatego ciężko jest mi powiedzieć kogo właściwie spotkałam. Za to miałam frajdę, bo podchodziłam do różnych "przebierańców" i pytałam o ich stroje. Aż żal, że nie miałam dyktafonu. Nikt, absolutnie nikt nie odmówił opowieści. A były to historie piękne, pełne pasji, zainteresowań i ciężkiej pracy. "Większość elementów wykonałam sama" powtarzało się jak refren w wielu wypowiedziach, kiedy pytałam skąd mają swój strój. Jasne - często to też duże nakłady pieniężne - na materiały, peruki czy krawcową, ale nie powinno to umniejszać poświęcenia i czasu włożonego w przygotowanie kostiumu.
Kolejkowo
     Kolejki to stały punkt festiwalu. Po wejściówkę, do toalety, na wykład, na zajęcia, na konkurs. Na te najpopularniejsze najlepiej zjawić się jakieś 40 minut wcześniej, żeby mieć pewność, że się dostanę. I liczą się tylko miejsca siedzące - kto myślał, że posiedzi na podłodze to niestety musi opuścić salę.
     Wiele osób się o to oburza, w relacjach z festiwalu na YouTube ten temat powraca jak bumerang, a uczestnicy wymyślają pomysły jak usunąć ten problem.
     Jako, że dla mnie szklanka jest w połowie pełna - w ogóle mi to nie przeszkadza. 
    W kolejce czekają ludzie, którzy lubią to samo - wystarczy zagadać. A poza tym kiedy nie dostanę się na jeden wykład to mogę iść poczytać komiksy, pograć w gry, połazić po stoiskach, albo po prostu wejść na jakieś inne zajęcia. Możliwości jest mnóstwo, a najważniejsze, że wszystko jest ciekawe, bo przecież Pyrkon tworzą i odwiedzają przede wszystkim...

Ludzie pełni pasji
(Uwaga - ten fragment będzie słodko-sentymetalny)
     Można na Pyrkonie być samemu, ale ani przez chwilkę człowiek nie czuje się samotny. To co w moim otoczeniu wywołuje pobłażliwy uśmiech, czyli moje uwielbienie do komiksów, fantastyki itp., tutaj dla ludzi jest normalne. Już wcześniej to napisałam, ale powtórzę - na festiwalu możesz być kim chcesz i dla uczestników to jest OK, bo najczęściej są tacy sami jak ty.
     Co chwilkę mijasz kogoś kto jest Twoją bratnią duszą - nie w kontekście romantycznym - tylko kogoś z kim da się przegadać pół nocy o wspólnych pasjach.

[   W tym momencie pozdrawiam Tostera, który stał ze mną godzinę w kolejce i uświadomił mi jak niska jest moja wiedza na temat Harrego Pottera ;) do zobaczenia za rok w tej samej kolejce :)  ]
    
     Kiedy w sobotę latałam po spotkaniach i prelekcjach ciągle coś mnie zachwycało - wykładowcy, temat prelekcji, autorzy książek, reakcje uczestników. To było niezwykłe, bo w momencie kiedy nie dostałam się na warsztaty poszłam do sali komiksowej i zostałam tam na dwa kolejne wykłady, bo nie dałam rady wyjść - było po prostu zbyt ciekawie.

       Warto też wspomnieć o różnych stowarzyszeniach i fundacjach, którzy maja możliwość działania i zareklamowania się na Pyrkonie. Spotkanie Deadpoola z Ligi Superbohaterów było ciekawym punktem mojego pobytu w Poznaniu - przyjemnie było słuchać jak zapaleńcy używają swoich pasji, żeby zrobić coś naprawdę dobrego. Tutaj macie link do ich strony LIGA SUPERBOHATERÓW - przeglądajcie, może prześlijcie jakiś datek - sympatyczni ludzie, z prawdziwą misją.

     Wieczorem zamiast zasypiać rozmawiałam z ludźmi, którzy mieli "legowisko" obok (moja "ekipa" szalała wtedy na jakiś akcjach związanych z mangą) - ot tak, o pierdołach, o bajkach braci Grimm (jak my dotarliśmy do tego tematu???). Co prawda, jeśli chodzi o sleeproomy to nie do końca załapałam ideę "Zaraz będzie ciemno", klaskania czy "przegrałam" (o, przegrałam ;) ), ale i tak było w tym miejscu coś naprawdę fajnego.
Zakończenie
     W niedzielę w pociągu dociera do mnie jak bardzo jestem zmęczona. I nie - to nie znużenie podróżą. Po prostu przez cały Pyrkon napędzały mnie ekscytacja, endorfiny i ciekawość. Teraz to wszystko zniknęło, a intensywność ostatnich dwóch dni i nocy daje o sobie znać.
    Dociera do mnie też jeszcze jedno - uszy i identyfikator schowane w plecaku, a ja wracam do rzeczywistości - znów jestem Agatą.
     "Zaraz będzie ciemno"...



 Ps. Jakość zdjęć taka sobie, bo robiłam telefonem. Na ostatnim zdjęciu z księżniczkami widać moje uszy - już bardzo krzywe, bo to koniec dnia :)


Baśń o palanciku

     Pierwszy raz o książce "Robot w ogrodzie" usłyszałam w blogosferze. Recenzja blogerki była pełna zachwytu i zadowolenia. Blurb też był zachęcający. Po przeczytaniu książki, zanim ją zrecenzuję, postanowiłam napisać własny:

      "Ben jest palancikiem. Ma fajną żonę, ale tego nie docenia, więc żona odchodzi. Zanim jednak odejdzie w ich ogrodzie pojawi się dziwny robot. Palancik z sobie tylko znanego powodu postanawia się nim zaopiekować, co jest fajne, bo robot jest sympatyczny. Ben rozpocznie wielką podróż - jak myślicie? Czy przestanie być palancikiem?"

      Książka Deborah Install nie powala na kolana - nie jest literackim cudem. Szczerze mówiąc miałam nadzieję, że będzie to książka w rodzaju "Alchemika" - prosta, lekko filozoficzna, wypełniona banałami "ku pokrzepieniu serc"  (proszę tego źle nie zrozumieć - uwielbiam "Alchemika"). Nie była. "Robot w ogrodzie" i "Alchemik" to dwie zupełnie różne bajki.

     Przede wszystkim bohater "Robota" to palancik - tak jak napisałam w moim streszczeniu. Nie palant - Ben nie jest postacią negatywną i po długim poszukiwaniu trafnego określenia dla tej dosyć irytującej postaci, stwierdziłam, że "palancik" będzie odpowiedni. Wiedzie sobie wygodne życie, które przypomina marzenie emeryta (proszę o wybaczenie emerytów - wiem, że to co teraz napiszę to paskudny stereotyp) - nie musi pracować, ma wygodny fotel z widokiem na telewizor i żonkę, która dostarcza mu pod nos posiłki. Do pracy nie pójdzie - no bo po co. Nie rozumie potrzeby żony, która pracować chce - przecież przez to nie może o każdej porze dnia podawać mu jedzenia. Tyle, że jest sympatyczny, czasem miły i towarzyski i ogólnie lubiany przez otoczenie. Po prostu palancik - fajnie z nim pogadać na imprezie, ale żyć w ten jego wegetatywny sposób już nie bardzo.

     Nagle, w jego ogrodzie pojawia się robot. Zaskoczony Ben postanawia się z nim porozumieć i między tymi istotami pojawia się iskra wzajemnej sympatii. Tang okazuje się być uszkodzony, a Ben wiedziony sobie tylko wiadomymi powodami wyrusza w podróż, żeby go uratować.

     Ta wspólna podróż człowieka i robota wiedzie czytelnika przez różne dziwne miejsca i intrygujących ludzi. W tym miejscu ciężko mi się rozpisywać, żeby nie zdradzić zbyt wiele. Moim zdaniem najważniejszą wartością tej książki są właśnie poszczególne etapy wędrówki naszych bohaterów. To właśnie spotkani ludzie i miejsca, w których pojawiają się Ben i Tang, są tym co ma wpływać na zacieśnianie się więzi tej dziwnej pary. No i oczywiście sprawić, że Ben odkryje, że jest palancikiem ;)

      "Robot w ogrodzie" mimo wszystko trochę mnie zawiódł. Nie wiem dlaczego - w końcu to sympatyczna historia, krzepiąca, napisane wcale nieźle. Może to moje oczekiwania sprawiły, że za dużo oczekiwałam. Książka Deborah Install jest przeciętna, może najwyżej dobrą książką. O tym, że ja przeczytałam zapomnę już za miesiąc, a miałam nadzieję, że będzie to powieść, o której będę jeszcze długo pamiętać.

Moja ocena: 5/10
Tytuł: Robot w ogrodzie
Autor: Deborah Install
Dla kogo: Dla tych, którzy akurat nigdzie się nie spieszą i chcą przeczytać jakąś spokojną książkę.

wtorek, 25 kwietnia 2017

Nie lubię, nie oglądam, ale... czytam

     Jak wygląda wieczór meczowy w moim domu? Pan Mąż ogląda mecz, a ja siedzę z nim na kanapie i czytam. Siedzimy wspólnie, ale każdy robi to co lubi. Nigdy, niestety, nie umiałam w sobie wykrzesać w sobie większego entuzjazmu do piłki nożnej. Moim sercem na zawsze zawładnęła koszykówka i nie zostawiła miejsca na zbyt wiele. Potrafię emocjonować się meczami naszej reprezentacji i właściwie nic ponadto.
    Pojawienie się książki "Bundesliga. Niezwykła opowieść o niemieckim futbolu" przyjęłam z zaciekawieniem. Moja uwagę zwróciły zwłaszcza dwa zwroty reklamujące książkę:
    - "To nie naszpikowana datami, nazwiskami i pustymi liczbami historia niemieckich rozgrywek piłkarskich. Ta opowieść sięga znacznie głębiej – do samego wnętrza ligi."
   - "To żywa, pełna niezwykłych ludzkich historii opowieść. Lektura daleko wykraczająca poza sport."

    I pomyślałam wtedy, że za dużo nazwisk zepsuło mi lekturę biografii Phila Jacksona, a za to uwielbiam historię Rondy Rousey, a przecież o MMA nie wiem praktycznie nic, to dlaczego nie spróbować książki o piłce nożnej? Challenge accepted :)


     Całość książki opiera się na dosyć niezwykłym pomyśle - historia powstania Bundesligi pokazana jest przez pryzmat życia jednego człowieka - zawodnika, a później trenera Heinza Höhera. To dosyć ciekawy zabieg, ponieważ zwykle w biografiach nie odbiega się od ich głównego bohatera. W tym wypadku nie brak tu sytuacji, w których Heinza w ogóle nie ma. Na przykład Höher poszedł do domu, a drużyna robi coś w tym czasie - czytelnik jest obserwatorem obu tych sytuacji. Faktem jest jednak, że życie naszego bohatera i dzieje niemieckiej ligi są nierozerwalne i dlatego było możliwe stworzenie takiej książki.

     Opowieść otwierająca całą książkę jest wybrana genialnie - zdradzana jest czytelnikowi tajemnica, o której do tej pory nikt nie wiedział. Czy może być coś lepszego? Aż się ręce rwą do kolejnych stron - co jeszcze tam znajdziemy, jakie tajemnice poznamy?

    Na początku nie poznajemy żadnej (poza ta otwierającą). Kilkadziesiąt pierwszych stron ma przedstawić czytelnikowi postać Heinza - kim był, skąd się wywodził i jakie były początki jego kariery. Nie będę ukrywała - przez tę część trzeba po prostu przebrnąć, żeby dowiedzieć się z kim mamy do czynienia i co się tam w tym historycznym tle dzieje, ale żebym wstrzymywała oddech - no niestety nie. Ale jak ktoś czytał inne biografie to wie, że taka część jest zawsze i nie da się z niej zrobić super lektury (bywają wyjątki). Kiedy już przez to przebrniemy to wtedy dostajemy to co było obiecane. Historię, osobowości, skandale, tragedie. Nie ciągle, nie na każdej kartce, ale są momenty kiedy oczy się rozszerzają ze zdumienia, są też takie kiedy parskałam śmiechem (taktyka na trzy słowa mnie rozwaliła).

      Tak naprawdę ciężko jest coś powiedzieć kiedy dostajemy pół wieku sportowej historii na ponad 400 stronach i nie zdradzić szczegółów. Można tylko pisać właśnie takie utarte, schematyczne zdania. A ja dopiszę może, że w tych utartych, schematycznych zdaniach próbuję przekonać czytelników tej recenzji, że mają okazje przeczytać książkę o człowieku, który schematyczny nie był. Parę razy ktoś nazywa go ekscentrycznym i może zostańmy przy tym dyplomatycznym określeniu.


    Gdzieś w tle całej tej historii o futbolu niemieckim mamy wydarzenia światowe, zimy stulecia, osobiste tragedie. Dla kogoś takiego jak ja - osoby, która nie żyje sportem, jest w tym coś fascynującego. Tyle się dzieje, świat się zmienia, a piłka nożna jest. A nawet JEST! Nie da się tego nie docenić - tej siły sportu, który kocha cały świat. I to jest kolejny powód, dla którego polecam tę książkę.

Moja ocena: 6,5/10
Tytuł: Bundesliga. Niezwykła opowieść o niemieckim futbolu
Autor: Ronald Reng
Dla kogo: Dla miłośników piłki nożnej, ale naprawdę myślę, że właściwie każdy mógłby ją przeczytać. Doskonała na prezent.



Za książkę, jak zawsze pięknie i z uśmiechem, dziękuję 
wydawnictwu Sine Qua Non